taboo - recenzja

Za każdym razem, gdy ktoś rozpływa się w zachwytach nad kolejnym sezonem „Gry o Tron”, „House of Cards”, czy innym hitem serialowym, zastanawiam się skąd to się bierze, że ludzie z taką pasją oglądają seriale. Przecież filmy są lepsze pod każdym względem. I chyba znalazłam odpowiedź.

Taboo – recenzja

Podczas luźnej rozmowy ze znajomym pada hasło „A widziałaś już Taboo? Gra tam Tom Hardy!” Tom Hardy? Mój Tom Hardy? Ten sam, któremu mam rodzić dzieci?

Okazuje się, że ten sam.

Okej, jestem zainteresowana.

„Taboo” to serial, od którego nie da się oderwać! Jest dziwny, jest inny, cholera wie o co tu chodzi, a główny bohater – James Keziah Delaney to postać tak cholernie intrygująca, że skupia na sobie całą uwagę. I gdy już nam się wydaje, że mamy go, że rozpracowaliśmy jego zamiary i motywy, on nam pokazuje fakolca.

Hardy gra tu pierwsze skrzypce. W swojej roli odnalazł się idealnie. Jest zły, cyniczny, dziwny. Potem na moment pokazuje nieco łagodniejsze, „cywilizowane” oblicze i sruuuu – znowu daje do pieca.

Poza Hardy’m zachwycił mnie klimat. Brudny, zły, z ludźmi, którzy tylko omyłkowo mogą być nazywani „człowiekiem”. Jarałam się jak pochodnia, kiedy zauważyłam, że wiele elementów fabuły to fakty historyczne. I bazując na nich, na wiadomościach z tamtych czasów, na relacjach, wspomnieniach, twórcy stworzyli serial tak pierońsko dobry, że nie ma tu absolutnie jednego elementu, do którego mogłabym się przypieprzyć.

Co więcej! Nie mogę doczekać się kolejnego sezonu!
Obejrzyjcie „Taboo” koniecznie. Dla Toma, który udowadnia, że jest w takich rolach po prostu świetny, dla historii, która pokazuje jakie tamte czasy były popieprzone, a także dlatego, by zobaczyć, jak można perfekcyjnie dopracować detale.

Tagi: Taboo – recenzja, seriale, marudzenie, blog popkulturowy