ON:
Polityka to bagno. Czego spodziewać się po „zawodzie”, w którym chodzi o kłamanie w żywe oczy i wielką kasę? Każdy, kto raz dorwie się do koryta, odejść od niego nie chce. Jak myślę o politykach od razu przed oczami mam świniaki z „Folwarku zwierzęcego.” Na taką ocenę zasłużyły sobie pokolenia tych, którzy twierdzą, że rządzić potrafią, znają potrzeby ludu oraz nie mają złych zamiarów. Politycy to przestępcy, tyle, że w ładnych garniturkach.
Chyba największe „chamstwa” wykręcają sobie wzajemnie pretendenci do najwyższych stołków. Wybory to czas kiedy sztaby wyborcze każdego z kandydatów zrobią wszystko, aby ich „wybraniec” był biały jak prześcieradło, a kontrkandydat musi być w oczach wyborców najgorszym potworem. Przecież to demon, który bił dziecko, zabija kaczki na polowaniach, w szkole nie szło mu za dobrze z matematyki. Brzytwy chwyta się tonący. Sztab wyborczy chwyta się każdego brudu. O takiej właśnie kampanii wyborczej opowiada film Clooneya „Idy Marcowe.” Gubernator Mike Morris jest na dobrej drodze do „Białego domu”, a to że jest w tym miejscu, to nie tylko zasługa jego przekonań, świetnego kontaktu z wyborcami, ale także ciężka praca genialnej ekipy z jego sztabu. „W służbie jego gubernatorskiej mości” stoją: weteran wielu kampanii Paul Zara oraz młody, ale świetnie zapowiadający się Stephen Meyers. Panowie dwoją się i troją aby ich kandydat na każdym kroku wypadł jak najlepiej. To oni podczas debaty publicznej tak ustawiają ambony, by jego konkurent wyglądał jak karypel. Oni także piszą mu przemówienia, podpowiadają z kim warto wchodzić w polityczne układy, a kogo omijać szerokim łukiem. Po drugiej stronie barykady stoi Tom Duffy – doświadczony i przebiegły jegomość, który nie cofnie się przed niczym aby zniszczyć przeciwnika. Między innymi zaprasza na rozmowę w cztery oczy Meyersa i proponuje mu pracę w ich sztabie. Młodzik nie za bardzo wie co zrobić, ale koniec końców dzieli się tą informacją ze swoim przełożonym. Niestety, wyjdzie mu to bokiem, już po kilku kolejnych dniach. W obu „biurach” panuje bardzo napięta atmosfera. Od wygranej w tym stanie może zależeć bardzo wiele. Na scenie pojawiają się jeszcze dwie osoby. Wścibska, często drążąca dziurę w brzuchu dziennikarka, Ida Horowicz oraz młoda, ambitna, pełna seksapilu asystentka biura Morrisa – Molly Stearns. Dziewczyna bardzo szybko dobrała się do rozporka Mayersa (albo to on dobrał się do jej majtek?). Nie to jest jednak ważne, ważna jest pewna tajemnica, która wychodzi na jaw podczas jednej ze wspólnie spędzonych nocy. To, co się wydarzy później, ma ogromy wpływ na karierę młodego doradcy gubernatora oraz na całą kampanię wyborczą.
Oceniać „Idy Marcowe” jest mi bardzo trudno. Z jednej strony to bardzo dobrze wyreżyserowanie i zagrane kino, z drugiej w filmie są dłużyzny, przegadane sceny, które mimo iż wnoszą wiele do filmu, do scenariusza, to potrafią zmęczyć i znudzić. Przyczyną może być to, iż film jest adaptacją sztuki teatralnej pt. “Farragut North.” Widać jednak różnicę pomiędzy tym obrazem a “Rzezią” Polańskiego, która to nie wyszła obronną ręką z pojedynku scena teatralna vs. taśma filmowa. Jeśli więc ktoś oczekuje wartkiej akcji oraz ogromnego napięcia, to może od razu odpuścić sobie ten film. Clooney postawił na „storytelling” i wyszło mu to bardzo dobrze. Mimo, że jest to niezły film to raczej dla wielu oglądających będzie filmem na jeden raz, ale ten jeden raz warto go zobaczyć.
ONA:
Świat polityki mnie przeraża. Zaczynając od tego najbardziej podstawowego poziomu, na tym najwyższym skończywszy. Przeraża mnie to, a im jestem starsza, tym mam większe zapędy anarchistyczne, chociaż to ponoć zmienia się z wiekiem. W naszej rodzimej polityce drażni mnie to, że mamy do czynienia ciągle z tymi samymi osobami, które jedynie zmieniają barwy, zależnie od aktualnej mody. A głosowanie na „mniejsze zło” w ogóle mnie nie interesuje i przekornie stawiam krzyżyk przy Królu Julianie. Niemniej, tematyka jest wdzięczna. Niezależnie, czy są to wyznania jurnej Anastazji P., czy „Raport Pelikana” – wszystko, co krąży wokół władzy i seksu przyciąga.
„Idy marcowe” to film o kampanii prezydenckiej w Stanach, która zbliża się już ku finałowi, więc zaczyna być brzydka. Jesteśmy w sztabie senatora Morrisa, któremu marzy się przeprowadzka do Białego Domu. Ma wokół siebie zaufanych i kreatywnych ludzi, którzy robią co mogą, by ich szef wypadł lepiej obok swojego kontrkandydata. Sztabem rządzi Paul Zara, stary wyjadacz, ale dzielnie pomaga mu młody karierowicz Stephen Meyers, który ma jeszcze jakieś ideały, bo mało widział. A teraz przyjdzie mu zderzyć się z konsekwencjami jednego nieprzemyślanego kroku.
Mike Morris wydaje się być idealnym kandydatem na prezydenta. Przystojny, ale oddany rodzinie i zakochany w żonie, z solidnym charakterem i poglądami, zabawny, ale i rzeczowy. Troszczy się o swoją ekipę, chce zadbać o obywateli. Paul i Stephen robią wszystko co mogą, by mu pomóc, oddają się swojej pracy bez reszty. Młodym zaczynają się wszyscy fascynować, ponieważ prze do przodu jak lodołamacz. Ale po drodze popełnia błąd. Połechtana przez szefa konkurencyjnego sztabu pycha, ambicja i zaciekawienie doprowadziła go do sytuacji bez wyjścia. Jedno niewinne spotkanie z panem Tomem Duffy pociągnęło za sobą lawinę złych wyborów, złych informacji. Do niezbyt ciekawego wyboru należy również sypialnie z 20letnią stażystką, ale nie tylko on na ten pomysł wpadł. Okazuje się, że czasami ten idealny, kryształowy człowiek ma na sobie rysy…
Film „Idy marcowe” pokazuje jak robi się politykę. To również obraz wskazujący na to, że każdą osobę można złamać, na każdego ktoś ma jakiegoś haka, a do władzy idzie się czasami po trupach, metaforycznych, ale jednak. Sam film jest ciekawy, ale ma bardzo nierówne momenty. Jest przegadany i przeknuty – ale w tym tkwi jego urok. Za bardzo nie wiemy kto tu jest bohaterem pozytywnym, a kto nie, bo każdy bawi się w szantaż. Jedno jest pewne – mamy do czynienia z ładnym dziełem, ze świetną obsadą, z ciekawym scenariuszem i z kilkoma nudnymi fragmentami, które potem są rekompensowane. Mamy zatem walkę o władze, różnymi frontami, czasami bezwzględnie, ale heloł, to walka o najwyższy urząd w państwie, wiadomo, że będzie brzydko. Mamy też knucie i bezwzględność. Dalej mamy seks, zdrady, uwodzenie, jest też i ciąża, niezbyt chciana, więc wskakuje nam też aborcja (wiadomo, katolicy). Mamy też samobójstwo. Jednak tematem przewodnim jest szantaż i różne jego oblicza. Możemy analizować charaktery i wybory bohaterów, możemy poduczyć się w trudnej sztuce manipulowania, a na końcu widzimy bolesną śmierć ideałów.
Mi się ten film podobał. A George Clooney jest do zjedzenia.
