ON:

Nie będę się po raz kolejny rozpisywał o tym, jak genialnym pomysłem, było stworzenie serii „Artefakty”. Mag po prostu wbił się na rynek ze świetnymi tytułami, które należą do kanonu i klasyki, które trzeba poznać. Jednym z takich dzieł jest „Przedrzeźniacz” Waltera Tevisa.

Książka ta powstała w 1980 roku – w roku, w którym przyszedłem na świat. Dokładnie 35 lat temu Tevis strzelił w pysk ówczesnych fanów sci-fi, opisując dystopię, którą sam sobie sprezentował człowiek. Za swoje dzieło otrzymał nominację do Nebuli w kategorii najlepsza powieść. Jak to się dzieje, że nominacje do tej nagrody oraz do Hugo otrzymują książki, które w większości przypadków opisują upadek człowieczeństwa?

W powieści Tevisa gatunek ludzki nie umiera w sposób drastyczny, nie wyżynamy się w imię zasad, religii, pieniędzy, czy też przyjemności. Autor pokazuje, że bardzo konsumpcyjny i wygodny tryb życia może być naszym zagrożeniem. W przyszłości ludzie sami oddadzą władzę szalenie inteligentnym robotom. Wykorzystują ich najpierw do prostych prac, następnie do wykonywania prostych zadań, a zbiegiem czasu maszyny zaczynają nauczać, zarządzać gospodarką, tworzą. Aby zapobiec przeludnieniu ludzie sami budują komputer, który przydziela im tabletki hamujące płodność. Niestety, nie wszystko idzie tak, jak powinno. Gdy dochodzi do katastrofy, jest już chyba za późno. Opisując to wszystko Tevis podpiera się słowami T.S Eliota z „The Hollow Men”:

„I tak właśnie kończy się świat
Nie hukiem a skomleniem”

Na reakcję może być za późno z jednego, bardzo ważnego powodu. Ludzie nie mogą mieć dzieci. Praktycznie 100% społeczeństwa jest ogłupionych narkotykami i telewizją. Nikt nie przejmuje się, tym co nadchodzi. W tym świecie pojawiają się trzej bohaterowie. Trzy postaci, które w pewien sposób odstają do tego, co widzimy dookoła. Pierwszą z nich jest robot Spofforth. To maszyna będąca wymysłem najnowszej technologii. Marka 9, którą jest oznaczony, określa tylko jedno – nie ma doskonalszego stworzenia na Ziemi. Spofforth obdarzony jest uczuciami, rozumem, wspomnieniami byłego właściciela mózgu, który został mu wszczepiony. W ten sposób osoba ta zyskała swoistego rodzaju nieśmiertelność. Problemem jest to, że robot czuje się cholernie samotny. Nie ma się czego dziwić. Przez lata swojej egzystencji widział już wiele, a teraz nawet nie ma możliwości przeprowadzenia z nikim sensownej rozmowy. Dlaczego? Ponieważ ludzie przez cały czas są na haju. W narkotycznym amoku uważają, że każdy przejaw niesubordynacji skończy się aresztowaniem przez roboty. Przez całe życie wpajano im także, że nie potrzebni są nam inni. Nie trzeba się z nikim komunikować wystarczy szybki seks, pornografia i używki. Nie myśl, konsumuj! Spoffortha poznajemy w momencie, w którym chce popełnić samobójstwo. Przerażony jest swoją samotnością, tym, co się dzieje, tym, jak wygląda otaczający go świat. Niestety, jego program nie pozwala mu na popełnienie tego czynu. Zamknięty w swojej skorupie nie może zrobić nic, co zagrozi jego życiu.

Drugim z bohaterów tego świata jest Paul Bentley, mężczyzna pracujący przy starych książkach i filmach. Dzięki podręcznikom dla dzieci uczy się czytać i odnajduje to, czego zapomniano wiele lat temu. Odkrywa świat na nowo, dowiaduje się czym są miłość, poezja, sztuka, religia. Jest on samotnym odkrywcą ludzkiej przeszłości i z czasem zdaje sobie sprawę z tego, jak daleko zabrnęli jego pobratymcy.

Ostatnią, trzecią postacią jest Mary Lou, która za czasów młodości uciekła z internatu nim poddano ją sterylizacji. Przez całe życie ukrywała się przed robotami. Na swojej drodze spotkała mężczyznę, który pamiętał jeszcze życie przed „inwazją” sztucznej inteligencji.

Tevis postarał się o to, aby losy tej trójki się splotły. W upadającym Nowym Jorku na nowo pojawi się ziarno zasiane na bardzo nieprzyjaznym i kruchym gruncie.

„Przedrzeźniacz” jest smutną i melancholijną książką, która zastanawia się nad kondycją człowieka i drogi, jaką obrał. Kolejne dzieło, w którym sci-fi jest tak naprawdę przykrywką lekko naukowych rozważań o homo sapiens.