ON:

„W krzywym zwierciadle: Wakacje” – film klasyk, plakat legenda, a historia stara jak świat. 

Dziś zaczynamy czterodniową jazdę bez trzymanki z filmami o rodzinie Griswoldów. To opowieść, która wyśmiewa wszelkie przywary typowych amerykańskich „Kowalskich”. Pierwszy film z serii miał premierę w 1983 roku, a za jego reżyserię odpowiadał znany z „Ghost Busters” Harold Ramis. Kolejne części pojawiały się w różnych odstępach czasowych, a każdy następny wychodził spod innej ręki. Ważne, że rodzina Griswoldów pozostała taka sama.

Pierwsza opowieść zaczyna się dawno, bardzo dawno, gdy w Polsce po ulicach chodziły niedźwiedzie w uszatkach z czerwoną gwiazdą, a panowie „milipanci” lubili czasem popałować. No może trochę przesadziłem, ale dla Kowalskiego, żyjącego w 1983 roku przygoda Clarka i jego rodziny mogła wydawać się historią science-fiction.

Wszystko zaczyna się od sceny kupna nowego samochodu, który ma przejechać ponad dwa i pół tysiąca mil. Dlaczego tak wiele? Ponieważ tyle dzieli dom rodzinny Griswoldow od wymarzonego Walley World. To taki park rozrywki, w którym główną atrakcją jest niesamowita kolejka górska, a maskotką wielki łoś. Oczywiście, jak to w takich filmach bywa, wszystko idzie nie tak. Zamiast zamówionego sportowego błękitnego pojazdu – w salonie czeka groszkowo-drewniane coś, co przypomina szafę na kółkach, a nie automobil. Ponieważ czas nagli, nie ma wyjścia i trzeba brać co jest. Przed samym wyjazdem w podróż żona Clarka stara się przekonać męża, że może lepiej będzie jeśli po prostu polecą samolotem do wesołego miasteczka, ale głowa domu nie daje się przekonać. Pakuje ukochaną oraz dwójkę dzieciaków do groszkomobilu i ruszają w świat.

Clark jest typowym ojcem, który stara się zacieśniać więzy rodzinne podczas wspólnych wyjazdów. Poza tym ma swój plan zajęć i nie ma zamiaru przepuścić wspaniałych lokalnych smaczków turystycznych. Dla niego atrakcjami są: największy kłębek wełny na zachód od Chicago, najmniejsze oczko wodne w Teksasie, farma krokodyli, sadzawka błotna itd. Oczywiście, nazwy wymyślam, ale nie zdziwcie się, jeśli zawędrujecie z nim do miasteczka z Dzikiego Zachodu, w którym noc spędza się w śmierdzącym namiocie. Facet chce dobrze, ale wiecie jak to z tymi chęciami bywa – podobno jest nimi wybrukowane piekło. Każda akcja, której się podejmuje, pociąga za sobą falę śmiesznych sytuacji, które tak naprawdę mogły się przytrafić każdemu.

Ten film to klasyk. Chevy Chase jest w roli Clarka genialny. Taki amerykański tatusiek, gryzipiórek, który czasem głupi jest jak noga od krzesła. Swoją drogą, cała rodzinka to zbieranina idealnie pasująca do znanego nam z filmów schematów amerykańskich. Chociaż pierwszą część uważam za najsłabszą z serii, to i tak warto ją obejrzeć bowiem to komedia w starym dobrym stylu.

ONA:

Mówię „W krzywym zwierciadle” – widzę Chevy Chase’a, którego albo się kocha, albo nienawidzi. Ja absolutnie stoję w tej pierwszej grupie, chociaż przyznam, że z nim trzeba jak z słodzonym, skondensowanym mleczkiem. Dlaczego? Bowiem łatwo można przegiąć, przesadzić i doprowadzić się do stanu przesytu. Mimo wszystko przepadam za jego postaciami, jak bardzo irytujące by one nie były i naprawdę żałuję, że teraz mało go na dużym ekranie. Chase ma wiele ról, dzięki którym jest rozpoznawany, a jedną z flagowych kreacji, dzięki której przeszedł do historii kina komediowego, była postać Clarka W. Griswolda.

Groswoldowie – Clark i Ellen (Beverly D’Angelo) są udanym małżeństwem, które dorobiło się dwójki dzieci: Rusty’ego i Audrey. Cała rodzinka jest zdrowo pieprznięta, ale hej – przeciętność jest nudna i oklepana! Film otwiera przekomiczna scena, kiedy to Clark zmienia samochód (a dealerem jest sam tata Jima z „American Pie”). Oczywiście po wymarzonej bryce nie ma śladu, a zamiast niej dostaje zielonego ogóra, przypominającego karawan. Cóż, przynajmniej wszyscy się zmieszczą i będą mogli komfortowo podróżować, bo oto Griswoldowie wyruszają w pełną przygód podróż z Chicago na Zachodnie Wybrzeże. Ich celem jest popularny lunapark. ponad 2 tysiące mil, prawie całe Stany do przejechania. Mi się taka podróż marzy. Ale nie z takim „bagażem”.

W planie ta podróż była idealna: spokojna droga, zwiedzanie, oglądanie, podziwianie. Wszyscy mają uśmiechy na ustach i śpiewają wspólnie piosenki. Oczywiście, jak to w komediach bywa – nic nie jest tak, jak powinno. Frustracja rodzinna rośnie radośnie, co rodzi kolejne komiczne i totalnie absurdalne gagi. Wszystko jest odpowiednio wzmocnione, a stereotypowe podejście do ludzi i wydarzeń dodaje tu kolorytu. I jako że jest to dzieło z lat 80, kiedy twórcy w dupie mieli poprawność polityczną – jest szyderczo, chamsko i prześmiewczo – czyli tak, jak powinno być.

„Wakacje” są chyba moją ulubioną częścią przygód Griswoldów. Mam trochę wrażenie, że pozostałe są nieco odgrzewane, bo ileż można śmiać się z podobnych gagów, ale nadal, cała seria jest kapitalna. Każdy bohater, który przewinął się w tej produkcji, jest takim składakiem, że aż miło się na niego patrzy. W tej części mojego mistrza mistrzów ma rodzina kuzyna Eddiego – kwiczę za każdym razem, kiedy pojawiają się na ekranie.

„W krzywym zwierciadle” to seria, która podejrzewam ma tyle samo wrogów, co zapaleńców. Dla mnie to świetna produkcja, przy której śmieję się, mimo, że minęło już wiele lat. Teksty, sytuacje i jeden wielki abstrakt z domieszką chamskiego humoru – czego chcieć więcej?