ONA:

To, że ktoś należy do gatunku homo sapiens, nie świadczy o jego człowieczeństwie. Ba, przez większość mojego życia mam wrażenie, że żyję w towarzystwie łazików, którzy odbierają wszystko na gruncie neutralnym, olewającym, bazując na śląskim przysłowiu „Jakigo mnie Pónbóczku stworzyłeś, takigo mie mosz” (przy czym nie wiem, czy to przysłowie faktycznie jest śląskie, ale po śląsku ono brzmi najlepiej). Nie mówię tutaj o tym, by każdy z nas leczył raka albo hiv, karmił dzieci w Afryce, czy odkrył krem krówkowy. Chodzi mi po głowie coś zupełnie innego…

Dlaczego mnie wzięło na tego typu wymądrzanie się? Cóż, widać szala goryczy musi się przelać. Refleksja dopadła mnie mimochodem wczoraj w nocy, kiedy oglądaliśmy film „Stranger than fiction”, w którym główny bohater jest właśnie takim łazikiem, żyjącym po to, żeby jeść, pracować i spać, bez jakiejkolwiek dodatkowej przyjemności, bez emocji, bez człowieczeństwa. O filmie rozpiszemy się bardziej w najbliższym czasie, a dziś – o człowieku, który – moim zdaniem – jest jednym z tych, którzy przeżyli życie na tyle godnie i wartościowo, by wspominać o nich ciągle.

Dziś o jednym z moich największych idoli. Ten akurat nie biegał w spandexie po scenie, śpiewając „Galileo”. To też nie ten, który był psycholem, pieprzonym perfekcjonistom, dzięki któremu klepię teraz ten tekst, na moim błyszczącym jabłuszku. Ten koleś zajmował się fizyką, filozofią i życiem. Życiem przede wszystkim.

Albert Einstein jest moją naukową gwiazdą rocka. Naczytałam się sporo publikacji na jego temat i właściwie, to był jedyny element fizyki w liceum, gdzie w miarę skupiałam uwagę. Bo nie interesuje mnie za bardzo to, co on włożył do nauki, co stanowiło i stanowić będzie podwaliny do wielu kolejnych objawień. Mnie Einstein zafascynował pod względem światopoglądu. A książką, która utwierdziła mnie w tym, było dzieło Waltera Isaacsona (tego samego, który stworzył słynną bio Jobsa – LINK). Biografia Einsteina towarzyszyła mi w jakieś pociągowej podróży, nie pamiętam gdzie, ani skąd, ale wiem, że ją pożarłam, mimo, że w wielu miejscach nie wiedziałam o czym autor do mnie mówi. Ale taki już jest Isaacson. Gdy czytałam Jobsa, wszystko było przesycone komputerami, aplikacjami, reklamami itd. W przypadku Einsteina – wszystko było fizyką. Moje braki w wiedzy fizycznej, która zakończyła razem z ostatnią klasą liceum, zostały boleśnie obnażone. Poważnie, googlowałam żeby zrozumieć kilka nazw, żeby przypomnieć sobie kim była dana osoba i co takiego zrobiła. Książka do tego rozprawia się z wszystkimi utartymi legendami, dotyczącymi tego geniusza. Jak to było z jego szkołą, z listami do prezydenta i co miał na myśli mówiąc, że Bóg gra w kości. A może wcale nie gra?

Czytając dzieło Isaacsona, mamy wrażenie, że to coś, pomiędzy dziełem naukowym, a powieścią o chłopaku z Ulm, dla którego wszechświat okazał się za mały. Poznajemy jego życie od pierwszych chwil. Poznajemy jego rodzinę, dowiadujemy się czym pałali się rodzice i najbliżsi. Im więcej stron za nami, a Albert stawał się coraz starszy, tym bardziej klaruje się to, co w książce najważniejsze, choć ukryte pod kolejnymi fizycznymi nazwami. Główny bohater tej historii poza tym, że był geniuszem – i to nie wymaga dalszego komentarza, jawi się jako zwykły, młody człowiek, którym kierują żądze, pragnienia, potrzeby, ale nie jest to typowy Heniu. Okej, mówimy tu również o innych czasach, ale to, co robił Einstein przez całe jego życie, było jednocześnie subtelne i stanowcze. Dla mnie bardzo ciekawymi fragmentami były te, które dotyczyły jego kobiet – zaczynając od matki i siostry, przez pierwsze miłości, te mniejsze i większe. Okazuje się, że i geniusze potrafią kochać, ale i ranić.

Rewelacyjnie czytało mi się wszystkie autentyczne zapiski, pochodzące od Einsteina. A wierzcie mi, było ich sporo. Jego listy, wspomnienia z rozmów, żarty i dowcipy, również inteligentnie sarkastyczne i bardzo ironiczne. Dialogi z innymi naukowcami nie dotyczyły jedynie odkryć naukowych. Dodatkowo książka ta bardzo dokładnie analizuje proces stawania się Einsteinem, takiego jakiego my znamy. Fascynujące były dla mnie jego analizy boskości, harmonii, logiki. Każde słowo, każdy cytat niesie ogromny ciężar wiedzy, która pobudza do myślenia. Nie mam jego umysłu, ale jego słowa miażdżą mi głowę od wielu, wielu lat – czyli chyba je rozumiem. To, co Einstein mówił o Bogu i religii, o wojnach, o broni, o ludziach i ich wyborach, o polityce i kulturze – to sentencje tak okrutnie życiowe, że nie sposób odmówić im sensu. Jeśli kogoś ten temat ciekawi, polecam TO.

Natomiast, jeśli ktoś chciałby nieco głębiej wejść w świat Alberta Einsteina, to książka Waltera Isaacsona będzie najlepszym wyborem. Jest ciężka z powodu języka, ale historie w niej zawarte pobudzają do myślenia. Polecam, szczególnie tym, którzy nieśmiało walczą  o rozsądek i harmonię.