ONA:
„The Paperboy” to film dziwny, ale wierzcie mi – nie ma w tej dziwności niczego złego. Mimo to w pewnym momencie Dawid zapytał mnie, skąd ja biorę te tytuły, czy jest jakiś portal z dziwnymi filmami, w których pojawiają się sceny sikania na ofiarę poparzenia przez meduzy, czy o co chodzi? Tak, w tym filmie Nicole Kidman szcza na Zaca Efrona…
Pierwsza scena – czarnoskóra kobieta zaczyna opowiadać historię. Czy to jest Marcy Gray? Od kiedy ta uroczo skrzecząca piosenkarka gra w filmach? Czy ja zgubiłam jakąś epokę? Dobra, idźmy dalej, bo za chwilę okaże się, że Thomas Anders też w czymś grał – a jak grał, to proszę, nie mówcie mi tego. Zatem Marcy Gray, a w filmie sympatyczna Anita, zaczyna opowiadać historię i to ona będzie naszą narratorką i przewodniczką. Dziennikarz Ward James (Matthew McConaughey) wraca do miasteczka na Florydzie po latach, by zająć się sprawą więźnia, skazanego za morderstwo na karę śmierci. Hillary Van Wetter (John Cusack) jest dziwnym typem, dla mnie zupełnie odrażającym, ale jednak udało mu się skupić uwagę panny Charlotte Bless (Nicole Kidman), która żwawo koresponduje z różnymi więźniami, poszukując tego jedynego. No okej, nietypowa z niej kobieta, ale cóż… Kiedy za pomocą słów Hillary’ego poczuła, że to mężczyzna jej życia, postanawia zrobić wszystko, by go wyciągnąć z więzienia. Zgromadziła dowody i sprzeczności w dwóch wielkich pudłach i wkroczyła w życie Warda, jego wspólnika Yardleya i młodszego brata – Jacka (Z.Efron). I tu zaczynają się ogromne problemy. Zaczynamy poznawać naszych bohaterów, którzy nie należą do ludzi zwykłych i każde z nich ma coś za uszami. Finał jest spektakularny…
Właściwie o czym jest ten film? Co tu jest głównym wątkiem? Ciągoty młodego chłopca do toksycznej kobiety? Tajemnica jednego z braci? Może problem tolerancji względem osób czarnoskórych? Wszystkiego po trochu. Wielowymiarowość wątków jednak nie doprowadza do palpitacji i padaczki, bo uzupełnia się nawzajem. I wszystkie bazują na najniższych popędach i fizyczności. Jak wspomniałam na „dzień dobry” – jest osławiona już scena, w której Charlotte sika na poparzonego Jacka. Jest seks – brutalny, ostry, w stylu pana Grey’a. Jest przemoc, krew, masturbacja na dystans (świetna scena), gwałt (?), a na końcu czeka na nas morderstwo. Jest też klimat rozgrzanej Florydy, z mnóstwem potu, który ściekając w różnych formach i co chwilę wypełniając kadr, powinien dostać miejsce w obsadzie, a twórcy powinni zastanowić się, czy nie zmienić tytułu z „Pokusa” na „Potusa”. Ludzie, którzy pokazani zostali w tym filmie, są odpychający. Nie chcemy się z nimi przyjaźnić, oj nie. Jeśli chodzi właśnie o tą cechę, mistrza ma para uroczych narzeczonych, z czasem małżonków, czyli Hillary i Charlotte. On jest typowym człowiekiem z bagien. Brudny, z niewyparzoną mordą, a ona – żywa Barbie, z ostrym syndromem niedopchnięcia. Prawdziwa lala do pukania, która do tego jest zupełnie fair z całym, otaczającym ją światem, bo ona tego nie ukrywa. Jej utlenione do granic przyzwoitości włosy, jej zalotne spojrzenie zza firany sztucznych rzęs, jej kurwi mejkap, kuse kiecki, cycki na wierzchu – to wszystko mówi jedno: „Jestem stworzona do dawania przyjemności. Przyjemności seksualnej”. Dla mnie te dwie kreacje były fenomenalne. Przyzwyczajona jestem do oglądania Kidman w rolach typu “Fąfa-fąfa”, a tu mamy ostre, wulgarne sceny, a sama bohaterka nie bierze jeńców. Cusack z kolei gra kolesia, który się nie ciaćka się z nikim i z niczym. Ten obłęd i bezkompromisowość są prawdziwe. Idźmy dalej. Efron to dla mnie gwiazdka typu „produkt”, którą wielka machina wypuszcza co jakiś czas, już gotową do spożycia, z pięknym ciałem i śnieżnobiałymi zębami, dodając jakąś ckliwą i łapiącą historyjkę do życiorysu, żeby urealnić coś, co jest totalnie odrealnione (i dając w ten sposób nastolatkom paletę marzeń o podobnym odkryciu). Zatem gdy przeczytałam, że w tym filmie gra kolejny „produkt” ze stajni Disney’a – przeraziłam się. I zupełnie błędnie. Zac ma mały dorobek aktorski, ale potencjał jest. Jego rola była nieco naiwna, jeszcze pełna młodzieńczych ideałów, ale błękitnooki dał radę. Wykreowanie bohatera, który miota się pomiędzy młodzieńczym szaleństwem i bezmyślnością a coraz bardziej napinającą dorosłością wyszła mu całkiem zjadliwie. Śmiem twierdzić, że przyćmił Matthew McJakmutam.
Czy warto to dzieło zaliczyć? W całej jego dziwności – stanowczo tak! Chociażby temu, żeby zobaczyć Kidman w tak innej niż zwykle roli.
ON:
Paulina wybiera różne filmy, czasem lepsze, czasem gorsze, a czasami po porostu bardzo trudne do zakwalifikowania i ocenienia. Tak właśnie dzieje się z „The Paperboy”, w naszym kraju znanym jako „Pokusa”. Jest to mieszanka stylów i gatunków, które wzajemnie się przeplatają, czasem uzupełniają, jednak efekt końcowy nie do końca każdemu musi smakować. To jak z ukraińskim barszczem – nie każdy musi lubić mnogość pływających w nim składników.
Cała historia zaczyna się od „spowiedzi” czarnoskórej pomocy domowej. Kobieta ma już kilka lat na karku i widziała trochę rzeczy. Zaczyna swoją opowieść od śmierci pewnego, wrednego szeryfa, którego nikt nie lubił, nie lubił tak bardzo, że wypatroszył go jak wieprzka. Podejrzenie pada na niejakiego Hillary’ego Van Wettera, mieszkającego na mokradłach łowcę aligatorów. Kolo raczej nie należy do sympatycznych facetów, przez co jeszcze bardziej upewnił ławę o swojej winie. Ze skazańcem koresponduje sobie niejaka Charlotte Bless, samotna laska, którą miś Ted nazwałby „białym śmieciem”. Dziewczynie imponuje facet z więzienia, który pisze frazesy o aniołach. Coś ją w nim pociąga, ale nie zdaje sobie sprawy jak głupią jest babą, pakując się w taki związek. W tym czasie do miasta przyjeżdża dwóch mężczyzn: czarnoskóry Yardley Acheman oraz jego biały kumpel Ward Jansen. Ward jest obiecującym pisarzem i wraz z Yardleyem stara się napisać książkę. Jednocześnie zbierają materiały do sprawy Wettera. Na scenie pojawia się także młodszy brat Jansena – Jack. Ta czwórka stanowi specyficzny czworokąt, który łączy osoba Van Wettera. Pierwsze wspólne spotkanie z tym psycholem odbywa się w więzieniu i nie powiem – jest ono za ciekawe. Główny wątek, który opowiada o zbrodni, zaczyna się w pewnym momencie przesuwać na drugi plan, a najważniejsze okażą się stosunki pomiędzy osobami zaangażowanymi w sprawę.
Jak pisałem wcześniej – film jest strasznie nierówny i ma kilka naprawdę „mocnych” scen. Nie zdziwcie się jak zobaczycie sikającą na młodego Jacka Charlotte, czy ostre bzykanie na pralce. Niestety, te nie zawsze smaczne kadry wnoszą za wiele do samego obrazu, który jest czasem niespójny, a czasem wręcz przegadany. Historia się ciągnie i mimo dość zaskakującego finału, nie powoduje u mnie chęci powrotu do niego. To kino przeciętne, pomimo tego, że dobrze zagrane. John Cusack dla mnie aktor mający za sobą już lata swojej świetności, ale pokazał, że potrafi jeszcze całkiem nieźle namieszać w świecie filmowym. Niestety, ani on, ani Nicole Kidman wraz z Matthew McConaughey’em nie potrafili uratować tego filmu. Najbardziej jednak irytował mnie Jack Jansen. Który przez ¾ filmu pomykał w swoich białych slipach.
