ONA:
Mel Gibson wraca. I to wraca w starym, dobrym stylu!
Film „Dorwać gringo” to trochę akcji, trochę humoru, trochę zaskoczenia, trochę kiczu, co w całości daje całkiem niezłe ciastko. Zaczyna się banalnie: skok życia, kasy po brzegi i widmo starości w jakimś ciepłym państewku, które nie ma podpisanej umowy ekstradycyjnej z naszym krajem. I już na samym początku jest zabawnie, bo nasz główny bohater, razem z jego wspólnikiem, w przebraniu klownów i z torbą wypełnioną kapuchą pędzą przez jakieś totalne zadupie. Ściga ich policja, w końcu dopadają ich, a właściwie jego, bo wspólnik niestety odłożył łychę, a cała historia kończy się w meksykańskim więzieniu. I tu włącza się mój ksenofobizm, rasizm, czy cokolwiek innego, byle zakończonego -izmem, bo dla mnie Meksyk to zło samo w sobie. Najwyraźniej wyobrażenie to zostało solidnie podsycone przez filmy z Meksykiem w roli głównej, bo tam zawsze rządzy syf, kiła i mogiła, dragi, prostytucja, spalone słońcem i spocone ciała, no i szczury wielkości kotów. I dokładnie ten obraz widzimy w filmie „Dorwać gringo”. Driver ląduje w samym środku piekła, czyli w meksykańskim więzieniu, które jest wybitnie nietypowe. Całość przypomina bardziej małe miasteczko, w którym mieszkają całe rodziny, tyle, ze jest otoczone murem. Mamy tu budki z narkotykami, obok sklepów z żarciem, mamy pokoje do wynajęcia, mamy dziewczynki lekkich obyczajów, mamy rozrywki i zabawy. Są bogaci i biedni, są całe rodziny, które żyją po prostu. Driver jest zupełnie zaskoczony. Zaczyna obserwować to, co się tu dzieje. Szybko „zaprzyjaźnia” się z młokosem, który mimo bardzo młodego wieku, jara szlugi i udaje twardziela – meksy-coma. Szybko rozszyfruje zasady panujące w piekle. Dowiaduje się również dlaczego mały skubaniec chce zabić najważniejszą personę w więzieniu, Javiego, mimo, że ten chroni go bardzo. I nie, nie jest jego ojcem…
Oglądając ten film czułam się, jakby wróciło kino z lat 90. Mel w najwyżej formie, a rola Drivera wydaje się, że była pisana pod niego. Zupełnie jakby wróciły czasy „Zabójczej broni”, „Patrioty” i „Braveheart.” Mel gra tu cwanego kolesia, który nie cofnie się przed niczym, żeby zdobyć to, co chce. Jest przy tym jednak opiekuńczy, wręcz czuły, ma skrupuły wobec zagrożonych, natomiast wrogów zabija, zupełnie bez mrugnięcia okiem. Film właściwie kręci się wokół pieniędzy: mamy skok i wielką kasę Drivera, którą mu odebrano, mamy różnice w „społeczności” więziennej i to, w jaki sposób można kupić sobie minimum komfortu, nawet w klatce. Dalej jest cena, którą można zapłacić za zdrowie i życie, i wydaje się, że to tylko domena bogatych. No i to jak kasa zmienia człowieka, utopijnie dając mu możliwość, często przykłada mu lufę do serca. Szczególnie, gdy pieniądze są brudne.
Driver jest bohaterem zupełnie niejednoznacznym. Nie jest totalnie zły i totalnie dobry. Nie jest superbohaterem, nie jest też złoczyńcą. Mam wrażenie, że to, że przeżył w meksykańskim więzieniu zawdzięcza tylko chłopcu, który pokazał mu kulisy życia w tym miejscu, a zna go przecież jak własną kieszeń. Pojawienie się gringo w tym miejscu pokiereszowało nie tylko plany kilku panom, ale i znacznie wpłynęło na zmniejszenie liczby mieszkańców. W kilku scenach widzimy nieco kiczowate, trochę westernowe momenty, ze strzelaniem, krwią, trupami – ale miło się to oglądało.
Fajnie, że Mel wrócił do kin. Oby tylko nie wpadł na pomysł nakręcenia „Pasji 2”.
ON:
Miało być pięknie: szybki skok, dużo kasy, a na koniec piękne laski, drinki i wspaniała plaża. Niestety, scenariusz jest jednak trochę inny. Tak dosłownie kilkoma słowami można opisać najnowszy film z Melem Gibsonem pt. „Dorwać gringo”. To historia planu wręcz doskonałego, który niestety nie wypalił, ale dzięki wytrwałości i pomysłowości głównego bohatera, można będzie znów wprowadzić go w życie.
Wszystko zaczęło się na granicy USA oraz Meksyku, dwaj przestępcy w strojach klaunów (tylko proszę bez głupich skojarzeń z dowcipami o klaunach) uciekają przed ścigającym ich patrolem policji. Klaun na tylnym siedzeniu jest już bardziej martwy niż żywy, no dobra kilkanaście sekund później jest już martwy, klan kierowca jest desperatem, dla niego liczy się tylko opuszczenie kraju, a Meksyk jest ostatnią deską ratunku albo po prostu stanem przejściowym pomiędzy więzieniem, śmiercią a dostatnim życiem z kasy jaka leży z tyłu samochodu. Ucieczka kończy się rozbitym autem i wylądowaniem na stronie meksykańskiej. Po krótkiej wymianie zdań z amerykańskimi gliniarzami, policja z Meksyku zgarnia bandziorów i dojeżdża w siną dal. W tej chwili przyjdzie nam poznać „Drivera” (Mel Gibson), będzie on narratorem tej powieści i dzięki niemu poznamy jej finał. Możemy mówić, że miał dużo szczęścia, kasa jaką miał ze sobą (jakieś 2 miliony dolarów) uratowała mu życie. Skorumpowani gliniarze nie wsadzili mu kulki w łeb i nie pozostawili na pustyni, ale łaskawie zawieźli go do więzienia. Aby się tam znaleźć nie trzeba wiele, pociąganie za sznurki w tym biedolandzie jest bardzo łatwe, wystarczy trochę kasy, a tej gliniarze mają w bród. Tak więc Reginard T. Barnes, bo tak się podobno zwie złoczyńca, ląduje w pace. Tyle, że jest ona bardzo nietypowa, ponieważ możemy mówić o małej enklawie, zamkniętym miasteczku w środku miasta. Tutaj nie rządzą strażnicy, ani naczelnik, ale bandyci mający w swoich rękach wszystko od nieruchomości zaczynając, a na żywym towarze kończąc.
Trafiając do takiej kloaki, trzeba umieć utrzymać się na powierzchni, bo inaczej utoniesz pośród gówna. Barnes jest złodziejem, wiec robi to, co potrafi najlepiej – kradnie. Dzięki temu ma gdzie spać, ma co jeść, ma na fajki. A co najważniejsze, znajduje czas na obserwację. Jako były snajper wie, że liczy się cierpliwość oraz obserwacja. Dzięki odpowiedniemu zwiadowi, każda misja zakończy się sukcesem. W czasie takich „przygotowań” poznaje 10 letniego dzieciaka. On opowiada snajperowi o więzieniu, a ten w zamian daje mu papierosy. Z czasem ta znajomość staje się coraz bardziej przyjacielska, a między matką chłopca, a naszym bohaterem tworzy się wieź. Nie jest to może miłość, lecz uczucie bardzo podobne, dające obojgu poczucie bezpieczeństwa, posiadania kogoś.
Reginard nie jest bezpieczny w tym mieście. Nie chodzi o lokalnych oprychów, ale o właściciela kasy, jaką miał w samochodzie. Dwojga z czwórki policjantów, jacy podiwanili jego kasę podczas aresztowania, możemy spotkać w krainie wiecznych łowów, dwoje kolejnych ma pełne gacie, bo ktoś siedzi im na karku. W tej sytuacji bohater stawia wszystko na jedną kartę i postanawia wdać się w konszachty z diabłem, osobą która tak naprawdę rządzi więzieniem. Zaczyna się rozgrywka mająca na celu ocalenie jego tyłka, odzyskanie pieniędzy oraz wyciągnięcie dzieciaka i jego matki z paki. Czy się uda? Sprawdźcie sami.
„Dorwać gringo” to powrót Gibsona do kina akcji, powrót całkiem dobry. Nie dość, że jest on odtwórcą głównej roli, to jeszcze maczał swoje palce przy scenariuszu. Wyszło z tego zgrabne kino sensacyjne. Trochę trąci mi ono starymi filmami z lat 90-tych, ale nie psuje to efektu, wręcz przeciwnie dodaje takiego retro-klimatu. Nie spodziewajcie się tutaj psychologicznych rozgrywek między bohaterami, jak było na przykład w „Gorączce”, bo możecie się poczuć zawiedzeni – to jednak inny kaliber. Ten film jest sensacyjnym dramatem, który jest zgrabnie poprowadzony i opowiada o zbrodni prawie doskonałej. Poza tym tylko tutaj „Clint Eastwood” płaci dziwkom, aby były jego sekretarkami. Raz zobaczyć warto.
