
Jestem idealnym przykładem na to, że newsy, media, wiadomości i cała inna reszta serwisów informacyjnych działa na mnie po prostu źle. W którymś momencie mojego życia kompletnie przestałam czytać, słuchać, interesować się tym. Wiem i bez tego, że świat jest zły, a ludzie podli. Natomiast coś we mnie zostało.
Patriots Day – recenzja
No boję się tego pieprzonego terroru, w każdej jego formie. Może niekoniecznie „boję się” jest dobrym wyrazem, ale przysięgam – czuję lodowaty pot, gdy widzę porzucony plecak np. na dworcu.
Rok 2013. Maraton w Bostonie. Ludzie sobie po prostu biegną, bo lubią, co coś to dla nich znaczy, bo chcą pokonać siebie. Dwa wybuchy. 264 rannych. 10 zostało pozbawionych kończyn. 3 ofiary, między innymi ośmiolatek.
Peter Berg przy pomocy Marka Wahlberga znowu bierze się za prawdziwe wydarzenia, które dla wielu ludzi do dziś są bolesne.
I znowu – historia znana, w miarę współczesna, więc ciągle pamiętana, a i tak siedzisz jak zahipnotyzowany przed ekranem i przeżywasz…
Oczywiście, że z tego filmu wylewa się patriotyczny patos, nie można się łudzić, że będzie inaczej. Oczywiście, że trzyma w napięciu, że pokazuje pewne sytuacje z innych punktów widzenia. I tak, tego typu dzieła są „na raz”, bo to wrażenie można poczuć tylko za pierwszym, ale i tak warto.
Mark Wahlberg wydaje się być idealny właśnie do takich ról. Z jednej strony jest silny, a z drugiej ma wzrok jelonka. To bardzo sympatyczna kombinacja. A o Bergu zaczynam mieć bardzo dobre zdanie. Stworzył film bardzo dynamiczny, ciekawy i wiarygodny!
Wiele osób podchodzi do tego typu kina w bardzo sceptyczny i kpiący sposób. Ale akurat „Patriots Day” wyróżnia się na tle pozostałych dzieł bo… jest zrównoważony. I naprawdę wciąga.
