ON:

„Martwa cisza” miała premierę w 1989 roku, a ja miałem wtedy dziewięć lat i za żadne skarby świata nie miałem prawa i możliwości zobaczenia tego filmu. Minęło kilka następnych wiosen i gdzieś w TV w ramach kina nocnego miałem okazję delektować się nim na spokojnie. Ostatnio przypomniałem sobie o nim i postanowiłem pokazać go Paulinie. Zanim jeszcze o napiszę o filmie, wspomnę  kilka słów o aktorze grającym główną rolę. Sam Neill to dość specyficzny jegomość i jak każdy ma lepsze i gorsze role, ale z jego aparycją idealnie wpasowuje się w psycholi. W „Ukrytym wymiarze” był po prostu przerażający. Dawno nikt w żadnym horrorze nie zagrał jak on w tym filmie. Myślę, że to także zasługa genialnego scenariusza.

W „Martwej ciszy” gra wojskowego, który wraca do domu po odbytej służbie. Na dworcu zamiast kochającej żony z synem, czeka na niego dwóch policjantów, którzy przekazują mu okropną wiadomość. Jego ukochana miała wypadek. Ona wyszła praktycznie bez szwanku, ale ich kilkuletni synek zmarł zaraz po przyjeździe karetki. Następują ciemne dni w ich życiu. John podejmuje decyzje, że wraz z żoną wypłyną na kilka tygodni prywatnym pięknym jachtem. Podróż przebiega sobie spokojnie, wszystko jest jak w bajce. Kolejne dni pomagają zapomnieć o stracie, jaka ich spotkała. W jedno spokojne popołudnie napotykają po drodze jacht. W ich kierunku z owej łodzi płynie szalupa z przerażonym mężczyzną. Małżeństwo pomaga mu wyjść na pokład i tutaj zaczyna się historia specyficznego trójkąta, w którym stawką będzie ich życie. Rozbitek okazuje się bowiem niezłym psycholem. John postanawia popłynąć na jacht rozbitka i sprawdzić jak się ma jego opowieść do historii jaka się tam naprawdę wydarzyła. Na miejscu okazuje się, że statek tonie, silnik jest zalany, a w jednej kajucie znajdują się martwe pokaleczone ciała całej ekipy, znajomych Hughiego (czyli pana psychola). Niestety, przerażonemu Johnowi nie będzie dane dotrzeć na jego łódź, gdyż pan psychiczny już zabawił się w kapitana statku. Zaczyna się więc szaleńczy wyścig z czasem, wyścig w którym stawką jest życie małżeństwa.

Ten film mogę ocenić na dwa sposoby. Z perspektywy obecnego kina i z punktu widzenia 17-18 latka który widział go po raz pierwszy. Nie chce po nim jechać, bo mam do niego lekki sentyment. To obraz dla wielbicieli gatunku. Wiem, że Paulinie nie podszedł, uważa go za nudny, w którym nic się nie dzieje. Ja uważam,  że po prostu narracja jest wolna, ale ma to swój klimat. Jeśli popatrzę na ten film z punktu widzenia obecnych produkcji, to i tak umieszczę go pośrodku. To kino bijące wiele obecnych thrillerów, ale do czołówki mu niestety daleko. Tak jak pisałem – dla wielbicieli gatunku, którzy nie mieli jeszcze okazji go oglądać.

ONA:

Tym razem Dawid (chyba w ramach zemsty) puścił mi film o facecie w łódce. Dosłownie. Do tego zostałam zmuszona by oglądać Nicole Kidman z końca lat 80tych, kiedy jeszcze nie botoxowała się tak okrutnie, ale teraz już wiem czemu to robi. Teraz już wiem, rozumiem, więcej śmiać się nie będę.

A film? Ech.

Kidman gra żonę, Sam Neill gra męża, a Billy Zane gra psychola. Swoją drogą, różnica wieku (nieznaczna, ale zawsze!) między mną, a Dawidem na przykładach filmów jest bardzo widoczna. Gdy on chodził do kina na poważne premiery, ja gubiłam mleczaki.

 

D: No i gra tam Billy Zane!

P: Tez z Titanica?

D: Ten z Martwej ciszy!

 

Tak, wszystko dzieje się na morzu. Na łódce, chociaż właściwie na dwóch. Małżeństwo, które właśnie straciło dziecko w wypadku samochodowym, wybiera się na kilkutygodniowy rejs w nieznane. Ona ma depresje, on stara się jej pomóc. I kiedy już wszystko powoli zaczyna się znowu układać, spotykają młodego mężczyznę. Hughie jest jedynym ocalałym z tonącego niedaleko statku. Pozostali członkowie załogi odłożyli łychy w dość dziwnych okolicznościach, wszystko wskazuje na zarazę. I zaczyna się… Jak łatwo się domyślić, młodzieniec jest psycholem, który wymordował całą załogę i teraz ostrzy kły na nasze małżeństwo. I w teorii to mogłoby być całkiem niezłe kino akcji. Bohaterowie są przecież na morzu, z żadnej strony nie ma pomocy, a psycholek się rozkręca!

 

I teraz będą spojlery, ponieważ chcę Was ostrzec przed tym dziełem.

John, czyli mąż jest chyba jakimś niespełnionym odkrywcą. Nie zna rozbitka i mimo zagrożenia „zarazą” – płynie na statek, zostawiając żonę z obcym facetem. Oczywiście na tonącej łajbie schodzi pod podkład, znajduje trupy i zatrzaskuje się. Statek bierze wodę, jemu już grozi utonięcie, ale jakimś cudem znajduje rurkę, którą łyka powietrze, a potem dość szybko zauważa dziurę, dzięki której wypływa. W między czasie buduje tratwę. Co tam. To, że ja bym nie umiała, to nie znaczy, że on też nie. Aaa! Na koniec oblewa resztki statku benzyną i podpala, co akurat było dobrym pomysłem, bo w ten sposób zauważa go jego żonka. No i właśnie. Wróćmy do tego co się działo na łajbie małżeństwa z gratisowym psycholem. Na początku były jakieś „szarpaczki” pomiędzy notorycznie zarumieniona Nicole i Billym. Gonili za sobą po pokładzie, ona nieudolnie próbowała zatrzymać statek, a on ciągle jej przeszkadzał. Jakimś cudem kontaktuje się przez radiostację ze swoim mężem, ale cała rozmowa polega na tym, że on ją słyszy, ona go nie. No i po drodze, nie wiem dlaczego, ale nasza droga rumiana żoneczka, bzyka się z psycholem. Ale potem upaja go drinkiem z jakimiś środkami nasennymi (?) i po raz kolejny próbuje przejąć statek. Sam koniec filmu jest tak okropnie żałosny, że przechylił czarę goryczy i ja ten film oceniam bardzo słabo.