ON:
Właściwie moja recenzja powinna zakończyć się w tym miejscu, po prostu nie oglądajcie tego gówna. Dziękuję dobranoc.
Wersja dla twardzieli znajduje się poniżej.
„Wrota piekieł” to film silący się na bycie okultystycznym horrorem. To rodzaj kina, które obok „Adama Mickiewicza lirycznego attemptu” Wojciecha Tremiszewskiego wyświetlany jest żołnierzom starającym się wstąpić do Legii Cudzoziemskiej. Jeśli nie zajebał ich „attempt”, to na pewno wykończą „Wrota Piekieł”. Podobno ktoś w 2006 roku zebrał drużynę i postanowili oni odszukać sens scenariusza, a może i sam scenariusz, bowiem w pierwotnej wersji filmu nie było go za wiele. Podobno ta drużyna szuka go nadal, życzę im powodzenia i mam nadzieję, że zaopatrzyli się w odpowiednią ilość pożywienia, bo ich wyprawa może być długa. Jakaś pani doktor, zajmująca się badaniami nad zwierzętami, postanowiła puścić to dzieło myszom laboratoryjnym. Po 24 godzinach myszy napisały list od Trybunału Praw Człowieka. No ja się im kurwa nie dziwię. Stworzonka zostały uwolnione dobę później i w ramach rekompensaty otrzymały duży kawał „szwajcara”. W USA postanowiono wprowadzić nową karę śmierci. Będzie to śmierć przez oglądanie „Wrót piekieł”, lekarze obstawiają, że przeciętny, zdrowy mężczyzna wytrzyma z tym dziełem około ośmiu godzin, każda kolejna powodować będzie powolną, agoniczną śmierć. Zaleca się wykonywać ją na największych zwyrodnialcach. Gdzieś czytałem, że ten film to remake starego hitlerowskiego obrazu, który miał być wykorzystany do walki z Aliantami. Wyświetlany na wielkich ekranach miał powodować zawroty głowy, wymioty i broczenie krwią z wszelkich otworów w ciele. Dzięki bogu, że oryginał gdzieś zaginął, bo jeśli wpadnie w niepowołane ręce, to mamy przejebane.
Proszę Was nie narażajcie się na udar, drgawki, wymioty i całą masę nieprzyjemnych dolegliwości, jakie mogą Was spotkać podczas seansu. Unikajcie tego dzieła, jak cygana pod dworcem, wyznawców Ojca Tadeusza i czarnej ospy.
ONA:
Moim zdaniem w piekle powinno być osobne miejsce dla ludzi, którzy kręcili złe filmy i dodatkowe dla tych, którym się one podobały i polecali je „dalej”. „Wrota piekieł” to film, który wogóle nie powinien powstać. Jest słaby, ba – wręcz nędzny od A do Z. Nie ma w nim niczego, co mogłoby go obronić przed wiecznym potępieniem…
Stylizowany na „straszny” jest tak przejmujący, że można go oglądać o północy na środku cmentarza i wierzcie mi – nic Wam nawet nie drgnie. Zwykle, kiedy już fabularnie i klimatycznie twórcy nie potrafią podbić nastroju, stosują sprawdzone triki, odwołujące się do zwykłych odruchów – tu to nie działa wcale. W skali „gównowartości” to dzieło zgarnia wszystko. A o co w nim chodzi? Ano o grzechy, grzeszki i wybaczanie. A wszystko w pokręconej opowieści, która nie trzyma się ani kupy, ani dupy.
To wszystko już było: ciemne, odosobnione pomieszczenie, grupka nieznajomych, którzy walczą o życie w popieprzonej grze, a do tego pani detektyw, która zostaje wprowadzona cały ten jazz. To chyba miało być trochę moralizatorskie kino, mówiące o tym, że w przyrodzie nic nie ginie, szczególnie, gdy chodzi o zło pod różnymi postaciami. Miało być „wielowymiarowo”, horrorowo i okultystycznie, wyszło nudnie, pretensjonalnie, absolutnie niezaskakująco i banalnie. Wszystko, co mogło zostać zepsute – zostało zepsute. Wszystko, co można spierdzielić – zostało spierdzielone. Wrzód na kinematograficznej dupie. W dziesięciostopniowej skali – dostaje ode mnie piękne, krągłe zero. Z każdą kolejną minutą filmu, z kolejną sceną pogłębiała się moja irytacja, by w końcu przerodzić się w klasyczne wkurwienie.
