ONA:
Jeśli ktoś by mnie w tej chwili zapytał, jaki jest mój ulubiony albo chociaż jeden z ulubionych filmów, to powiem, że gra w nim Robert Downey Jr. i Jude Law, a całą produkcję, hmmm – właściwie dwie produkcje, wyreżyserował Guy Ritchie. Mowa oczywiście o rewelacyjnych przygodach najsłynniejszego detektywa i jego wiernego kompana, a wszystko podane przez ex-męża Madonny. I to jest dopiero zaskoczenie!
Zacznę od pana za kamerą. Guy Ritchie jest dla mnie twórcą beznadziejnym. W jego filmach nie ma nic nadzwyczajnego. Ponoć jest mistrzem od czarnych komedii kryminalnych, ale ja tego nie widzę zupełnie. I tu takie zaskoczenie! Do pójścia do kina trochę w ciemno zachęcił mnie pan Robert, któremu rodzić dzieci mam zamiar i którego kocham za rolę Larry’ego w „Ally McBeal”. To była jedna z nielicznych wartościowych postaci w tym serialu (poza muzykami grającymi okazjonalnie w ich ulubionej knajpie) i tak boleśnie mi go zabrano… Jeśli zaś chodzi o jego dorobek filmowy, to cóż. Robert ma za sobą dosyć długi epizod narkotyczno-hulaszczy, więc nie ma się co dziwić, że raczej stał z tyłu. Gdy wszedł na czystą ścieżkę (hmmm, zły dobór słów, on chyba zawsze chodził po „czystych ścieżkach…) nagle sypnęły się oferty. Uwielbiam go szczególnie za 3 role filmowe, którym nadał niesamowitego charakteru. Kocham go, gdy jako Iron Man ratuje świat. Do łez doprowadził mnie w „Tropic thunder”, gdzie wszedł w rolę zmanierowanego aktora Kirka Lazarusa. No i wreszcie nadszedł 2009 rok, w którym to Robert Downey Jr. zmienił się w Sherlocka Holmes’a. Jego kreacja zachwyca mnie totalnie. To nie jest taki bohater, jaki znalazł się na stronach powieści Arthura Conan Doyle’a. Ten ma charakter, charakterek de facto. Jest przebiegły, diablo inteligentny i bystry, nic nie umie schować się przed jego uwagą. Do tego jest totalnie aspołeczny, ceni jedynie towarzystwo najbliższych mu przyjaciół i psa, którego regularnie „zabija”. W spowitym kurzem i bibelotami pokoju przy Baker Street czeka na chwilę, w której musi wejść do akcji, bo angielska policja rozkłada ręce. Sherlock jest człowiekiem od brudnej roboty, ale niekoniecznie musi kogoś likwidować. On zabija umysłem, dedukcją, i piekielną inteligencją. Jego sława jest potężna. Jego wiedza – jeszcze potężniejsza. Nie było dyscypliny, w której nie potrafiłby zagiąć największych znawców. A obok niego, wierny i poczciwy doktor John Watson, który jest zupełnym przeciwieństwem naszego tytułowego bohatera. Absolutnie nie ujmuję mu inteligencji (i urody), ale on jest spokojniejszy, bardziej rozważny, z rozsądniejszym planem na życie. Sherlock ma w dupie konwenanse i stabilizację, której poniekąd pragnie John. I w życiu szanownego doktorka w końcu pojawia się namacalna forma tego, czego pragnie, w osobie uroczej Mary. W obu częściach tej genialnej i totalnej historii pojawia się wiele innych osób. Mamy Irene Adler (Rachel McAdams), która potrafi wodzić Holmes’a za nos (i zdaje się, że para ma za sobą jakąś nieco erotyczno-flirciarską przeszłość), mamy inspektora Lestrade, który często korzysta z usług detektywistycznego duetu, gdy jego możliwości zawodzą. Jest też Mycroft Holmes, brat tytułowego bohatera, jest też pani Hudson i pies – uroczy buldog Gladstone. Jeśli zaś chodzi o pozostałe ludzkie elementy fabuły, to ciężko nie wspomnieć o profesorze Moriarty, który według detektywa jest Napoleonem zbrodni. W pierwszej części pojawi się upiorny lord Blackwood, a w drugiej pierwsze skrzypce należeć będą do madame Simza. I wierzcie mi, nieważne którą rolę weźmiecie pod lupę, jest ona perfekcyjna. Ci, którzy mają być źli, przebiegli i niegodziwi – tacy są. Ci zaś, którzy stoją po stronie prawa i prawdy, są honorowi, odważni i dla sprawy są w stanie wiele poświęcić. Mamy tu dżentelmeńskie układy i gierki, wzajemny szacunek, ale też i miłość, i przyjaźń. Aktorsko, filmy stoją na najwyższym poziomie. Odtwórcy są totalnie dobrani do swoich ról, które – swoją drogą, prezentują wybitnie adekwatnie.
Jeśli zaś chodzi o tło, czyli scenografię, kostiumy, montaż i CAŁĄ resztę – nie sposób przyczepić się czegokolwiek. Film nagrany jest z takim swoistym filtrem, który dodatkowo pobudza kontrasty. Rozwijający się Londyn jest jednocześnie przepiękny, otoczony sztuką, gustem, ale i brudny, umorusany sadzą, gęstym dymem. Kostiumy – klasa. Irene Adler wygląda w swoich sukniach zachwycająco, Watson odziany jest nienagannie, co tylko podbija jego wojskową prezencję, a Sherlock wygląda albo jak łajza, w porozrywanych koszulach, albo jak eleganckie ciastko, przez co wręcz marzymy o tym, by wbić w niego zęby. Cała scenografia wygląda jak rodem wyjęta z tamtych czasów. Jest po prostu cudowna! Ekipa, która zajmowała się montażem, powinna dostać najważniejsze nagrody przemysłu filmowego za te wszystkie smaczki, które zafundowała nam, widzom. Guy Ritchie wiedział co robi, co mnie strasznie dziwi, bo jego inne produkcje są po prostu mdłe. A warstwa muzyczna i dźwiękowa? GENIALNA!!! Szczególnie warstwa muzyczna. Mamy tu miks melodii, w których słychać dźwięki z całego Królestwa.
Te filmy nie mają słabych momentów. Są doskonałe. Nie ma zbędnych przestoi, które doprowadzają widza do stanu ameby, jest dynamicznie, ale nie padaczkowo. Jest ciekawie i zaskakująco – to chyba największa zaleta tych produkcji. Historia wciąga i jest przy tym zabawna.
Nie mogę doczekać się kolejnych części!
PS. Nie zapominajcie o równie rewelacyjnym, acz nieco innym serialu!
ON:
Paulina napisała wszystko to, co myślę o dziele Guy’a Ritchie’go. Dodam tylko, że w każdej części znajdą się sceny wręcz genialne. Spowolnienia kamery, ujęcia w iście „Bay’owym” (ach, te wybuchy) stylu są smakowite i zapierające dech w piersiach. Ten film jest diablo inteligentnie nakręcony, bo pomimo nielicznych błędów, jakie wytyka mu się w sieci (wiadomo Internet jest wylęgarnią troli), to przeciętny widz będzie tak zaaferowany przygodami Sherlocka i Watsona, że nawet nie zwróci na nie uwagi.
Dla mnie filmy Ritchiego są przykładem na to, że bazując na prozie można stworzyć wspaniałe dzieło filmowe, które chce się oglądać kilka razy (w tej chwili mam za sobą 4 lub 5 seansów). To dzieło kompletne. Nie szukajmy tutaj górnolotnych wartości i przesłanek (mimo, że są ukryte w tym obrazie), bo głównym celem obu Sherlocków jest dostarczenie widzowi ogromnej dawki dobrej zabawy i ten cel wypełniony jest w 110%.
Mam tylko jedną małą uwagę. Dlaczego, do jasnej cholery, na kolejną część trzeba czekać jeszcze ponad rok?
