ON:
Wybierając filmy opowiadające historie marvelowskich bohaterów, musieliśmy odsiać ziarna od plew, ale specjalnie zostawiliśmy jedno zgniłe jajko zwane „Daredevil”.
Komiks ten ma dość stare korzenie, ale chyba w momencie, gdy zabrał się za niego Frank Miller, można mówić o ponownych narodzinach serii. Znanego z „Sin City” autora cechuje mroczna i dorosła narracja. Gdy pierwszy raz przeczytałem „Punisher: War Zone” w millerowskim wydaniu, to do dziś się moczę na myśl o tym numerze. Frank M. zrobił z DD kolesia twardego, posiadającego jaja i bujającego się pomiędzy dwoma światami: ślepej Temidy i ślepej zemsty.
Matt Murdock to facet, który nie miał łatwego dzieciństwa. Wychowany w biednej dzielnicy przez ojca pijaka, musiał radzić sobie przez większość czasu zupełnie sam. Tatusiek nie mając kasy, zadaje się z lokalnymi bandziorami, dla których ściąga haracze i odzyskuje długi. Właśnie na takiej robicie Matt nakrywa swojego tatę. Rozpacz, rozgoryczenie i jeszcze cała masa innych uczuć targających nastolatkiem doprowadzają do wypadku, który pozbawia go wzroku. Można powiedzieć, że fortuna sprzyja chłopcu, bowiem po stracie wzroku wszelkie inne zmysły wyostrzyły się niemiłosiernie, przez co nawet ślepy Matt staje się groźnym przeciwnikiem.
Od tego czasu syn i ojciec postanawiają zmienić swoje życie. Mężczyzna znów zaczyna trenować boks i odnosi sukcesy na lokalnym, a później i stanowym ringu, zaś młody Murdock zaczyna ostro ćwiczyć swoje nowo nabyte umiejętności, a i w szkole nie próźnuje. Niestety, po raz kolejny dochodzi do tragedii – tym razem nieposłuszeństwo wobec mafioza prowadzi do śmieci boksera. Matt zostaje sam. Mija wiele lat, z chłopca przeobraża się w mężczyznę. Surowego, żyjącego trochę swoim światem i cały czas cholernie wyszkolonego. Gdzieś z tyłu głowy pojawia się czasem myśl o zemście, ale jest ona spychana na dalszy plan. Warto powiedzieć, że przez lata samotnego życia narodziła się druga, mroczna strona Murdocka – Daredevil. Nocny mściciel, który każe ofiary. Jest jednak ktoś, kto wydaje się być bezkarny – Wilson Fisk, zwany także Kingpinem.
Kinowy Daredevil jest nijaki i cukierkowy. Wcielający się w postać Matta Ben Affleck zupełnie nie pasuje do tej roli, jest sztuczny i sztywny. Rozmija się ze swoją rolą o jakieś 100 km. Biega w czerwonym stroju, walczy z bandziorami, zakochuje się w Elektrze (taka dupa, co walczy czałe życie z „Ręką”), ale nic z tego właściwie nie wynika. Efekty i widowiskowość są przeciętne, a niektóre sceny powodują ból zębów. Dla mnie DD jest słaby, nijak się ma do komiksów i mam nadzieje, że zapowiadany remake będzie dużo lepszy.
ONA:
Ben Affleck od kiedy przestał być wyłącznie kumplem Matta Damonda, załapał się do czołówki amerykańskich aktorów. Właściwie co się dziwić – przystojny, utalentowany, idealnie wchodzący w praktycznie każdą rolę – od buraka, po dżentelmena, od ról w komediach romantycznych, po całkiem zgrabne sensacje. Ale mam pewne podejrzenia, że nie nadaje się do jednego gatunku filmowego, co niestety niezbyt dobrze rzutuje na przyszłość. Affleck totalnie nie leży mi jako superbohater. Totalnie. Potwierdza to jego kreacja w „Daredevil”, a powierzenie mu roli Człowieka Nietoperza w „Batman vs. Superman”, który ma wyjść w 2016, będzie moim zdaniem pomysłem równie słabym, jak zatrudnienie Geogre’a Clooney’a do tej samej roli. Okej, ze względów estetycznych – super. Ale taka rola wymaga dość specyficznego podejścia do tematu. Charyzma – słowo klucz. Tu już same ładne oczy, kaloryfer na brzuchu i malutka dupina nie wystarczą.
Nie powiem, że „Daredevil” to skrajnie zły superbohaterski film, bo przecież ten tytuł należy to „Spidermana”, wykreowanego przez Tobey’a Maguire’a. Ale historia o ślepym prawniku, który pod osłoną nocy szuka sprawiedliwości, jest trochę naciągana i szczerze powiedziawszy – nudnawa. Matt Murdock (B. Affleck) stracił swój wzrok w dość tragicznych okolicznościach, a później, żeby dopełnić tragizm tej postaci – zostaje zamordowany jego ojciec. Rosnąc i dojrzewając z ogromnym poczuciem niesprawiedliwości, postanawia zrobić wszystko, żeby się zemścić. Tracąc jeden zmysł zauważył, że pozostałe znacząco się uwrażliwiły. Porusza się płynnie, coś jakby na zasadzie echolokacji, kończy studia prawnicze, otwiera kancelarię – żyje jak wszyscy. Tylko w nocy, w ciemności, która jest jego naturalnym środowiskiem, wychodzi w miasto, by ratować miasto z niesprawiedliwości. I wtedy, w jego życiu pojawia się apetyczna Elektra (Jennifer Garner), która jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Okrutny The Kingpin (Michael Clarke Duncan) zatrudnia najemnika, Dziesiątkę (Colin Farrel), który ma „posprzątać” w mieście.
Czas na ocenę. Jeśli sama fabuła nie jest tak strasznie nudna – fakt, nieco oklepana, a na siłę upchany motyw ślepoty nie za bardzo urwał mi cokolwiek, jeśli nawet spodobałaby mi się choreografia i plastyka ruchów, a to przecież w tego typu filmach jest bardzo ważne, to zupełnie nie rozumiem dwóch elementów, które uprzykrzały mi cały seans. Raz – warstwa muzyczna – żałosna. Evanesence, poważnie? Nie ma już GORSZYCH zespołów? Tak to dopasowane do historii było, jak wcale. A druga to aktorzy. BOŻE!!! W tym filmie tylko C. Farrel jakoś wpasował się w swoją rolę. Reszta obsady to jakaś ewidentna kpina. Affleck i Garner zapomnieli, że grają w filmie „sensacyjnym” a nie w melodramacie, ale ponoć zakochali się w sobie właśnie na planie tego dzieła. Duncan jako ten najgorszy też wypada nędznie, mimo konkretnej aparycji mi bardziej przypomina misiaka do tulenia, niż kolesia, który trzęsie całym miastem.
„Daredevil” to pozycja, którą można pominąć, a „strata” ta będzie zupełnie niezauważalna.
