ONA:

Tak, wiem. To tylko świadczy źle o moim prywatnym gustometrze, ale ostatnio na pytanie o ulubione filmy odpowiadam „Pearl Harbor”, „Dzień Niepodległości”, czy „Armageddon”. 

To nie jest tak, że lubię tylko takie filmy, ale ostatnio mam postępującą wczutę właśnie na to kino, którego głównym zadaniem jest odmóżdżenie mnie wieczorem, żebym mogła od rana walczyć ze światem (i z sobą). U mnie to uderza falami. Czasami oglądam same biografie, żeby potem dopaść wszystko, co nakręcił Woody Allen. A potem kilka tygodni spędzam na maratonie „Harry Potter”+”Obcy”+”Star Wars”. Teraz, w końcu do grudnia zostało niewiele czasu, mam wielki apetyt na kino katastroficzne, kiedy dzielni żołnierze ratują świat. Teraz nadrabiam zaległości z kina superbohaterskiego, ale niedawno w TV zaskoczył nas „Armageddon.”

Bruce Willis, Billy Bob Thorton i Ben Affleck gwarantują wrażenia wizualne, reprezentując zacne grono hollywoodzkich ciach, a Michael Bay dodaje do tego solidne pierdolnięcie. Czy już wspominałam, że pan Bay jest geniuszem kina typu „BOOOM!”?

Ale od początku. Świat po raz kolejny staje w obliczu katastrofy. Tym razem w kierunku naszej Matki Ziemi zmierza gargantuicznych rozmiarów asteroida (wyraz „gargantuiczny” poznałam podczas filmu „Kill Bill” i od tego czasu go uwielbiam). Nie dość, że jest wielka jak Teksas, to jeszcze pędzi z prędkością 35 tysięcy kilometrów na godzinę. Naukowcy wstrzymują oddech, bo oczywiście przeciętny Kowalski, Smith czy Lopez o tym nie wiedzą. Na szczęście, pojawia się plan, jak poskromić tą morderczą kupę różnych surowców naturalno-kosmicznych. Trzeba wysłać na nią ekipy, które zrobią ogromne odwierty, w dziury wprowadzą ładunek nuklearny i zrobią wielkie boom. Ale to nie jest wiercenie w familioku, za pomocą wiertarki firmy Bosh. To zlecenie może dostać tylko jeden człowiek na ziemi. Bruce Willis, och, pardon, Harry Stamper. Ale Harry ma inny problem. Podczas życia na kolejnej platformie wiertniczej ze swoimi wiernymi kumplami nie zauważył, że jego mała córeczka Grace (Liv Tyler) zmieniła się w przepiękną, młodą kobietę, którą zainteresował się (ze wzajemnością) jego pracownik, A.J. Frost (Ben Affleck). Napiętą sytuację przerywa przybycie wojskowego helikoptera, którym Harry zostaje przetransportowany do „kwatery głównej” problemu. Tam wszystko wyjaśniają mu kolejni specjaliści, na czele z Danem Trumanem. Harry zgadza się podjąć tej wyprawy, ale pod jednym warunkiem – jego ludzie lecą z nim. Więc widzimy jak wojskowi „przechwytują” kolejnych chłoptasiów: jeden gna przez kolejne stany na swoim motorze, inny właśnie zajada się pączkami i robi tatuaż „Lovin’ Mama” – cała banda na pierwszy rzut oka wygląda dość nieporadnie, nieco karykaturalnie, ale są uroczy, dowcipni i nieobliczalni. No i najlepsi. W porównaniu z prawdziwymi naukowcami i kosmonautami ekipa Harry’ego wygląda dość specyficznie. Ale jakimś cudem udaje się ich zapakować w dwa szybowce i wystrzelić w kosmos. A tam niestety, problemy pojawiają się dość szybko…

Jedni mówią o „Armageddonie”, że to najgorszy film katastroficzny w dziejach kinematografii. Ja absolutnie do grona tych osób nie należę, bo uwielbiam każdy element tego filmu. Jest pełny napięcia, a gdy pierwszy raz go oglądałam połowiczny happy end mnie zaskoczył. Uwielbiam dowcip w tym filmie oraz to, jak różni są bohaterowie. Teksty między nimi, wzajemne droczenie się, dialogi pełne sarkazmu i ironii są zderzone z poważnymi wydarzeniami, jakie niedługo mają nastąpić. Bruce w roli ojca jest ochhh. Do tego przepiękne kadry, z których Bay słynie, spokojne najazdy, by zaraz później wystrzelić jakiś wahadłowiec w powietrze. No i muzyka. „I don’t want to miss a thing” zarobiło Oscara, według mnie w pełni zasłużenie. Pamiętam, gdy urocza Liv Tyler zapowiadała zespół jej ojca na ceremonii rozdania w 1999 roku. Pełna ekscytacja, gęsia skórka i wielka paszcza papy Tylera, drzącego mordę wśród tych wszyskich wyfiołkowanych pań i panów. Uwielbiam to jego „Yeaahhh!” Zachwycam się tym filmem od 14 lat.

ON:

Koniec świata, w którym żyjemy, ma podobno nadejść za kilka miesięcy,  czeka nas zmiana położenia biegunów, ogromne ochłodzenie oraz wiele innych czynników, które skutecznie pozbawią ludzi możliwości przeżycia na błękitnej planecie. Oczywiście Hollywood stara się pokazać wiele różnych wersji końca dni. Jedną z nich przygotował Michael Bay. Co by o tym reżyserze nie mówić, to jest to facet, który z kina akcji tworzy małe dzieła sztuki filmowej. Nie są to filmy wybitne fabularnie, scenariusze są przewidywalne, ale tutaj chodzi o coś innego. Bay = widowiskowość, akcja, świetne ujęcia oraz naprawdę wciągające prowadzenie opowiadanej historii. Nie chce budować mu jakiegoś wybitnego pomnika, jest on jednak jednym z moich ulubionych reżyserów. Wracając do apokalipsy, to ta ze stajni Baya zwie się “Armageddon”, który mimo swojej naiwności jest naprawdę świetnym „oglądaczem”, to takie samoogladające się kino.

Gdzieś tam podczas obserwacji kosmosu astronomowie zobaczyli coś, co spowodowało u nich przerażenie. Asteroida wielkości stanu Texas pędzi z ogromną szybkością w kierunku Ziemi, mimo wielu pomysłów na uniknięcie katastrofy realny zostaje tylko jeden. Wysłać ekipę szalonych ludzi na lecący kawał skały, tam na miejscu, przy pomocy sprzętu górniczo-naftowego, będą oni musieli zrobić odwierty, a w nich umieścić i zdetonować ładunki nuklearne. Kaszka z mleczkiem, wystarczy tylko znaleźć tą grupę szaleńców oraz kogoś, kto nią będzie kierował. Właściwie nie trzeba było daleko szukać. Jest taki jeden etatowy ratownik naszej planety. Nazywa się Bruce Willis. Kopał tyłki w „Szklanej pułapce”, przenosił się w czasie w „12 małpach”, a teraz pokieruje najlepszą i najbardziej pokręconą ekipą „górniko-nafciarzy, prawie astronautów”. Harry Stamper (Willis) jest specjalistą od odwiertów naftowych, jego praca to nieustanne ryzyko oraz wyzwania, stres i trudne decyzje. Poza tym, jego ludzie pójdą za nim w ogień. Takiego człowieka nam potrzeba. Warto dodać, że córką Harrego jest piękna Grace, do której smali cholewki jeden z jego podwładnych – A.J. Frost. Wiadomo, każda córeczka jest okiem w głowie tatusia, tak jest i tutaj. Stemper wie, że żaden młokos nie będzie dobierał się do jej majtek. Nasz specjalista dostał praktycznie ofertę nie do odrzucenia. Jego warunek był jeden, sam ma dobrać swoją ekipę, on wie komu może zaufać. Tak więc mamy mieszankę świrów oraz psychopatów, którzy mimo, że są szaleni jak marcowe zające, to od samego początku zyskają naszą sympatię. Zaczynają się przygotowania do samobójczej misji. Szybkie szkolenie, ostatnie przygotowania oraz pożegnania z najbliższymi i…3…2…1 START! Początki wydają się być łatwe, mamy dokowanie na rosyjskiej stacji, w celu uzupełnienia zapasów paliwa. Tutaj poznają Andropova, który po wypadku staje się ich towarzyszem wyprawy. Teraz panów czeka lądowanie na kawałku skały…

Nie chce mi się wierzyć, że ktoś nie widział tego filmu, ale jeśli kogoś trzymali przez ostatnie kilkanaście lat w piwnicy, to dla niego specjalnie nie zdradzę zakończenia. Powiem tylko, że wszystko tutaj jest przewidywalne, od początku do końca wiemy jakie amerykańskie patenty pojawią się w filmie, ale jak wspominałem i tak nie będzie nam to przeszkadzało w bardzo dobrej zabawie. Film raz należy zobaczyć, to pozycja obowiązkowa. Kolejny seans przytrafił się nam jako tło rodzinnej imprezy, i naprawdę miło czasem było rzucić okiem na telewizor i przypomnieć sobie niektóre sceny.