Mój rower

ONA:

Kolejnym filmem, z którym przyszło nam się zmierzyć, jest produkcja Piotra Trzaskalskiego pt. „Mój rower”. Od razu zaznaczę, że podobał mi się o wiele bardziej niż „Obława”, chociaż nie jest to spektakularne kino, które wbija się w pamięć, ryje głowę i wywraca trzewia na drugą stronę. Nic z tego.

„Mój rower” to historia pewnej rodziny, którą poznajemy z perspektywy trzech mężczyzn: Włodka, Pawła i Maćka. Faceci w rodzinie Starnawskich mają ogromny problem z wzajemnymi relacjami: dziadek-syn-wnuk, syn-ojciec-dziadek… Wydawać by się mogło, że poza nazwiskiem nie mają nic wspólnego. Różnice pokoleniowe, zgoła inne style życia i plany na przyszłość, a do tego masa niedopowiedzianych, niedokończonych i niewyjaśnionych historii sprzed lat, skumulowała się w niebezpieczną materię. Grozi wybuchem, grozi eksplozją. Dodajmy do tego skrywany żal i ciągłe kłamstwa… Gdyby to dotyczyło trzech pokoleń kobiet, to pazury, włosy i kawałki materiału latałyby w powietrzu, a potem nastąpił by święty i błogosławiony foch. Cała historia ukazana w filmie zaczyna się w mieszkaniu Włodka, który właśnie się dowiedział, że po tylu latach razem, zostawiła go żona. Bez zbędnych wyjaśnień – odchodzi i ma jej nie szukać. Tu wkracza Paweł, który mając widmo opieki nad starszym człowiekiem, postanawia odszukać matkę i zachęcić ją do powrotu. Cała trójka z dodatkiem uroczego psiaka pakuje się do auta i wyruszają w podróż pełną bólu, wzajemnych pretensji… Ale to jednocześnie okazja ku temu, by panowie wreszcie ze sobą trochę pobyli.

Włodek (Michał Urbaniak) do tej pory mieszkał z żoną. Nie był on mężem idealnym. Wóda, hulaszczy tryb życia, a na starość ciężka choroba. Co się dziwić, że jego ponad siedemdziesięcioletnia ślubna w końcu go porzuciła. Paweł (Artur Żmijewski) poświęcił wszystko karierze. Jest światowej sławy pianistą. Najmłodszym z ekipy jest Maciek (Krzysztof Chodorowski), który uczy się w jednej z londyńskich szkół i wpadł w typowo młodzieńcze tarapaty. Ale to wyjaśni się dopiero w filmie. I kiedy tak panowie jadą przez kraj, kiedy są zmuszeni spędzić ze sobą wiele godzin, mają w końcu okazję, żeby wyjaśnić sobie wiele spraw, żeby pogadać i poznać się – najwyższy czas.

Zawsze w przypadku tak skomplikowanych relacji, które dotyczą osób bliskich sobie jedynie pod względem genetycznym, głównym problemem jest wątpliwej jakości komunikacja. Końcówka chwyta za gardło…

Jeśli chodzi o część fabularno-aktorską, to ciężko się przyczepić, zarówno jednej, jak i drugiej. Urbaniak okazuje się, że nie jest tylko i wyłącznie rewelacyjnym muzykiem, ale i fajnym aktorem. Jego postać jest autentyczna – czyżby rzeczywiste przeżycia? Żebrowski to aktor serialowy, jego maniera, pełna przerysowania i dramatyzmu doprowadzającego do bólu głowy, solidnie irytuje, ale on również dał radę. Chodorowski ma jeszcze bardzo ubogi dorobek. Też grał autentycznie, widać, że ma talent wrodzony… Sama historia jest taka, jakich hollywódzka machina wypluła już wiele. Nie było tu spektakularnych zwrotów akcji, ciętych ripost i monologów, które wbijają się w pamięć, jak choćby ten, wypowiedziany przez Robina Williamsa w „Buntowniku z wyboru”. Ale ze mnie jest tak wredny i okropny typ, że nie mogę po prostu pochwalić czegoś. Oj nie. Wiecie, że pracuję z dzieciakami. Nie raz, nie dwa zdarzyło im się korzystać z kamer i aparatów. I wierzcie mi, oni lepiej łapali kadry, niż twórcy „Mojego roweru”. Amatorszczyzna, a nie kino, którym warto się chwalić. Podstawowe błędy, które wylicza się w podręcznikach dotyczących kadrowania zostały złapane w tym filmie. Przez to zaczynamy się męczyć i przestajemy oglądać film, a zaczynamy go jedynie słuchać. Tak by było idealnie, ale niestety! Z tym słuchaniem też może być kapa. Najgorszą rzeczą, jaką dźwiękowcy mogą zaserwować widzom, to nadmierne nagłaśnianie muzyki, wyciszanie dialogów i tworzenie efektów dźwiękowych w jakiś chałupniczy sposób – to półka przeciętnego klubu filmowego z małej miejscowości, a nie tak nagłaśnianej produkcji.

 Obejrzeć można, bo historia jest słodko-gorzka. Można to również potraktować jako materiał obrazkowy do prelekcji „Jak NIE kręcić filmów”.

ON:

„Cała prawda o facetach” – takie oto hasło znajdziemy na plakacie filmu „Mój Rower”. Ja się pytam „gdzie byli rodzicie” kiedy jakiś niewydarzony copywriter wymyślił ten slogan? Jaka jest ta prawda? Co nam mówi o facetach? Dlaczego akurat o facetach? Na to i wiele pytań chciałbym otrzymać odpowiedź, bo niestety po seansie ich nie dostałem. Znów się czepiam. Niestety, marność dotknęła polskie kino, dotknęła kilka lat temu i choroba ta jak rak toczy rodzimą kinematografię do dziś. Wskakujcie na ramę „Mojego roweru”.

Nie jest tak, że będę jechał po tym filmie, aż zabraknie mi słów. Nie będzie tak. Uważam bowiem, że jest w nim kilka elementów, które powodują, że gdzieś tam zawsze pozostaje ziarno wiary w to, iż będzie lepiej. Tą wiarą napełnili mnie dwaj aktorzy: Michał Urbaniak oraz młody Krzysztof Chodorowski. Później napisze dlaczego, teraz zaś skupię się na fabule. Włodzimierz Starnawski (Urbaniak) budzi się rano w swoim domu, oddaje się rutynowej porannej toalecie. Nawet nie za bardzo zauważa, to, że jest w nim sam, bez jego lepszej połowy. Starnawski nie jest już młodzikiem, ale takim „młodszym dziadeczkiem”, który doczekał się syna, doczekał się wnuka. Pewnie nadal jego dzień przebiegałby bez żadnych zakłóceń, gdyby nie leżąca na stole koperta zaadresowana do niego. To list od jego żony – Barbary. Możecie się domyślać co w nim się znajduje. Dla ułatwienia dodam, że obok listu został jej telefon komórkowy. Szok jaki przeżył zaprowadził go do szpitala. Do tego przybytku po pewnym czasie przybywają jego syn – Paweł, światowej sławy kompozytor oraz pianista i wnuk Maciej,  nastolatek mieszkający w Londynie wraz z matką. Od początku widać, jak chora panuje atmosfera w tej rodzinie. Maciek ma pretensje do ojca, ten zaś ma pretensje do Włodka. Wszystko podyktowane jest zaszłościami z przeszłości. Pianista uważa, że dziadek Maćka nie zachowywał się jak na ojca przystało, przez co on sam także nie do końca potrafi być ojcem. Kolejne sceny to tak naprawdę przepychanki pomiędzy całą trójką. Niestety, panowie muszą na chwilę odstawić niesnaski na bok, ponieważ priorytetem w chwili obecnej jest znalezienie babci. Cała trójka zaczyna więc poszukiwania. Zanim dojdą one do skutku, czeka nas kino drogi w polskim wydaniu. Zamiast dwojga gniewnych, dostajemy trójkę zagniewanych i psa, który rzyga w aucie. Miast podróży przez Stany na traktorku czy tam kosiarce, mamy wypad gdzieś nad jeziora w wypasionym „Land Roverze”. Wszystko jest takie sztuczne i nierzeczywiście plastikowe. Czasami teatr telewizji jest bardziej filmowy, niż ta produkcja. Mamy tu np. pianino na łódce, które przepływa jezioro, aby Paweł zagrał na nim 7 letniej dziewczynce, która podobno uwielbia muzykę. Ale podczas słuchania utworu, kalafiory wykazują większą ilość emocji niż ta 7-letnia ameba.  Jak napisałem, to kino drogi, a podczas podróży każdy z jej uczestników odkryje nowe pokłady energii, nastąpią pojednania i przeprosiny. Tego mogliśmy oczekiwać od samego początku. Jeśli ktoś chce poznać „całą prawdę o facetach”, to niestety nie będzie mógł tego zrobić podczas tego seansu.

Wracając do Urbaniaka i Chodorowskiego, którzy uratowali “Mój rower”. Zrobili to, wcielając się bardzo dobrze w swoje postacie. Młody Maciek to zadziorny nastolatek, który nie przepuści ojcu za to, że ich zostawił, zaś Włodek, to ciepły starszy pan, który pogodził się z tym co go czeka… Żmijewski zaś jest tak autentyczny jak grany przez niego „Ojciec Mateusz”.

Właściwie to możecie sobie darować ten film.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad