ON:
„Obrzyna schowałem do torby Adidasa i obłożyłem czterema parami tenisowych skarpet. To nie mój styl, ale tak to sobie zaplanowałem: jeżeli myślą, że jesteś techniczny, idź w prymityw. A ja jestem chłopakiem wyjątkowo technicznym…”
Cyberpunk jest gatunkiem tak osobliwym, jak tylko może być osobliwe słowo pisane. Pisarze tego nurtu prześcigają się wymyślaniu coraz to nowszych i bardziej nieprawdopodobnych historii łączących ciało i chrom. Klasyków gatunku jest kilku, ale ojciec zawsze pozostaje jeden. Jest nim William Gibson. Jego “Neuromancer” w 1985 roku namieszał tak bardzo w świecie sci-fi, że zgarnął wszystkie możliwe nagrody, jakie tylko mógł. Gibson stworzył świat, który prawie 30 lat później stał się rzeczywisty. Pisarz wymyślił cyberprzestrzeń, rozłożył na czynniki pierwsze współczesne społeczeństwo i nie miał problemu z tym, aby mocno krytykować.
Zanim jednak pojawił się “Neuromancer“, William trochę eksperymentował z krótkimi formami, a także ze swoim stylem. Gdy pod koniec lat 70-tych w sci-fi nastąpił zastój, a później zapanował chaos, ojciec Cyberpunka wdarł się na salony. Do ’85 roku miał jeszcze trochę czasu, ale dzięki swoim „shortom” nakreślił bardzo jasny obraz swojej przyszłości. Po pewnym czasie pojawił się zbiór opowiadań „Johny Mnemonic” zbierający w jedną całość wszystkie utwory napisane przez Gibsona do połowy lat 80-tych. Całość zaczyna się od kultowego już tytułowego „Johnego”. To on był podwalinami pod film z Reevesem. Film okazał się słabiutki, ale fani i tak przywitali go z otwartymi ramionami. W książce znajdziemy także „Kawałki holograficznej róży” oraz „Wypalić chrom”. Te tytuły to już klasyki i nawet dla nich samych warto zakupić ten zbiór.
Ktoś powiedział, że z końcem lat 80-tych Cyberpunk umarł. Nie, on nie umarł, on stał się rzeczywistością. Korporacje rządzą światem, wszystko połączone jest wielką siecią, implanty nie są może powszechne, ale protetyka poszła już bardzo do przodu. Widać ogromny podział między bogatymi i biednymi, a dżokeje cyberprzestrzeni to nic innego jak zwykli hackerzy.
Gdy pierwszy raz sięgnąłem po Gibsona, zobaczyłem świat, który stoi na krawędzi, on już nie chyli się ku upadkowi, ale praktycznie spada w przepaść. Zniszczone miasta vs. szklane wieżowce pełne bogatej elity, chronionej przez ich wykidajłów. Dwudziesty wiek umarł, jego relikty stały się poszukiwanymi przez kolekcjonerów rarytasami. Widać to, gdy jeden z bohaterów za sprzedaną płytę winylową mógł pozwolić sobie na zakupienie pożywienia. William bardzo barwnie opisuje różnice, ogromną przepaść kulturową, komiksowo przedstawia bohaterów i zmiany jakie zachodzą w społeczeństwie. Jego kadry są po części czarno-białe, a częściowo zalewają je światła neonów. Powieści i opowiadania to także Ciąg, ogromne miasto, które rządzi się własnymi prawami. Ten twór nigdy nie zasypia, światła nocy stają się światłem dnia, w dali zawsze słychać reklamy starające się sprzedać nowe wspaniałe wszczepy. Ogromne videobilboardy starają się wcisnąć biedakom towar dla bogatych. Gdy umierasz, robisz to w samotności, bowiem nikt nie przychodzi na pomoc bliźniemu. Każdy ma swoje problemy i swoje życie, bycie dobrym Samarytaninem przeważnie kończy się tak samo – w rynsztoku z poderżniętym gardłem.
„Johny Mnemonic” to osobliwa biblia Cybera, lektura obowiązkowa dla każdego fana Sterlinga czy Stephensona. Jest to idealne rozpoczęcie swojej przygody z twardą sci-fi, którą czasem bardzo ciężko przetrawić. Dzięki krótkim formom możemy łatwo opuścić coś, co sprawia nam trudność i wrócić do tego później lub po prostu nigdy nie przeczytać. Gibson potrafi przyciągnąć do siebie swoimi postaciami jak chyba żaden ze współczesnych pisarzy science fiction. Wspomniani Sterling i Stephenson piszą inaczej, ale czasem wydaje się, że gdzieś w swojej prozie sieją ziarenko zapożyczone od twórcy “Neuromancera“.
