ONA:

Obejrzenie jednego złego filmu w ciąg dnia boli. A obejrzenie dwóch? Cóż. To powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu. Zatem najpierw skatowałam samą siebie przy pomocy „Polowania na prezydenta”, a potem dobiłam się „Survivour”. Dzień można uznać za stracony bezpowrotnie. 

Czasami mam wrażenie, że pewne fabuły już się wyczerpały. Po prostu powstało w obrębie danego gatunku tak wiele dobrych produkcji, że nowe mają ogromny problem, by im dorównać, bo przecież o prześcignięciu nie ma mowy. I myślę, że ta „choroba” dopadła przede wszystkim kino szpiegowskie. Oczywiście, zdarzają się perełki, które albo zrywają ze stereotypem i z szablonem, albo mają taką intrygę, że wyrywają nas z kapci, ale niestety, często jest też tak, że dopada nas oklepany, nudny i zupełnie bez polotu gniot. Takim filmem jest właśnie „Survivor”, z bardzo przereklamowanym duetem aktorskim na czele.

Mamy dwóch agentów: dobry (Milla Jovovich) i zły (Pierce Brosnan). Ten zły chce wrobić dobrego i robi to bardzo brutalnie. Wymyśla sobie zamach, który niestety się nie udaje. I tak Kate Abbott musi nie dość, że ochronić samą siebie, to jeszcze dowieść, że Nash knuje coś za plecami agencji wywiadowczej, mając najpewniej ochotę, na jakiś spektakularny rozpierdol. Wszyscy ją tropią, mało kto jej wierzy, czas goni – i wydawać by się mogło, że to mimo wszystko wystarczy. A tu guzik.

No wybaczcie, ale Jovovich to się tylko „Piąty element” w miarę udał i ona moim zdaniem należy akurat do tego nieco przereklamowanego zestawu aktorek. A Brosnan? Kurde, ten koleś był Bondem! Zapomniał jak to jest być szpiegiem? Jeszcze on miał ułatwioną sprawę, bo był tym złym – wcale nie trzeba się starać, by grać łajzę! Bardzo chciałabym napisać coś pozytywnego, o tym filmie, ale nie umiem. Nudzi pierońsko, jest strasznie oklepany jeśli chodzi o fabułę i totalnie nie umie wciągnąć w wir wydarzeń. Akcji to tu nie ma zbyt wiele: ona ucieka, on ją chce sprzątnąć. Ona próbuje znaleźć jakieś rozwiązania, by uratować własny tyłek, a przy okazji udaremnić zamach, a on bawi się spektakularną bronią i coraz bardziej zaciska pętlę na swojego wroga. Ach, szkoda gadać. Nuda straszna. Odradzam!

ON:

„Survivor” jest niczym kotlet mielony. Jest smaczny, ale nie ma w nim nic nowego, nie ma w nim krzty zaskoczenia. Wiadomo, że w środku jest czosnek, mięso, bułka i jajko, są przyprawy, czasem cebulka, ale tak jest zawsze. Podobnie jest z tym filmem. Niby ma on jakieś mięso, jakąś treść, ale jest ona słabej jakości i brak jej dobrych przypraw.

„Survivor” jest kolejnym filmem o ataku terrorystycznym. Tym razem o przedsięwzięciu dowiaduje się brytyjska agentka do spraw specjalnych, Kate Abbott (Milla Jovovich). Niestety, dość szybko staje się wrogiem publicznym numer jeden, gdyż zostaje wrobiona w morderstwo innych członków grupy. Pozostawiona sama sobie stara się oczyścić swoje dobre imię oraz zapobiec wielkiej katastrofie, jaka szykuje się w Nowym Jorku.

W ten oto krótki sposób można streścić niesamowicie nijaki film. Niby jest tutaj odrobina akcji, są pościgi i strzelaniny, ale całość jest tak mdła, że nie wywołuje u nas ani odrobiny emocji. Myślę, że w dużej mierze to wina Milli, która aktorką jest słabą. Wyhodowana jest na kolejnych częściach „Resident Evil”, gdzie nie wymagało się od niej zbyt wielkiego talentu aktorskiego, co tak naprawdę widać w innych jej filmach. Podobnie jest tutaj. Jej postać jest słabo prowadzona i tak naprawdę lata nam czy ona zginie i ktoś dokona ataku terrorystycznego, czy też nie.

Chyba najlepiej w całej produkcji wypada Pierce Brosnan, który idealnie wpasował się w zimnego, wyrachowanego zabójcę. Trochę przybyło mu lat od czasu, gdy był Bondem, ale starzeje się on w sposób bardzo elegancki, co dobrze robi jego postaciom. Niestety, nawet jego aktorstwo czasem tutaj kuleje, a on sam nie nadrobi braków, które stwarzają inne osoby. Szkoda, bo zapowiadało się niezłe kino, które mogło dorównywać wielkim hollywoodzkim produkcjom. Całe szczęście i tak jest o niebo lepiej niż w „Polowaniu na prezydenta”, o którym pisaliśmy wczoraj. Nie ma nawet co porównywać tych produkcji.

Reasumując. „Survivor” to kino przeciętne, tylko dla wielbicieli gatunku lub ogromnych fanów „talentu” Milli J.