ONA:
Jestem zdania, że moda, szczególne ta wysoka, jakkolwiek nie byłaby ona próżnym targowiskiem dla elit, bogaczy, którzy dla butów z logiem są w stanie zabrać nawet kredyt, by tylko je mieć – jest to sztuka. To sztuka, która może stać na równi z malarstwem, rzeźbą, architekturą, muzyką. Ale jest wyjątkowa, bo wpisała się w codzienność. Okej, może nie wszystkich nas stać na najdroższe marki, ale inspiracje z nich, z twórczości ekskluzywnych projektantów prędzej czy później wpływają i na nas, na to co kupujemy w sieciówkach, bo jest modne, co wyjątkowe. Absolutnie nie jestem „szafiarką”, ale moda to dla mnie szalenie inspirujący obszar działań człowieka. Zjadłam już wiele książek na ten temat, bo to tak jakby ubrać dzieło Da Vinci. Ubrać – rozumiecie? Mieć to na co dzień. Otoczyć swoje ciało – nawet nagie, delikatne – sztuką. Coś pięknego.
Moją ulubioną projektantką, ale nie tylko ze względu na pomysły i kreatywność, była Channel. Uwielbiam jej pazura, uwielbiam to jak alternatywnie podeszła do tej śmiertelnej choroby, jaką jest życie. Drugim twórcą trochę z „tamtych” czasów, który absolutnie mnie zafascynował, był mężczyzna typu „chłopczyk”. Niepozorny, sprawiający wrażenie dziwnego, nieśmiałego. Patrzył na świat nie tylko zza okularów, ale i gęstej czupryny. Artysta, który zrewolucjonizował modę – Yves Saint-Laurent. I dzisiejszy wpis będzie dotyczył filmu o nim, który nakręcił Jalil Laspert i który umieszczam w mojej prywatnej kolekcji najlepszych biografii, które zostały stworzone. A wierzcie mi – widziałam ich wiele.
Cała historia zaczyna się mniej więcej wtedy, gdy droga młodziutkiego Saint-Laurent krzyżują się z drogą Diora, który był już prawdziwą gwiazdą w świecie mody. Ale talent młodzieniaszka był na tyle ogromny, że został on głównym projektantem marki, a po śmierci Christiana – stanął na czele domu mody. Właściwie, uratował on go przed totalnym bankructwem, a w sztywny, surowy gust poprzednika, dodał finezję, zabawę. Miał intuicję, ale to, co go wyróżniało, to geniusz. Wywrócił on modę totalnie. Ale zanim wspiął się na sam szczyt, zanim stał się tym, za co dziś jest podziwiany, musiał po drodze minąć wiele gnoju, syfu i problemów. I jak to już bywa z geniuszami, istotami, które za dużo widzą, zbyt mocno czują, zawsze za ich plecami jest ktoś, bez kogo żaden z nich nie byłby w stanie podnieść rano szklanki wody.
Fabuła filmu jest arcyciekawa, porywająca i bardzo dramatyczna. Z jednej strony zaczynamy mu zazdrościć tego wszystkiego: tego umysłu, bogactwa, przyjęć, zabaw, wiecznych dionizji wieloseksualnych. Z drugiej – kiedy widzimy, że największym wrogiem głównego bohatera był on sam, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że dzięki kilku osobom, stał się legendą, bo najpewniej sczezłby w jakimś wariatkowie, gdzie za pomocą elektrowstrząsów próbowano „uleczyć” jego homoseksualizm. Aktorsko? Klasa. Tak trafnie dobranych aktorów nie widziałam już dawno. Tak dobrze grających aktorów – też. Tu mamy emocje, prawdziwe, a nie wymuszone i wyuczone. Kolejna sprawa: scenografia, kostiumy i dekoracje – prawdziwy majstersztyk. Trudno nie wymagać po filmie o projektancie tego, żeby ta sfera była wybitnie dopracowana i tu tak jest. Mamy wrażenie jakbyśmy przenieśli się w tamte czasy, wprost do pracowni Yves’a. No i muzyka – kapitalna. Świetnie wpasowana w sceny. Jest bardzo zróżnicowana: od klasyków, po nieco nowocześniejsze brzmienia. Twórcy wiedzieli co robią tworząc soundtrack, bo wyszedł im rewelacyjnie.
Może to wszystko jest zbyt słodkie, zbyt dobre, ale ten film naprawdę daje radę. Jest świetnie skonstruowaną biografią, w której mamy nieco faktów, ale też i nieco podrasowanej prawdy. Jest ciekawa, wciąga i daje do myślenia. Ja polecam!
