42

ONA:

Ostatni film Briana Helgelanda opowiada o tym, jak to się stało, że raz do roku wszyscy zawodnicy bejsbolowi w USA graja mecz z numerem „42” na swoich koszulkach i dlaczego jako jedyny z całej palety ten numer jest zastrzeżony… Wszystko podane jest w sposób arcyciekawy i wciągający, co w przypadku produkcji biograficznych nie jest aż tak oczywiste, ani tym bardziej proste…

Branch Rickey (Harrison Ford wobec którego mam bardzo gerontofilskie zapędy) jest fanem baseballa. Po prostu – lubi, ba – wręcz kocha ten sport. Dla niego liczy się satysfakcja z pojedynku, który dzieje się na boisku. Nie ważne kto, co i jak – ważne, żeby był dobry mecz… A jego ukochana dyscyplina wchodzi właśnie w fazę wojennego kryzysu, gdyż sportowcy albo byli jeszcze na frontach wojennych, albo nie było im dane wrócić… Szukając nowego talentu, świeżej krwi, która zachwyci wszystkich na boisku, menadżer Rickey odnajduje młodego, afroamerykańskiego sportowca – Jackie Robinsona, którego osiągi są rewelacyjne, ale który z powodu koloru skóry mógł grać jedynie w tzw. „negro league”. Swoją drogą, naród, który od zarania czasów chwalił się i szarżował pojęciem „wolności”, jeszcze w ubiegłym wieku dyskryminował każdą „odmienność”… Ale do rzeczy. Rickey postanawia postawić wszystko na Robinsona i na stałe wprowadzić go do gry. Cóż, jest ciężko. Bardzo ciężko. Ale Jackie w końcu dostaje kontrakt z drużyną Brooklyn Dogers. Niestety, sam „świstek” niewiele zmienił. Koledzy z zespołu z niego drwili, członkowie innych szydzili, a miasta, w których pojawiali się na meczach groziły wysyłaniem posiłków w postaci panów w kapturach. Tylko niezłomność i twardy charakter menadżera klubu sprawiły, że początkowo niechętni kompani spod wspólnego sztandaru, widząc jakim talent mają w swoich szeregach, zaczęli przekładać jakieś durne animozje nad wartość zwycięstwa. Pierwsi fani czarnoskórego zawodnika dodali mu wiatru w skrzydła. Wyobraźcie sobie białe, amerykańskie dziecko, które uwielbia tego „konfliktowego” gracza… „Biały chce być jak czarny” – powtarza to swojemu podopiecznemu menadżer Rickey…

Ja lubię biografie, ale potrafię obiektywnie oddzielić te beznadziejne, jak np. znienawidzona przeze mnie ekranizacja losów Coco Chanel, od tych świetnych – z „Jak zostać królem”, czy z „Elizabeth” na czele. Film „42” zdecydowanie należy do grona tych drugich. Jest rewelacyjny! W dużej mierze to zasługa Forda, który wykreował swojego bohatera na człowieka nieograniczonego żadnym durnym „widzimisię”. Menadżer był taki, jaki powinien być. Mobilizował swojego gracza, wspierał go, ściągał na ziemię i uspokajał, gdy nim targała złość i wściekłość, gdy wątpił, czy to wszystko ma sens. Bo przecież miało i właśnie to jako pierwszy zobaczył Branch Rickey. Dla mnie to kreacja oscarowa. Poza tym, to już czas nagrodzić Forda za to, co dał nam w swoich filmach… Ale „42” to również świetna rola Chadwicka Bosemana, czyli głównej postaci w tej produkcji. Boseman nie ma zbyt dużej filmografii (ten film jest jego 3cim pełnometrażowym), ale widać, że chłopak się stara. Musiał zaprezentować nam taki ogrom emocji i uczuć, przy jednoczesnym graniu tylko i wyłącznie sportowca (czyli mięśnie i szybkie bieganie ponad wszystko), że głowa mała. Jego postać jest przepełniona radością i totalnym wkurwieniem. Dobro miesza się ze złem, pozytywne chwile z negatywnymi. Chwile sukcesu wypierane są przez rasistowskie ataki, ale z każdym meczem jest coraz lepiej.

Wyjątkowo – jak na mnie – nie czytałam żadnych informacji o tym filmie. Nic. Nie wiedziałam kim był ani Rickey, ani Robinson. Moja wiedza ograniczała się do tego, że wiedziałam co to jest baseball (ale bez zbędnych szczegółów – ot, banda facetów, piłki i pałki). I siedziałam wpatrzona, jak na szpilkach, bo ciągle miałam wrażenie, że zaraz stanie się jakaś tragedia na tle rasistowskim. Tymczasem finał okazał się wzruszający, a film w mojej ocenie jest dość emocjonalny i po prostu – dobry. Polecam!

ON:

O amerykańskim baseballu wiem tak samo dużo jak o transplantacji serca – zdaje sobie sprawę, że coś takiego istnieje. O filmach biograficznych wiem tyle, że w 99% jest bardzo nudnych, pozostały 1% już pewnie widziałem. Tym bardziej nie spodziewałem się, że poświęcę ponad dwie godziny na seans opowiadający historię Jackie Robinsona, czarnoskórego amerykańskiego baseballisty.

Na lewo i prawo dochodziły mnie słychy, że 42 film Briana Helgelanda jest dobry, nawet bardzo dobry, ale jakoś w to nie chciałem uwierzyć. W końcu Paulina przekonała mnie do seansu. Jak by nie patrzeć wszelkie biografie to ona połyka, niezależnie czy są dobre, czy złe. Później nad tymi złymi najwyżej się pastwi. O czym więc jest 42? O Ameryce po II Wojnie Światowej, o nierówności i rasizmie, o podziałach etnicznych i klasowych, o zakazach i nakazach, o wielkiej miłości do bliskich i do sportu. To dzieło opowiadające o tym, że ogromna determinacja może doprowadzić nas na szczyt i że praktycznie dwóch mężczyzn potrafiło zmienić historię ogromnego kraju, jakim są Stany Zjednoczone.

Jeśli nie zdajecie sobie sprawy jak wyglądało USA po wojnie, to pogrzebcie trochę po sieci. Podział rasowy był na porządku dziennym. Cały kraj dzielił się na białe i czarne. Oddzielne ubikacje, oddzielne loże w teatrach czy na stadionach, brak miejsc dla czarnych w samolotach czy autobusach – to wszystko było normalką. Nawet w sporcie, który powinien być czymś, co przełamuje wszelkie bariery widać było przejawy rasizmu. MLB, czyli liga baseballowa, była tego najlepszym przykładem. Tutaj grali tylko biali, ciemnoskórzy zawodnicy mieli swoją „czarną” ligę. Pewnego dnia niejaki Branch Rickey, pan w podeszłym wieku, miał sen. Stwierdził, że czas najwyższy złamać niepisaną, istniejącą od 1880 roku zasadę i wprowadzić do białej ligi czarnoskórego gracza. Branch był głównym menadżerem Brooklyn Dodgers i do tej drużyny miał dołączyć nowy nabytek. Najtrudniejsze było znalezienie tego, który będzie jednocześnie świetnym zawodnikiem, niepokornym na boisku i twardym w środku człowiekiem, którego nie wyprowadzą z równowagi obelgi białych. Los chciał, że trafiło na Jackie Robinsona. Był on młody, niepokorny i naprawdę dobry w czarnej lidze. Baseballista decyduje się podjąć ryzyko i staje wraz z Branchem do walki o zmianę MLB. Nie będzie to łatwe. Hermetyczne środowisko czuje się zbrukane obecnością „czarnoskórego”, z lewa i prawa słychać wyzwiska i obelgi. Jackie nie poddaje się łatwo, ma wsparcie w postaci ukochanej żony, oraz faceta, który go zatrudnił. Branch nie boi się używać swoich wtyków, władzy i pieniędzy, aby osiągnąć cel. Sam mówi: „Pieniądze nie są ani białe, ani czarne. Są zielone”. W dziele Briana Helgelanda prześledzimy całą historię – od pierwszego uścisku ręki pomiędzy graczem i menadżerem, aż do dnia, kiedy to wraz z Dodgersami Jackie grał przeciw reszcie ligi.

Film był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Jest spokojny, poprowadzony w sposób lekko senny, ale nie nudzi. Grający Brancha Harrison Ford jest naprawdę wyjątkowy i nie zdziwiłbym się gdyby za tę rolę zaczął zgarniać nagrody, które moim zdaniem słusznie mu się należą. Dzieło trochę rozprawia się z tym, co się działo w Stanach wiele lat temu. Dużo się zmieniło, ale pewne rzeczy nadal są takie same, mimo tego, że ubrane w ładne, poprawne politycznie ciuszki. Kawał dobrego obyczajowego kina.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad