ONA:

Dziś piekło zamarznie, politycy oddadzą zagrabione korzyści majątkowe, a dziewictwo odrośnie. Dziś ze mnie wyleje się ogrom goryczy, gorzkich słów i frustracji, bowiem to właśnie od dziś swoje miejsce na naszym blogu zdobędzie „Amelia” – film, który 99% ludzkości lubi, kocha bądź uwielbia, a który moim zdaniem jest ckliwą i nudną historią, która jeszcze długi czas będzie psuła głowę, przede wszystkim kobietom.Jedni nie czują zupełnie „Gwiezdnych wojen”, mówiąc, że to durna i strasznie długa historia, w której nie ma absolutnie sensu. Inni nie potrafią zrozumieć na czym polega fenomen „Transformerów” i za wszelką cenę chcą doszukiwać się w nich podniosłych wartości, tak jakby każdy film miał uczyć, a nie tylko i wyłącznie bawić. Ludzie i ich gusta są absolutnie dziwni i ja sama wiele razy miałam ochotę potrząsnąć kimś za ramiona, wrzeszcząc mu prosto w twarz „NIE ZNASZ SIĘ!!!!!!! Ten film jest genialny!”, ale potem zwykle przypominam sobie, że właściwie mój gust jest też zdrowo spierdzielony. Bo przepraszam bardzo, ale więcej „bajkowości” widziałam w „Prometeuszu”, niż w filmie, który z Audrey Tautou zrobił pierwszego spaniela kinematografii. No przynajmniej francuskiej.

Amelia Poulain (A. Tatou) to młoda dziewczyna, która żyje sobie w Paryżu. Jest trochę dziwna. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale po kolejnej scenie, gdzie owa „dziwność” była pokazywana, ja coraz bardziej dochodziłam do wniosku, że dziewczę to cierpi na postępującą chorobę dwubiegunową. Nasza bohaterka, mimo, że lata dziecięce ma już dawno za sobą, ciągle ucieka w sferę marzeń i własnej wyobraźni. Tam wszystko jest lepsze. Amelia to taka trochę Alicja tylko w dużym mieście, a nie w Krainie Czarów. Poznajemy dziewczynę nieco lepiej: jej znajomych, rodzinę, jej pracę i codzienność. Wszystkie romantyczki, które zobaczyły świat Amelii, nagle zapragnęły być równie neurotyczne co ona. A jak do tego wszystkiego dodamy faceta, to mamy kombo. Bądźmy Ameliami – przecież nam też może się udać!!!

„Amelia” reklamowana była jako współczesna baśń. Taaak, współczesna baśń, w której bohaterami są sami dziwni, pokręceni ludzie, którzy od wielu problemów uciekają w świat wyobraźni, w samotność, choroby, dziwne hobby i zamiłowania. Nie ma w tym filmie jednej osoby, która nie ma zrytej bani. Tak jest. Nagromadzenie tak absurdalnych bohaterów mnie z miejsca drażni i irytuje. Ale zostawmy już bohaterów – musieli być tak przerysowani, bo inaczej dostalibyśmy typową amerykańską komedię, w której po dniu nie pamiętalibyśmy co, kto i gdzie. Najbardziej, ale to zupełnie najnajnajbardziej, drażniło mnie absolutne oderwanie „Amelii” od czegokolwiek. Poważnie. Ja uważam, że ten film powinni włożyć w sci-fi lub stworzyć osobną kategorię dla niepoprawnych romantyków, dla których ten film będzie nadzieją. Odrealniony, przekombinowany, przeemocjonowany, przekoloryzowany. Do tego nudny. Totalnie NUUUUDNY!!! W tym filmie wszystko jest tak śliczne, tak słodziutkie, tak idylliczne, że głowa mała. Ludzie są śliczni, nawet jak nie są. Miejsca są śliczne, a kto chociaż raz odwiedził Paryż wie, że wcale nie jest tak. Jest uroczo jak podczas obchodów Dnia Matki w zerówce. A Tatou z tym swoim słodkim uśmieszkiem i brązowymi, wielgachnymi oczami, to wisienka na torcie. Wybaczcie, moim zdaniem to marna aktorka, co potwierdziła wielokrotnie. Metka Amelii zostanie z nią na zawsze.

A tak jeszcze wracając do nadziei… Ja ciągle mam nadzieję, że kiedyś Han Solo zaparkuje swoim Sokołem pod moim domem i zaproponuje mi, że pokaże mi swojego Wookiego.