ON:

Jeśli mam podać ulubiony musical, to bez wahania wymienię dwa tytuły: „The Wall” oraz „Fame” – oba dzieła wyszły spod ręki Alana Parkera i uważam, że są fenomenalne. „Ściana” jest trudna i psychodeliczna, ale muzyka Floydów nigdy nie była prosta. Jej przeciwieństwem jest „Sława”. Film, który po raz pierwszy zobaczyłem wiele lat temu, na jakimś płatnym kanale. W tej chwili już nie pamiętam, czy było to 10, czy też 15 lat wstecz, wiem za to, że opowieść o nowojorskiej szkole teatralnej wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Wszystko przez to, że cały dramat ma miejsce w USA lat 80-tych. To kolorowa epoka, przepełniona subkulturami, z jednej strony pozostałości po kulturach hipisowskich, a z drugiej wchodzimy już w czasy natapirowanych włosów, bikini i jeszcze większej rozwiązłości seksualnej. Dzieło Parkera podzielone jest na rozdziały, epizody, które skupiają się na najważniejszych chwilach studentów tejże wyjątkowej uczelni. Całość zaczyna się przesłuchaniami. Poznajemy tutaj najważniejsze postacie dramatu, które będą musiały poradzić sobie z tym co je czeka.

W grupie tych osób znajdują się: zagubiona, wystraszona dziewczyna, której ta szkołą jest jedyną szansą na wyrwanie się z domu i nędzy, jest czarnoskóry tancerz, który przyszedł na przesłuchanie przypadkiem i okazało się, że jest o wiele lepszy niż jego partnerka. Pojawia się także chłopak, który skacze pomiędzy kolejnymi przesłuchaniami, bo wydaje się, że nie nadaje się on do niczego. Gdy już zakończą się wszystkie rozmowy zaczyna się rok pierwszy, chyba najtrudniejszy ze wszystkich. Te podczas niego nawiązywane są wszelkie sympatie, pojawiają się antypatie, no i wtedy studenci zdają sobie sprawę z tego, które przedmioty sprawiają im największe trudnośći. Szkoła Parkera, to szkoła pełna muzyki. Tutaj wystarczy tylko chwila „nieuwagi” i już mamy na ekranie roztańczoną grupę dzieciaków. Jedni grają na instrumentach, inni pląsają po stołach, jeszcze inni śpiewają. Mimo tak ogromnej różnicy między nimi każde z nich ma to samo marzenie, za które płaci się ciężką cenę. Walutą jest pot i łzy, zmęczenie oraz zwątpienie. Nie wszyscy przejdą tą ciężką próbę i nie każdy z uczniów będzie robił w życiu to co kocha.

Kwintesencją „Sławy” jest choreografia oraz ścieżka dźwiękowa. Te dwa elementy wspólnie z fantastycznie opowiedzianą opowieścią, są kombinacją wyjątkową, możliwe, że właśnie dlatego został nagrodzony dwoma Oscarami w 1981 roku. Film Alana Parkera ogląda się jak stary dobry teledysk. Mowa o klasykach, porządnych, trwających po kilka, kilkanaście minut opowieściach. Jeśli nie wiecie o czym mówię, to wrzućcie w „YT” Phil Collins – „I Wish It Would Rain Down”. Wtedy poczujecie klimat tamtych lat, gdy to reżyserzy prześcigali się w historiach, a w jednym teledysku mogliście zobaczyć Chestera Thompsona na perkusji, Lee Skalra na basie, Erica Claptona na gitarze i Phila, który wyśpiewał fenomenalnie tą piękną balladę. I taki jest właśnie „Fame”, jest trwającym ponad dwie godziny teledyskiem. Warto!

ONA:

Musicale, które fabularnie kręcą się wokół środowisk muzycznych, aktorskich bądź tanecznych, mają największy sens i najłatwiej jest przełożyć to, co jest fikcją filmową, na prawdziwe życie. Kacper Ruciński, jeden z moich ulubionych kabareciarzy, kiedyś dość dobitnie rozprawił się z musicalami. Wyobraźcie sobie realność, która wypełniona jest musicalową formą: w knajpie siedzi zakochana para, zamiast gadać śpiewają, tańczą na stołach, po chwili wychodzą kelnerzy – też śpiewają i tańczą i nikogo to nie dziwi, ani nie niepokoi. Wg Rucińskiego jedynym gatunkiem filmowy, który jest „musical free” jest porno. Miejmy nadzieję.

Ale wracając do musicalu, o którym dziś będziemy pisać – merytorycznie jest najbardziej trafiony. „Fame” to dzieło totalnie poświęcone śpiewaniu, tańczeniu i graniu, ale tak de facto mówi o ambicji, dążeniu do celu i ogromie marzeń, które są zależne nie tylko od determinacji i wkładowi pracy, ale i osobom, które stają na na drodze do spełniania. Jedni wspierają i motywują, a drudzy rzucają kłody, aczkolwiek nie zawsze robią to po to, by zaszkodzić. O tym właśnie jest „Sława” – o grupie młodych osób, które stają na rzęsach, by  coś osiągnąć. Wiąże się to z wieloma wyzwaniami i dylematami, w pewnym momencie muszę odpowiedzieć sobie na pytanie „Czy warto?”, „Ile wytrzymam?”, „Ile poświęcę dla osiągnięcia celu?”

Bez wątpienia dzieło to jest przepełnione dźwiękami, które świetnie komponują się z całym obrazem – to po prostu ma sens. Jeśli żyjesz tańcem – tańczysz. Jeśli żyjesz muzyką – śpiewasz, grasz, komponujesz. Całość jest spójna i harmonijna, i – co najważniejsze, pokazuje świat taki, jaki jest. Największą bolączką musicali jest ich totalne oderwanie od rzeczywistości i idealizowanie na każdym kroku, a w „Fame” jest i słodko, i gorzko. Jeśli zaś chodzi o to, co w filmach muzycznych jest najważniejsze – czyli dźwięki + choreo, to mamy klasę totalną, na najwyższym poziomie, który dzieła typu „High School” nie osiągną nigdy. Tu jest autentycznie. Tam – sztucznie. Niestety, jestem na bieżąco z osiągnięciami „produktów” zza oceanu i wiem co mówię. Może dla przeciętnego nastolatka, który nie potrafi odróżnić czegoś niszowego, ale dobrego, od czegoś popularnego i mdłego śpiewający Efron i Hudgens to szczyt możliwości, ale ja stawiam na coś zupełnie innego.

„Fame” daje radę. Obejrzałam go po raz pierwszy, towarzyszył mi przy nocnej pracy i nawet nie zorientowałam się kiedy musical się skończył. On naturalnie wypełnił nocną ciszę, a nogi pod biurkiem same podrygiwały. Nie pobije mojego ukochanego „Hair”, ani „Mamma Mia!” do którego mam totalną słabość, ale myślę o nim ciepło.