ON:

Michael Clayton jest człowiekiem od rozwiązywania specyficznych problemów. To dozorca, prawnik, który wie jak wyciągnąć Cię z każdego bagna. To taka lżejsza wersja Wolfa z “Pulp Fiction”. Potrąciłeś kogoś jadąc po pijaku samochodem, masz na karku glinarzy? Dzwonisz po niego. Niestety, jego prywatnych problemów nie potrafi rozwiązać nawet taki spec jak on. Hazard to jego niezdrowy konik, który doprowadził do dość dużych problemów finansowych, te zaś zmusiły go do wyprzedania całego majątku. Restauracja, mająca być jego zabezpieczeniem na przyszłość, poszła pod młotek. Żona raczej nie chce utrzymywać z nim kontaktu, a jedynym pocieszeniem jest jego kilkuletni syn. To z nim spędza najmilsze chwile swojego smutnego życia. Michael to przykład na to, że inteligencja nie zawsze umożliwia spokojny żywot.

Problem między innymi jest to, że przez 17 lat w pracy dla jednej kancelarii, Clayton jest chłopcem na posyłki. Na liście płac widnieje jako konsultant. Co to za facet, który przez tyle lat jest konsultantem? Najlepszy, a jednocześnie najgorszy. Ilość brudów, jakie prał, zmusza zarząd firmy do utrzymywania jego osoby. Michael nie jest jednak pazernym dupkiem, mimo własnych problemów nie posuwa się do szantażu, lecz po prostu prosi szefa o podwyżkę/pożyczkę. Zagranie rozsądne, choć lekko krępujące. Nie jest to najlepszy moment na negocjacje, ponieważ kancelaria jest na etapie fuzji. Dodatkowo, ich najdłuższa i najcięższa sprawa w historii kancelarii, śmierdzi jak targ rybny o 6 rano. Pozew zbiorowy przeciwko klientowi ciągnie się na kilometry i dotyczy preparatu rzekomo doprowadzającego do raka, a co za tym idzie – do śmierci. Problem jest jednak w tym, że Arthur Edens, obrońca z kancelarii, ześwirował. Najpierw odegrał śliczną scenę striptizu, podczas przesłuchania stron, a później z gołym wackiem pomykał po okolicznym parkingu, starając się swoją knagą zagonić młode jałówki do łoża. W tej sytuacji jedynym ratunkiem jest wysłanie Michaela do Bostonu, gdzie ma doprowadzić Arthura do porządku. Stary obrońca nie ułatwia mu zadania. Znika na kilka dni, a w jego dokumentach znajduje się teczka z dość gorącymi dowodami obciążającymi klienta, którego broni.

Sprawa zaczyna śmierdzieć jeszcze bardziej. To smród rozkładających się ciał, trupów, które zaczynają się pojawiać na scenie. Pierwszym będzie obrońca, kolejnym… Nie powiem. Ale zacznie się robić naprawdę dziwnie.

“Michael Clayton”, to film specyficzny. Niby to thriller, ale czasami ma tak długie przegadane sceny, że zaczyna nudzić. Pomysł na historię był bardzo doby, ale mnogość wątków, potrafi doprowadzić do rozstroju. Jednak jeśli zaczniemy oglądać go na spokojnie i analizować poszczególne sceny, możemy całkiem dobrze się przy nim bawić. Powodem na pewno jest, specyficzna „mroczność” filmu, pokazująca jak daleko mogą posunąć się wielkie korporacje, aby dojść do celu. Przy okazji widać jak bardzo pojedyncza osoba, może chcieć bawić się w Boga. Jeśli będziecie mieli ochotę na thriller prawniczy to warto.

ONA:

Z okładki patrzy na mnie On. Nie, właściwie nie patrzy. Zerka gdzieś w bok, ale nawet w tym zwykłym zerkaniu jest niemożliwie boski. Pomarszczone czoło, wszak ma już 51 lat, szpakowate włosy, oczy przenikliwe. Kiedy już w końcu przestaję wgapiać się w jego twarz zerkam niżej. A tam dumnie stoi „Twórcy „Ocean’s Eleven” i „Ultimatum Bourne’a przedstawiają…” Hmmm… Trylogię z przygodami Oceana lubię bardzo. Bourne’a nieco mniej, ale też. Ok, sprzedane. Coś na kształt kebaba późnym wieczorem, po wyczerpującym dniu. Michael Clayton został moim nocnym mięchem w bułce.

Generalnie, jak coś ma opis „wciągający thriller”, a do tego w obsadzie widzę kilka solidnych nazwisk, to zaczynam mieć wygórowane wymagania. Zwykle potem spadam na pysk, kiedy okazuje się, że to kolejny, przewidywalny do bólu film, w którym sznurówki grają lepiej, niż aktorzy, ale w przypadku filmu Gilroya – nie zawiodłam się wcale. Standardowo, bardzo przeszkadzała mi pani Swinton, bo nie umiem na nią patrzeć, ale nie jest to jedna z często przewijających się przez ekran bohaterek, zatem można przeżyć. Ogromnym plusem jest to, że całość dzieje się w Nowym Jorku, a jeśli film ma to miejsce za scenerię, dodaję mu plusa. Filmy z NYC w tle są po prostu lepsze. Cała fabuła krąży po prawniczym środowisku. Clayton jest cenionym adwokatem, który idealnie sprawdza się w sytuacjach beznadziejnych. Pewnie pomagał Wałęsom, gdy synuś złapał pomroczność… Rozumiecie, taki styl pracy… On po prostu sprząta, zmiata kurze. Jest w tym dobry. Ma wielu zaufanych klientów, którzy polecają go, gdy przyjaciele wpadną w tarapaty. Właściwie, główny bohater powinien zmienić imię i nazwisko na „Umorzenie Śledztwa”. Dostaje kolejne zlecenie. Ma zatuszować kryzys psychiczny jednego z prawników, któremu ponoć odwaliło, o ile „odwaleniem” można nazwać publiczny negliż. Arthur Edens zwęszył coś ciężkiego. Coś, co może położyć ogromny koncern na łopatki. Coś, co otworzy wielu ludziom oczy, czyli w skrócie jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. I tu zaczyna się dziać. Nic w tym filmie nie będzie oczywiste…

Początkowo miałam problem, żeby ogarnąć całą fabułę, bo jest ona solidnie poskakana, zarówno, jeśli chodzi o miejsca, o bohaterów i o czas, bo mamy kilka retrospekcji, które powodują dodatkowe zakręcenie historii. W kilku miejscach poirytowana (bo irytacja ekspresowa to moja największa wada) byłam strasznie, ale film się z biegiem czasu robi bardzo klarowny. Po prostu początkowo nie wiemy kto jest „dobry”, kto jest „zły”, kto z kim pracuje i dla kogo i najważniejsze, czemu nagle wybucha samochód głównego bohatera, podczas gdy on ogląda konie. Ale spokojnie, to też zostanie wyjaśnione. Właściwie, finał jest całkiem, całkiem rewelacyjny. Uwielbiam takie rozwiązywanie tajemnic.

Całość prezentuje się bardzo mroczno i tajemniczo. Do tego mamy prawniczy światek, który wypacza psychikę świeżo upieczonym absolwentom liceów, którzy spędzają kilka dobrych lat w książkach, by uczyć się prawa, by być jak Ally McBeal albo chociaż Magda eM, cała w groszki. A potem to, jak im się uda, ogarniają sprawy rozwodowe.

Film całkiem niezły. Wszystkie wątki są zamknięte, a do tego jest całkiem ładny, jeśli chodzi o ujęcia.