ONA:
Wiecie jak jest. Film powinien być zaskakujący, odkrywczy, powinien zachwycać, wzruszać, pobudzać myślenie. I zawsze takimi kategoriami staram się kierować, podczas recenzowania. Ale oczywiście, jestem totalną hipokrytką, a może to wyjątek, który podbija regułę, ale uwielbiam film, który nie jest ani trochę zaskakujący, jest wręcz naiwny, nie zachwyca, wzrusza jak mały szczeniaczek i przy nim zdecydowanie się nie myśli. O czym mówię? O musicalu „Mamma mia!” z rewelacyjną Meryl Streep w jednej z głównych ról. Historia dzieje się w Grecji i nie jest niczym innym, jak filmem o domniemanym ojcostwie. Donna (Meryl Streep) zaszalała sobie nieźle dwie dekady temu, doprowadzając do stosunku płciowego z trzema facetami – spokojnie, nie naraz. I potem pojawił się problem. Dziś ten problem ma 20 lat, na imię Sophie. Problem chce wyjść za mąż i marzy o tym, by do ślubu poprowadził ją ojciec. Co robi? Przeszukując rzeczy mamy trafia na jej dziennik z okresu bezpośrednio poprzedzającego zabrzuchowanie, a tam pojawiają się trzy nazwiska. Sam Carmichael (Pierce Brosnan), Bill Anderson (Stellan Skarsgård) i Harry Bright (Colin Firth). Sophie ściąga całą trójkę na bajeczną wyspę, na której mieszka, bo liczy na to, że wystarczy jej pierwszy rzut oka, by rozpoznać ojca. Panowie się pojawiają. I? I NIC! Sytuacja się solidnie komplikuje, na podstawie przesłanek Sophie nie może jednoznacznie stwierdzić, który z nich jest jej ojcem. Ba, nie wie tego nawet Donna. Do ślubu pozostał jeden dzień…
I wiecie co? Ja tego filmu będę bronić jak lwica! Uwielbiam go, wracam do niego ekstremalnie często. Dlaczego? Bo jest jednym z niewielu, który mnie najnormalniej w świecie cieszy. I gdy kolejny dzień okazał się okrutny, gdy zmęczenie psychiczne ściga się z fizycznym, gdy za oknem kupa leci z nieba, a w domu nie ma nic słodkiego – wtedy zostaje mi jedynie „Mamma mia!”. Mogę otulić się kołdrą, przepoczwarzając się w coś milszego (z marnym skutkiem na ogół), mogę przygasić światło, odpalić świeczkę o słodkim zapachu i śpiewać sobie z bohaterami piosenki Abby. Jestem świadoma tych wszystkich wad i niedoskonałości, które są w filmie – to fakt, ale mam to głęboko, o ile nie głębiej. Oglądanie Meryl Streep zawsze mnie zadowalało, bo ona nie ma słabych ról. Tu jest hippiską, zakochaną w swojej córce, z wiernymi od lat przyjaciółkami przy boku. Jej wybory z przeszłości nieco pokomplikowały jej życie, ale Donna zawsze wychodziła z opresji z uniesioną głową. I tak też będzie tym razem. Meryl to aktualnie jedna z niewielu aktorek, które z roli na rolę są coraz lepsze. Ona może wcielić się w każdą rolę. Może i robi to z klasą, której brakuje innym aktorkom. Może uwodzić, może rządzić, może śpiewać, a że umie – udowadnia to w „Mamma mia!”. Piosenki Abby w jej wykonaniu są o wiele bardziej dramatyczne, faktyczne, z większą dawką emocji, niż gdy śpiewały je Anni-Frid i Agnetha. Jeśli chodzi o pozostałych aktorów i uch umiejętności wokalne, to różnica pomiędzy nimi a Meryl jest spora. Panom szło ciężko, bardzo. Chyba najlepiej wypadł Stellan Jakiśtam, nie jestem w stanie zapamiętać jego nazwiska. Amanda Seyfried ma głos, który zupełnie mi się nie podoba, bo jest za wysoki, ale za to Christine Baranski i Julie Walters, które grały przyjaciółki Donny – Tanye i Rosie – dały radę. I aktorsko, i wokalnie.
Cały film jest fabularną przekładką tego, co od końca stulecia działo się na dekach teatrów na całym świecie. W 1999 roku Catherine Johnson i Phyllida Loyd pokazały światu musical „Mamma mia!” oparty na przeboju szwedzkiej grupy. Sukces na West Endzie otworzył drzwi do podboju świata. Spektakl okazał się hitem, który ściągnął ogromne rzesze widzów – szacuje się, że było ich około 30 milionów. Zarobił też ponad 2 duże bańki, dzięki czemu okrzyknięty został najbardziej kasowym musicalem EVER! Pokazano go i w Europie, i w Ameryce, był w Azji, i z trasą po Australii i Oceanii. W Polsce oczywiście nie – czemu mnie to nie dziwi.
Film jest świetny. Ja polecam, chociaż wiem, że widzowie nad nim bardziej się pastwią, niż mniej.
Aaa! I jeszcze jedno. Colin Frith przedstawiając nominacje do Oscara za najlepszą rolę żeńską, powiedział do Meryl: Meryl, mamma mia! We were In Greece, we danced, I was gay and we were happy. I probably fathered your only daughter. (…) You are unreasonable good. – a potem wręczył jej nagrodę za rolę w „Iron Lady”.
ON:
Paulina powiedziała, że jak pojadę po tym filmie to więcej nie podupie, więc będę wam kłamał w żywe oczy.
Moja znajomość musicali ogranicza się do „Deszczowej piosenki”, „ Kotów”, genialnej wręcz „Sławy”. Nie oglądałem żadnego „Chicago” z jakąś tam „lejdi dżemorada”, mam to w czterech literach. Jak chce posłuchać dobrej muzyki filmowej, to wrzucam „Blade Runnera” od Vangelisa, Joko Kano i jej soundtracki, a nie słucham jak aktorzy, którzy czasem nawet nie potrafią grać dobrze, zaczynają śpiewać.
„Mamma Mia!” to historyjka kiczowata, przewidywalna i miałka, jednak znalazła tak ogromne rzesze fanów, że nie do końca to jestem w stanie zrozumieć. Właściwie tak samo nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu zespołu ABBA. W filmie połączono oba fenomeny – kiczowatości oraz ABBY i to był przepis na sukces. Te rzesze fanów, to pewnie przede wszystkim fanki, bo przecie mamy do czynienia z komedią romantyczną, będącą jednocześnie musicalem. Combo o jakim marzy każdy facet.
Jak to się mówi po angielsku – „long story short”. W Grecji żyje sobie Donna, której młoda córka właśnie będzie wychodzić za mąż. Mamusia w latach młodości potrafiła się ostro zabawić, bo w jednym czasie puknęło ją 3 facetów. Który jest ojcem Sophie? Nie jest wiadomo. Zaś córeczka bardzo chce się tego dowiedzieć. Dlatego bez wiedzy rodzicielki zaprasza wszystkich „trzech ojców” na ślub. Oczywiście, Panowie przylatują z drugiego końca świata na imprezę i przy okazji aby odkopać stare, zapomniane uczucia. No jeden nie odkopie, bo okazało się, że jest gejem. Więc mamy 3 panów, Donna ma 2 podstarzałe koleżanki, to są i trzy panie. Wiadomo jak to się skończy. Cała ta grecko–amerykańska sałata doprawiona jest szwedzką nutą i może doprowadzić do niestrawności. Przynajmniej lekkiej.
Nie chce się pastwić nad tym filmem, bo przyznam, że doprowadza on Pauline do śmiechu i do łez. Siedzi pod kocem, nuci ABBĘ i się uśmiecha lub buczy, ale ze szczęścia. Dla mnie to jest naważniejsze, aby była szczęśliwa. Jeśli „Mamma Mia!” daje jej to uczucie, to niech ogląda ten film tyle razy, ile ma na to ochotę. Dla mnie nie jest to film, który będę oglądał po raz kolejny i kolejny. Ale gdy ona ma na niego ochotę, to po prostu siada z lapkiem koło mnie, odpala film, a ja siedząc z boku „ratuję świat”, grając w „Mass Effect” lub inną grę. W ten sposób i wilk jest syty i „New Jork SYTY”.
Ale ten jeden raz, jeśli wasza ukochana nalega, musicie go zobaczyć, aby wiedzieć co was czeka gdy wylądujemy w piekle.
