ON:
W czasach gdy starano się klonować owce, a bojownicy o prawa człowieka i płodów z probówki starali się robić wielki szum walcząc o dobro nienarodzonych klonów, Harold Ramis postanowił sam mierzyć się z szalenie nagłośnionym problemem. Wyreżyserował naprawdę dobrą, opowiadającą o klonowaniu i klonach, historię pt. „Mężowie i żona”. Mimo całej naiwności obrazu, uważam to za jedną z lepszych komedii, jakie przyszło mi oglądać. Moja subiektywna ocena spowodowana jest genialną rolą Mechaela Keatona wcielającego się w postać Douga Kinneya.
Doug ma piękną żonę, dwójkę dzieci i tak absorbującą pracę w branży budowlanej, że nie ma nawet czasu na sen. Pracuje po kilkanaście godzin, wraca zmęczony, zaniedbuje obowiązki domowe i rodzinne. Sytuacja ta doprowadza do powolnego wypalania się i frustracji, co zaś powoduje coraz częstsze kłótnie z ukochaną. Oczywiście, dochodzą do tego problemy w pracy, a mimo nadgodzin – Doug nie ogarnia wszystkiego, jego szef patrzy na niego bardzo, bardzo krzywo. Ogólnie więc sytuacja w jakiej się znajduje nie jest za wesoła. Podczas kolejnego dnia pracy, tym razem remontu jakiegoś instytutu naukowego, następuje awaria wodociągów. Trzeba przyznać, że była to rzecz, która przelała szalę goryczy. Zrozpaczony i zdołowany nie za bardzo wie co z tym wszystkim zrobić. Na pomoc przychodzi mu jeden z naukowców, pracujących w instytucie – Dr Leeds. Krótka rozmowa jaką przeprowadza z budowlańcem kończy się w gabinecie lekarza, tutaj Doug wylewa wszystkie swoje żale. Doktor po małym „performance” przekonuje naszego bohatera, że dzieki niemu będzie miał dla siebie więcej czasu. Tak zaczyna się około 2 godzinny zabieg, po którym życie nie będzie już takie samo. Na świat przychodzi nr 2, identyczny jak oryginał – klon. Ukrywany przed żoną śpi w pokoju nad garażem na tyłach posiadłości i to on będzie tym, który zajmie się pracą, a w tym czasie oryginał będzie mógł wypoczywać i zajmować się domem. Ponieważ Laura zdecydowała, że wróci do pracy, to zajęć w domu przybywa i przybywa, przez co znów zaczyna brakować czasu na odpoczynek. W ten oto sposób na świat przychodzi 3-ka. Doug nr 2 był zaczepny, zadziorny, zaś Doug 3-ka jest typem gospodyni domowej, lubi gotować i sprzątać. Oczywiście, trzeci ma zamieszkać z drugim w domku na tyłach posesji. Po drodze następuje cała masa dziwnych i śmiesznych sytuacji. Aby uniknąć wszelakich niedomówień oryginalny Doug ustala zasadę nr 1. Nikt poza nim nie sypia z Laurą. Dochodzą jeszcze inne restrykcje, takie jak zakaz imprezowania czy zapraszania kobiet do domu. Podczas jednej z wizyt u chłopaków, Kinney poznaje 4-kę. Klona zrobionego z nr 2. Jak to w przyrodzie bywa kopia z kopii nie jest dobra jak oryginał. To, co wyczynia czwarty, jest po prostu jest nie do opisania. Naprawdę, kilka scen potraf doprowadzić do łez spowodowanych śmiechem. Właśnie do czasu pojawienia się ostatniego klona, film jest przeciętnie śmieszny, ale po tym jak już go poznamy, to czekamy na kolejne z nim sceny, bo trzeba przyznać, że Keaton jest bezbłędny.
Cały film to komedia pomyłek, unikania wpadki przed żoną, ukrywania się po krzakach i kombinowania. Zagrożenie jakie może spowodować klonowanie ludzi potraktowane jest z bardzo dużym przymrużeniem oka. Mimo tego, że film ma już swoje lata, technicznie jest realizowany bardzo dobrze. Pamiętam jak na HBO puszczali takie the „making off” i chwalono się „blueboxem”, który zaczęto wykorzystywać w produkcjach filmowych. Dzięki temu nie widać „chamsko” nałożonego na siebie obrazu. Film zobaczyć warto, jest inteligentny i dowcipny, a 4-ty po prostu rządzi. Polecam.
ONA:
Czy chciałabym mieć klona? Zadanie tego pytania jest równie bezsensowne co „Czy chciałabym wygrać dużą bańkę na loterii?” albo „Czy chciałabym pojechać w podróż dookoła świata?”. TAAAAAAK! Posiadanie własnego klona, który pomagałby mi w codziennym życiu i robił wszystko bez mojego proszenia, upominania, po prostu – ot tak, widziałby, że trzeba COŚ zrobić od początku do końca… Biorę, w ciemno! Najlepiej kilka sztuk!
Pierwszy klon chodziłby ze mną do pracy – to oczywiste. Ze mną albo za mnie… Czasami dni są tak zakręcone, że nie mam czasu dosłownie siąść na tyłku, a dzieciaki są delikatnie mówiąc – nieznośne. Na szczęście, ujarzmiamy siebie nawzajem. Drugi klon byłby w domu i systematycznie ogarniał pierdolnik. Miałabym poukładane ciuchy według kolorów, do tego wszystko, nawet majtki i skarpetki, byłoby wyprasowane. Czasami mam fazy, że wywalam rzeczy z półek, tonę w kolejnych koszulkach, ale poukładane są idealnie, tylko potem najczęściej faza na Perfekcyjną Panią Domu mi mija… Drugi klon sprzątałby w mieszkaniu, lustro byłoby zawsze czyste, podłogi poodkurzane, łóżko zawsze byłoby pościelone… Trzeci klon siedziałby w papierkach – organizacja dokumentów przysparza mi mega problemów, a potem łażę smętnie po domu, szukając ostatniej rmuy. Trójka zająłby się gotowaniem i zakupami, ale tymi domowo-spożywczymi, nie odmówiłabym sobie buszowania po butikach, noł łej! I to właściwie – chyba tyle. Ja i 3 moje klony. I razem zbawialibyśmy świat.
Tymczasem jest tak, że budzik wyrywa mnie ze snu, ogarniam się rano, czasem szybciej, czasem wolniej, siadam do pracy. Potem zrywam się na równe nogi i pędzę do pracy! A po pracy mam czasem pracę, czasem uda mi się wykrzesać trochę energii, żeby skoczyć na basen. Na gotowanie już dawno machnęłam ręką, czasem uda mi się coś zrobić w weekend, ale dobrze, że jest mama i okoliczne knajpy z dowozem. W sobotę stawiam dom na głowie, pralka pierze po 4-5 razy, szmaty latają, odkurzacz łyka paprochy, ale od wieczora zaczyna się błogosławiony chill, brutalnie przerwany poniedziałkowym budzikiem o 6:20.
Chcę klona!
Doug Kinney (Michael Keaton) też powoli zaczął wysiadać. Męcząca praca z szefem debilem, żona i dzieci, którzy domagają się uwagi, dom, który błaga o remont, nie wspominając czasie wolnym, tylko dla siebie… Ciągłe wyrzuty, jak nie szefa, to Laury, jego żony, doprowadzają go do absolutnego rozdrażnienia. I gdy w tajemniczym miejscu przechodzi kryzys, szlag go trafia najprościej mówiąc, pojawia się tajemniczy dr Leeds, który oferuje mu cud i odzyskanie harmonii oraz spokoju. Jak? Cóż, krótki zabieg bezinwazyjny, takie tam zabawy guziczkami i pokrętłami i nagle w pokoju mamy Douga, doktora i Douga 2. Klonowanie jako sposób na problemy głównego bohatera. Doug z Drugim dochodzą do wspólnego wniosku, że kopia ma zająć się pracą, podczas gdy oryginał będzie miał w końcu trochę więcej czasu dla rodziny i dla siebie. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Dość szybko pojawia się. Panowie mimo identycznego wyglądu, różnią się charakterami. Drugi to maczo, a Trzeci to taka ciociucha, pedancik i jego zadaniem będzie dbanie o dom. No i jest jeszcze Doug… Panowie jakoś współdziałają, ale Laura wydaje się być lekko skołowana. Ona oczywiście nie wie o tym, że jej mąż ma dodatkowe 2 wersje. A gdy klony stwierdzają, że potrzebują kogoś do pomocy i pojawia się nieogarnięta Czwórka, wszystko staje na głowie…
Widziałam ten film bardzo dawno temu. Pamiętam, że irytowała mnie Andie McDowell, która moim zdaniem jest jeszcze bardziej tragiczna niż Meg Ryan, a role, które odtwarza są bezpłciowo-przezroczyste, ale – co już wypomniał mi Dave, ja się czepiam. Na szczęście Laury nie ma zbyt wiele w tym filmie, za to Dougowie – rządzą. Każdy, po kolei. Oczywiście, najbardziej miażdży Czwarty i jego popieprzenie, które doprowadzało nas o 1:30 do salw śmiechu, tłumionych poduszkami, by nie obudzić Wapna… Odkopanie tego suchara sprawiło nam mnóstwo uciechy, a mój aktualny narzeczony ciągle chodzi po domu i mówi „Twelve!” albo „I like pizza!”.
I teraz refleksja. Film powstał w 1996 roku. Według twórców klonowanie miało trwać 2 godziny. Mija 16 rok od premiery, a tu nadal cisza… I ja będę musiała znowu stawać na rzęsach… Aaa! I jeszcze jedno. Strasznie ubolewam nad tym, że Michael Keaton został gdzieś w tyle… To smutne, bo koleś grał rewelacyjnie.
