Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Aż do piekła – recenzja

Aż do piekła - recenzja

Gdyby nie pewne zrządzenie losu, „Aż do piekła” przeszedłby mi koło nosa. To jeden z tych filmów, którymi można się delektować i jakie przeżywa się w wyjątkowy sposób. Pewnie jakiś czas temu nie doceniłbym tego kina, jednak chyba trochę dorosłem do tego typu obrazów. Aż do piekła – recenzja

Podobnie jak w „Out of the Furnace”, mamy opowiedzianą historię dwóch braci. U Scotta Coopera opisywane wydarzenia miały miejsce w jednej z małych mieścin położonych w Pasie Rdzy, u Davida Mackenzie tłem opowieści będą rozległe pola Teksasu. Poza historią braci, obrazy te łączy coś jeszcze. Chodzi o ukazanie tej brzydkiej, biednej strony Ameryki. Wszyscy znamy Stany z pięknych filmów i pocztówek, gdzie ludzie biegają z kubkami kawy po zatłoczonych ulicach, a i na przedmieściach, chociaż jest spokojniej, widać jednak pewien dostatek. W „Aż do piekła” jest inaczej. Od samego początku widać puste uliczki teksaskich mieścinek, gdzie auto przejedzie raz na pół godziny.

Poza główną opowieścią, w obrazie Davida Mackenzie pojawiają się wątki, małe drobiazgi, które pokazują, jak zmienia się Ameryka przez lata. Podczas jednej z rozmów, prowadzonej ze swoim partnerem Alberto Parkerem, Marcus Hamilton mówi o złej sytuacji teksańskich terenów. O tym, że mieszkający tutaj przez 150 lat ludzie tracą domy na rzecz banków. Alberto dobija piłeczkę i wspomina, że te 150 lat wcześniej jego krewni, pełnej krwi Indianie tracili swoją ziemię na rzecz kolonistów. Koło się zatoczyło. Tej złej Ameryki jest tu więcej. Pokazana jest na wielkich przydrożnych reklamach oferujących szybkie pożyczki od ręki. To także obdrapane domy, tanie dziwki i śmierdzące małe motele trzeciej kategorii. Pomiędzy polami naftowymi pędzą swoje bydło potomkowie pierwszych cowboyów, którzy oddają swoje życie ciężkiej pracy po to, aby kawałek steka kosztował odpowiednio dużo, ale aby też dobrze smakował. Co z tego? Jeden z takich mężczyzn, zmęczonych codziennością, żali się Hamiltonowi mówiąc, że jego dzieci mają w dupie to, co on teraz robi. Czasy się zmieniają, a Teksas nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą, no chyba, że na podwórku masz własny szyb do wydobycia ropy. W takich mieścinach pojawiają się dwaj przestępcy, którzy napadają na kolejne filie lokalnego banku. Dlaczego to robią? Dla kasy oczywiście, bo przecież po co by inaczej. W całej opowieści wydaje się być jednak drugie dno.

Ta dwójka to bracia Toby i Tanner Howard. Pierwszy spokojny, niepotrafiący wyjść z alimentacyjnych zaległości ojciec dwójki chłopaków. Drugi to niespełna 36-letni facet, który 10 lat spędził w więzieniu, koleś z zepsutą głową i ciągotami do przemocy. Ich plan jest dziwny. Napadają tylko rano, kradną banknoty tylko o nominałach do 50$, a potem znikają. Na coś zbierają kasę. Po kolejnym napadzie okazuje się, że ze zgarniętą forsą lecą do kasyna. Tam też jednak ich zachowanie jest inne. Ponieważ kolesie kasują z banków tylko drobnicę, FBI olewa sprawę i przerzuca ją na ręce Rangerów. Za dwójką wyruszają wspomniani wcześniej Alberto oraz Marcus Hamilton. To dość ciekawa para, która do tej gorzkiej potrawy dokłada trochę swojej słodyczy. Ich wzajemne złośliwości i rozmowy rozładowują trochę całą atmosferę. David Mackenzie serwuje niesamowicie spokojną narrację, każda kolejna scena nieśpiesznie przybliża nas do finału, który także jest bardzo wysublimowany.

Klimat podtrzymuje muzyka, za którą odpowiadają Nick Cave oraz Warren Ellis. Pasuje ona idealnie i oddaje to, czym smakuje tamten rejon Ameryki. Nieśpieszny soundtrack przeplatany jest piosenkami country, wpasowanymi w poszczególne sceny. Jeśli dodamy do tego świetne panoramiczne zdjęcia Gilesa Nuttgensa, to otrzymujemy dzieło inne niż typowe dramaty kryminalne. Dla mnie to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto zakochał się w „Out of the Furnace”.

Aż do piekła – recenzja