ONA:
Każdy, kto przeżył „zaplanowaną” śmierć bliskiej osoby wie, że najgorsze jest czekanie. Wyrok z ust lekarza może brzmieć różnie: 5 lat, pół roku, 3 miesiące, 2 tygodnie, kilka dni. Zawsze oznacza jedno: zostaje Ci niewiele czasu, by nacieszyć się wspólnym towarzystwem, by zrobić to wszystko, co mieliście zrobić: odwiedzić, spróbować, poczuć. Henry Bobson ten temat podjął zupełnie inaczej. Jest tu dokładnie to, co powinno być: jest bliska osoba, jest choroba, jest kończący się czas. Ale Maggie (Abigail Breslin) umiera z nieco inny sposób. W swojej nieco apokaliptycznej wizji twórcy zmieniają ją w zombie…
Dziewczyna jest nastolatką. Zaraziła się śmiertelnym (i śmiercionośnym) wirusem, na którego nie ma lekarstwa. Jej ojciec, Wade (Arnold Schwarzenegger) robi co może, by przedłużyć jej życie, ale to na nic. Każdego dnia następuje coraz większa przemiana w zombie. Ciało zaczyna się zmieniać, myślenie również. Już coraz mniej uroczej Maggie, a coraz więcej zgnilizny, otwartych ran, mętnego wzroku…
Jeśli słyszę frazę „film o zombie”, to od razu nastawiam się na krwawą napierdalankę z tymi, którzy jeszcze żyją i tymi, którzy już nie. Latające bebechy, napięta atmosfera, mało estetyczne sposoby wzajemnego mordowania siebie. A tu? Tu mamy prawdziwy dramat, w którym „wirusem” może być każda inna, zabójcza choroba. Ojciec traci córkę. I niestety, nie traci ją nagle, ale sukcesywnie. Nadzieja miesza się ze zwątpieniem. Mając pełną świadomość co się dzieje z nastolatką, do niego i tak wiele rzeczy nie dociera. Pytań jest wiele, a odpowiedzi – wcale. Wade próbuje zachować wszystko to, co zostało z ich normalnego życia. Tylko czemu wszyscy patrzą na Maggie w TAKI sposób?
Ten film to dla mnie duże zaskoczenie. Po pierwsze: nie ma tu zupełnie akcji. On się snuje, stymuluje emocje, daje do myślenia, a nie robi z mózgu sieczkę przy pomocy kolejnych cięć. Po drugie: Breslin i Schwarzenegger tworzą tu wyjątkowy duet. My jesteśmy przyzwyczajeni, że role, w jakie wchodzi Arnold, to rozpierducha na całego. Tu jest skrajnie inaczej. Tu jest troskliwym ojcem, który nie tylko bardzo dba o córkę, (której już niewiele życia zostało), ale też wręcz wydaje się, że zupełnie tego nie zaakceptował. Ba – wręcz liczy na cud. Cud, który nigdy nie nastąpi.
„Maggie” to szalenie inne kino, które zrywa z utartymi schematami. Tu wszystko jest inne. Zamiast akcji mamy emocje. Zamiast rozpierduchy – smutek. Arnold nie jest maszyną do zabijania. Z kolei Abigail przestaje być uroczą dziewczynką, a powoli zmienia się w potwora. Do tego mamy świetne zdjęcia i oprawę muzyczną. Krótko mówiąc: świetny, inny dramat, który potrafi uderzyć w najczulsze punkty.
ON:
Jak daleko się posuniecie, jeśli będzie chodziło o Waszych bliskich? Gdzie jest granica pomiędzy miłością a dobrem całego społeczeństwa? Czy poświęcisz jednostkę, aby uratować grupę? Te pytania stawiają nam twórcy specyficznego dramatu pod tytułem „Meggie”, w którym Arnold Schwarzenegger zagrał jedną z głównych ról.
Film ten jest debiutem Henry’ego Hobsona, który moim zdaniem zrobił małe arcydzieło w swoim gatunku. Jeśli chodzi o klimat, to bardzo blisko mu do „Drogi”, która wręcz powalała na kolana, swoją depresyjnością i poczuciem beznadziei. Podobnie jest tutaj. Jakaś zaraza zaatakowała kraj. Rozprzestrzenia się ona przez krew, ugryzienia, a osoba zakażona po pewnym czasie staje się krwiożerczym i bezmyślnym zombie. Mija kilka tygodni od całej epidemii, a lekarze i wojsko nadal nie mają szczepionki. Stworzono jednak ośrodki izolacyjne, w których przetrzymywane są zarażone osoby i gdzie można odwiedzić je przed „końcem” ich życia.
Meggie jest młodą, kilkunastoletnią dziewczyną, która niestety miała pecha. Ugryziona w rękę zaczyna powolny proces przemiany. Przerażenie, załamanie i szok powodują, że dziewczyna ucieka z domu, zostawiając w nim rodzeństwo oraz dwójkę zaniepokojonych rodziców. Ojciec Maggie szukał jej przez praktycznie trzy tygodnie, aż wreszcie odnalazł ją w jednym ze szpitali. Tylko dlatego, że miał odpowiednie znajomości, udało mu się zabrać córkę do domu, a nie zostawić w zamkniętym ośrodku. Oczywiście od tej pory musi odpowiednio o nią dbać i jej pilnować, bo nigdy nie wiadomo jak szybko w jej przypadku nastąpi przemiana. Reżyser postanawia dać nam możliwość podglądnięcia tego, co będzie działo się dalej. Ludzie są dziwni i nawet w obliczu ogromnej tragedii i zagrożenia nie potrafią sobie poradzić z pewnymi problemami. A podjęte decyzje są zupełnie bez sensu.
Oglądając „Maggie” mam wrażenie, że gdzieś już to widziałem i nie myliłem się. Podobne opowieści znajdziemy między innymi w „The Walking Dead”. Podejmowanie decyzji jest przecież najważniejszym zadaniem. Każda z nich przynosi bowiem mniej lub bardziej niespodziewane skutki. Dlatego ciężko tak naprawdę w sytuacjach zagrożenia decydować za siebie i za innych. Wszystko dlatego, że nacechowany emocjami umysł nie jest dobrym doradcą. Oczywiście, z jednej strony adrenalina potrafi dać nam potężnego kopa, ale z drugiej – potrafimy popaść w amok, który może być zabójczy.
Jeśli chcecie zobaczyć dobry film o zombie i trudnych decyzjach w chwili próby, to na pewno warto zwrócić uwagę na „Maggie”
