ON:

Dwadzieścia osiem lat musiał czekać Tim Burton, aby ponownie zmierzyć się z legendą Frankensteina. Wszystko zaczęło się od dzieła Mary Shelley, na bazie którego w 1984 roku postał krótkometrażowy film, będący „dzieckiem” Burtona. Z oryginalnej historii jaką możemy przeczytać w książce o doktorze Frankensteinie, zostały zachowane pewne elementy, ważne drobiazgi, nawiązujące do pierwowzoru. Jak wspominałem, minął kawał czasu od premiery tego „filmiku”, aż tu okazuje się, że reżyser jeszcze raz zabiera się za ten sam tytuł, z tą małą różnicą, że tym razem będziemy mieli do czynienia z czarnobiałą kreskówką.

Wcześniej już mieliśmy okazję oglądać jego animację, mowa tutaj o „Gnijącej Pannie Młodej”. Przy tamtym tytule pokazał on, że z lalkami także daje sobie radę. Po tym, jak pojechaliśmy po „Dark Shadows” obawiałem się, że „Frankenweenie” będzie tak samo słabą produkcją. Okazuje się jednak, że jest inaczej. Możliwe, że powodem tego jest brak w niej Johnnego Deppa oraz Heleny Bonham Carter. Upychanie przez niego tej dwójki do każdego swojego filmu, już mi po prostu bokiem wychodzi i uważam, że szkodzi jego filmom. Ale to moje prywatne zdanie. Wróćmy jednak do najnowszej animacji Tima.

„Frankenweenie” jak wspomniałem wcześniej, jest bardzo luźną wersją opowieści o doktorze Frankensteinie. W Nowej Holandii żyje sobie spokojnie rodzina Frankensteinów. To standardowy model 2+1. Dodatkowym członkiem domowego ogniska jest ukochany przyjaciel Victora – pies Sparky. Przyjaźń miedzy chłopcem a psiakiem jest ogromna, spędzają razem wszystkie wspólne chwile. Warto dodać, że dzieciak zafascynowany jest nauką, wszelkie przedmioty ścisłe są jego konikiem. Jego pasje rozwinięte są do tego stopnia, że na strychu ich domostwa ma własne „tajne” laboratorium. W nim tworzy wszelkie wynalazki, tutaj przeprowadza badania. Ojciec Victora ma jednak wobec syna inne plany. Chce aby uprawiał on jakiś sport. Według niego taka aktywność jest niezmiernie potrzebna nastolatkom w jego wieku. Gdy syn prosi o podpisanie zezwolenia na wzięcie udziału w pikniku naukowym, ojciec wyraża zgodę tylko pod jednym warunkiem – pierworodny musi zacząć grać w lokalnej lidze baseballa. Nie mając innego wyjścia, młody naukowiec zgadza się na takie ultimatum. Dzień jego debiutu w małej lidze okaże się także jednym z najgorszych dni w jego życiu. Podczas nieszczęśliwego wypadku ginie Sparky. Smutek i gorycz młoego Victora jest ogromy. On sam nie może zapomnieć swojego przyjaciela. Podczas zajęć w szkole widzi jak reaguje ciało martwej żaby „popieszczonej” prądem. Zdarzenie to daje mu do myślenia. Młody Frankenstein postanawia ożywić swojego psa. Odkopuje go z lokalnego cmentarza dla zwierzaków, a późnej podczas nocnej burzy, na strychu w jego laboratorium dochodzi do cudu. Sparky ożywa. Psiak nie wygląda już tak wyjściowo jak kiedyś. Jego ciało przyozdabia kilka szwów i łat oraz dwie metalowe śruby, które służyły do „naładowania” jego akumulatorów. To, co wydarzyło się tej nocy musi zostać tajemnicą, jednak wiele rzeczy, jakie przytrafią się Victorowi oraz jego pupilowi, doprowadzi do totalnego chaosu i anarchii. Wszystko przez zazdrosnych kolegów i koleżanki, którzy chcą wykorzystać wiedzę o wskrzeszeniu do swoich celów, a dokładnie do zdobycia głównej nagrody na naukowym pokazie. Nie wszystko idzie im tak dobrze, jak pionierowi, miasto zaś staje przed ogromnym zagrożeniem.

Frankenweenie jest reklamowane jako czarna komedia. Dla mnie jest to dramat, czasami bardzo smutny, pokazujący jak wiele tracimy. Tych elementów komediowych w całej opowieści jest jak na lekarstwo. Nie ma to wielkiego wpływu na film, bo sam w sobie jest on bardzo dobry. Podoba mi się czarno-biała konwencja filmu, połączenie animacji 2 i 3D. W całym filmie znajduje się także wiele smaczków nawiązujących do oryginału. Obok rodziny Frankensteinów mieszkają państwo Van Helsing, a w TV leci „oryginalny” Dracula z Christopherem Lee. Takie bardzo miłe smaczki. Mimo tego, że historyjka jest znana, że nie wnosi nic nowego do współczesnych animacji, to warto ją zobaczyć.

ONA:

Bardzo chciałabym przejść obok tego filmu bez emocji, ignorując fabułę, to, co ja czuję i po prostu siąść, obejrzeć, a potem opisać. Niestety, wyłam na nim od pierwszych minut, bo ciągle jeszcze słyszę Jej pazurki na panelach, ciągle czuję pod palcami Jej sierść. Każdy powrót do domu był cudowny, bo czekał na mnie Jej merdający ogon, zimny i mokry nos, który gdy tylko odkładałam torbę, szukał w niej jakiegoś łakocia. Te wspólne lata, kiedy najpierw była uroczym szczeniakiem, z małą plamką z boku, kiedy pierwszy raz wariowała widząc śnieg, kiedy podczas spaceru potrafiła wytaplać się w najbardziej obrzydliwej kałuży, by potem błagalnym wzrokiem powiedzieć „Zanieś swoją kluskę do domu” i nie interesowało ją to, że było daleko i po paru metrach mdlały nam już ręce. Nigdy nie zapomnę tego, jak podkradała latem nasze potrawy z grilla, jak wypiła dziadkowi z kieliszka advocat, a potem chodziła jak pijus. Była z nami w tych najlepszych i najgorszych momentach, była kiedy świętowaliśmy i gdy płakaliśmy. Była najlepszym lekarstwem na chorobę, zmęczenie, ból i złamane serce. Siedziała z nami przy wigilijnym stole, zajadając się kapustą z grzybami. Bo ona tylko bananów nie lubiła. Do dziś zalewamy się łzami, gdy mama opowiada historię pewnej mięsnej potrawy, którą ukradkiem zeżarła. A gdy chorowała, stawaliśmy na rzęsach, by szybko wróciła do zdrowia. I tak przez prawie 14 lat… Choroba przyszła szybko. Nie pomogła operacja, leki, nie pomogło nic. Ona cierpiała, a my razem z nią. Leżała w łóżku rodziców, a wszyscy domownicy byli wokół Niej, by wiedziała, że jesteśmy jej wdzięczni za to, że jest. Głaskaliśmy ją, poiliśmy, mając tą okropną świadomość, że nasz mały zwierzak gaśnie. Wielkanoc w tym roku była koszmarna. Wszystko kręciło się wokół ten małej, zimnej kropki, na którą większość osób mówi nos, a dla nas to było centrum świata. Po jednej z ostatnich wizyt u lekarza, zabrałyśmy ją z mamą do lasu, do miejsca, gdzie chodziłyśmy na długie spacery i wierzcie mi – ona przez moment próbowała brykać. Dziewiątego kwietnia, w późnych godzinach nocnych, mama przerwała nasze leżenie w łóżku, bo i tak nikt spać nie umiał, by powiedzieć, że Viki właśnie zmarła na jej rękach. Na rękach swojej ukochanej pani, w ciepłym domu, który przez kilkanaście dni był kliniką weterynaryjną… I od tej pory nic, nic a nic, nie jest takie samo, jak było, gdy nasza jamniczka żyła. Pustka jest nierealnie bolesna, nic nie umie jej wypełnić. Wszystko kojarzy się z nią i nawet reklamy z psami potrafią doprowadzić do łez. Przy drzwiach powiesiłam wielkie zdjęcie z Viki, gdy była w pełni sił i teraz to musi mi wystarczyć, gdy wychodzę z domu i do niego wracam.

I teraz nie dziwcie mi się, że wyłam na „Frankenweenie” od pierwszych chwil. Tim Burton, bo kilku słabszych filmach, podał nam na tacy animowane dzieło o młodym Victorze Frankenstinie, którego większość osób kojarzy jako tego, co pod osłoną nocy, którą przeszywały świetliste pioruny, krzyknął „It’s alive!”. Victor, zanim stał się konkurencją dla Boga, mieszkał na przeciętnym osiedlu, w małym domku, razem z rodzicami i psem. Czworonóg był jego jedynym przyjacielem. I gdy Sparky ginie pod kołami rozpędzonego samochodu, nikt nie umie wypełnić pustki w sercu od Victora. Równocześnie w szkole, do której chodzi przyszły naukowiec, pojawia się nowy, ekscentryczny nauczyciel, pan Rzykruski. Jego głównym celem jest rozbudzenie i pobudzenie głów swoich wychowanków, by zachwycili się oni nauką. Pokazuje im różne eksperymenty, tłumaczy zjawiska fizyczne. Podczas kolejnej lekcji, za pomocą martwej żaby i prądu, podrzucił Victorowi pomysł, dzięki któremu jego przyjaciel mógłby ożyć. Bohater zatem zaraz po lekcjach przystąpił do działania. Wykopał psa z jego grobu, zabrał go na strych, gdzie umieścił różnego rodzaju sprzęty. Kilka kosmetycznych zabiegów i już. Teraz tylko czekać na prąd, dużo prądu. Na szczęście, mieścina, w której mieszka Victor, to miejsce, gdzie odnotowywano najwięcej wyładowań elektrycznych, spowodowanych burzami i piorunami, zatem… do dzieła!

Eksperyment okazał się totalnym sukcesem. Ku zachwytu Victora, pocharatany Sparky ożył. W jego karku są dwa gwoździe, cały jest pocerowany i przy mocniejszym merdaniu odpada mu ogon – ale jest. Ale teraz jak wyjaśnić rodzicom i wszystkim dookoła, że właśnie byle pierwszy uczniak przechytrzył Wszechmogącego i od dziś umie wskrzeszać zmarłych?! No i niestety, jak to się zwykle dzieje, Victor zaczyna mieć konkurencję… Jak widać, wskrzeszanie to pikuś, skoro potrafią ro robić uczniowie podstawówki.

Bajka bardzo mnie zaskoczyła. Jest czarno-biała, w mocnej, mrocznej konwencji. Bohaterowie są dziwni, dziwnie wyglądają, dziwnie się zachowują, ale to w końcu Burton. Ale podana historia jest niezwykle smakowita. Nie sposób nie zauważyć zabaw autora z nazwami, z jego dotychczasowym dorobkiem. Od razu widać kto stworzył to dzieło. Są momenty bardzo śmieszne, bo wystarczyło, żeby na ekranie pojawiło się kilkoro pokracznych bohaterów i dziwny kot, żebym parskła. Ale jest też wiele prawd, które przeniesione są mimochodem. Pomijając główny wątek, czyli przyjaźń dzieciaka i psa…  Ten sam dzieciak, wolał towarzystwo futrzanego, a potem lekko nieżywego czworonoga, niż rówieśników. Ciekawe czemu… Zbudowanie jakiejkolwiek więzi z potencjalnymi japiszonami, skupionymi wyłącznie na sobie, jest ciężkie (wiem z własnego przypadku – ot, tak mnie wzięło na spowiadanie się). Kolejny wątek krąży wokół nauczyciela. Dobry pedagog to skarb, który może ukształtować dziecko i popchnąć go na lepszą drogę. Ale niestety, zaślepieni (i przestraszeni innością) rodzice, wolą mieć zwykłe dziecko, które nie zadaje pytań, niż takie, które jest głodne wiedzy, z apetytem podrasowanym przez nauczyciela.

Ciężko mi stwierdzić, czy jest to dobra pozycja dla dzieci. Ja się bawiłam całkiem nieźle. Całość jest nieco makabryczna, bardzo creepy. Jest też ponury. Nie ma tu za wiele uśmiechów i radości, no chyba, że na ekranie pojawia się Victor i Sparky. Bohaterowie są przerysowanie, podobnie jak i potwory, które po serii nieudanych eksperymentów, nawiedzają New Holland. Nie rozumiem za bardzo komentarzy, które mówią, że ta opowieść to wydmuszka, która nie niesie nic ciekawego, jest bezpłciowa i bezsensowana, bo moim zdaniem ona nie tylko uczy i obnaża boleśnie pewne standardy. Ona wzrusza, daje do myślenia, a sam Burton pokazuje, że można bawić się konwencjami, można zaskakiwać, można i bawić, i moralizować. Do tego w tej animacji, Burton mimochodem przepchnął wiele elementów, które można było oglądać w jego innych dziełach. Brakowało jedynie Deppa i Bonham Carter, ale za to mamy głosy Catherine O’Hara czy Winony Ryder.

Kiedy Mary Shelley w 1818 roku powiła „Frankensteina”, na bank nie myślała o tym, że ktoś tą historię tak uroczo podrasuje i wyjaśni. Na szczęście, jest Tim Burton…

…a teraz wybaczcie, idę wykopać mojego psa.

4889137624_f8162c40d8