ONA:

„Piratów” oglądałam w rewelacyjnym towarzystwie. Październikowe popołudnie, w pracy całe 17 stopni, dzieciaki rozbiegły się po różańcach, angielskich i innych zajęciach, a ja zostałam sama z ośmioletnim Pawłem (powinien chodzić do kościoła, ale nudzi go to za bardzo…) i dogrzewając się ciepłą herbatą i olejakiem, odpaliliśmy bajkę autorstwa Petera Lorda, którego kocham za „Uciekające kurczaki” oraz przygody Wallace’a i Gromita. Zatem – do dzieła!

Kapitan Piracki i jego dzielna załoga plądrują morza. Są piratami, ale takimi trochę nieudolnymi. Łączy ich przyjaźń, hart ducha oraz to, że marzy im się kariera w pirackim biznesie. Niestety, w zderzeniu z innymi przedstawicielami tej branży – wypadają średnio (Kapitan jedyną nagrodę zgarnął za opowiedzenie dowcipu), co zostaje boleśnie obnażone w chwili, gdy Kapitan postanawia brać udział w konkursie na Pirata Roku. Jego oczekiwania są ogromne, ale z porównaniu z kontrkandydatami, kurczą się jak siusiak w basenie z zimną wodą. Ale gdy słyszy ich drwiący śmiech i kolejne wyzwiska, spina się i postanawia walczyć o swoje miejsce w pirackiej historii. Los nie jest wobec niego i jego ekipy łaskawy. A to wpadają na statek wycieczkowy, a to szkolny, nie omijają nawet nawiedzonej łajby. Skrzynie na zgarnięte złoto świecą pustkami, a nie kruszcem. I gdy po raz kolejny nadzieje zdychają, statek Pirackiego nadziewa się na łódkę samego Karola Darwina. Panowie są wkurzeni, bo zamiast złota znajdują mnóstwo dziwnych odzwierzęcych eksponatów i postanawiają pozbyć się naukowca, ale ten, na dosłownie chwilę przed śmiercią zauważa, że przytyta papuga Pirackiego wcale nie jest papugą. Wszak to dodo!!! Naukowiec roztacza przed piratami wizję ogromnej sławy, pieniędzy i podziwu, ale muszą dostarczyć ptaszora do Wielkiej Brytanii. A tam na tronie zasiada królowa Wiktoria, która nie tylko nienawidzi wszelkiej pirackiej maści, ale również z innymi władcami zasiada w elitarnym klubie fanów pożeraczy nietypowych gatunków zwierząt… Oj, dzieje się w tej animacji… I jest bardzo niepoprawnie!

Podczas seansu Paweł trochę się wiercił, trochę ziewał, trochę nudził się, ale ja autentycznie rżałam. Mój mały towarzysz ze zdziwionym wzrokiem wpatrywał się na zmianę we mnie i w ekran, pałaszując kolejnego cukierka, podczas gdy ja obcierałam łzy ze śmiechu. Bo na „Piratach” nie sposób nie śmiać się! Ten humor jest tak dorosły, momentami tak bezczelny i wieloznaczący, że dorosły widz obejrzy tę produkcję usatysfakcjonowany, a małego będą śmieszyć gagi i te wszystkie „pierdnięcia” fabularne. Mamy tu satyrę, którą twórcy mieszkają z groteską. Bajka wypełniona jest smaczkami z popkultury, a fikcja zgrabnie wpleciona jest w wydarzenia historyczne. Próbowałam zacwaniakować przy Małemu, opowiadając o królowej Wiktorii, o Darwinie i nie tylko, a on na mnie spojrzał z politowaniem i stwierdził „Wolę, jak pani opowiada o Gwiezdnych wojnach”. „Piraci” poza świetnym wykonaniem, mają szalenie zaskakującą oprawę muzyczną, bo The Clash czy Tenpole Tudor nie są „typowymi” bajkowymi zespołami.

„Piratów” warto obejrzeć dla genialnego humoru i dla smaczków, takich jak naklejka na tyle statku „Zatrąb, jeśli masz chorobę morską”.

ON:

Filmów o piratach było wiele. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale jeśli ktoś lubi marynistyczne klimaty, to na pewno zawsze znalazł coś dla siebie. Jeśli chodzi o bajki – ich także było ich kilka. Ja zawsze kochałem i uwielbiałem „Szalonego Jacka Pirata”, który ryje banie jak szklanka wódki. Do animowanych filmów o wilkach morskich dochodzi nowy tytuł. Jest to plastelinowa pełnometrażówka pod tytułem: „The Pirates! In an Adventure with Scientists!”

Za tą animacją stoją faceci odpowiedzialni za takie tytuły jak „Uciekające kurczaki” oraz „Wallace i Gromit”. Jeśli znacie tamte dzieła, to wiecie czego możecie oczekiwać od ich ostatniej, kinowej produkcji. “The Pirates” jest bardzo sympatycznie animowaną, przekoloryzowaną i pełną gagów bajką, która skierowana jest raczej dla starszego widza. Dzieciaki pewnie mogą ją obejrzeć, ale nie oczekujmy, że zajarzą choć 1/10 ekranowych dowcipów.

Wszystko kręci się wokół Kapitana Pirackiego i jego dzielnej załogi wilków morskich. Podwładni Pirackiego są tak samo śmieszni i pokręceni jak ich dowódca. Każdy z nich jest na swój sposób dziwny i inny. Jest albinos, znajdzie się kobieta przebrana za mężczyznę, mamy kolesia, który prawie każdą część ciała ma zapasową. Maskotką tej zgrai jest ptaszyna dodo, która zastępuje papugę. Pirat i jego drużyna od ponad 20 lat walczą o legendarną statuetkę – nagrodę Pirata Roku. Aby ją otrzymać, trzeba zdobyć najwięcej łupów i mieć wyznaczoną nagrodę za swoją głowę. Posiadanie brody to dodatkowy plus. Z tych trzech rzeczy Piracki ma tylko brodę. Skarbów raczej nie nałapał w tym sezonie, a nagrodą za jego ujęcie jest 20 pieniądzów i długopis.

Tym razem ma być inaczej. Pozytywnie nastawiony pirat, wspierany przez swoją bandę, postanawia po raz kolejny zawalczyć o tytuł. W tym celu wypływają na pełne morza i oceany i zaczynają plądrować, palić i rabować. Ekh… No dobra, Kapitan Piracki ma pecha lub jest nieudacznikiem. Za każdym razem coś idzie nie tak, do czasu gdy niechcący napadną na okręt, którym podróżuje Darwin (ten od małpy). Od tej pory przygody piratów przenoszą się z pokładu okrętu na naukowe salony Londynu, gdzie można spotkać samą królową Victorię.

Historia jest sympatyczna i momentami naprawdę zabawna. Nie brak nawiązań do wydarzeń historycznych, czy popkultury. Masa smaczków, drobiazgów, które możemy znaleźć na drugim planie, dodaje filmowi pikanterii. Postacie są przekoloryzowane, wszystkie ich przywary zostały wpuklone w taki sposób, aby wywołać na naszych ustach delikatny uśmieszek. Wszystko jest bardzo sympatyczne.

The Pirates! In an Adventure with Scientists!” warto obejrzeć. Powinien po nie sięgnąć każdy fan animacji, w których palce maczali panowie Peter Lord i Nick Park. Warto.