ON:
Są dwa filmy o mafii, które uwielbiam. Różnią się one od siebie ogromnie i opowiadają inne historie, ale uważam, że można je postawić obok siebie na jednej półce. Jednym z nich jest „Casino” Martina Scorsese, a drugim „Ojciec Chrzestny” Francisa Forda Coppoli. Przyznam się, że do tej pory nie miałem okazji oglądać tego wyśmienitego wręcz obrazu i podczas tegorocznych świąt, w ramach podtrzymania świątecznej atmosfery, naprawiłem swój błąd. Poświęciłem około dziewięciu godzin swojego życia, aby przypomnieć sobie losy rodziny mafijnej z Nowego Jorku. Warto dodać, że książki o Don Corleone łyknąłem kilka lat temu. Nie skończyło się tylko na „Ojcu chrzestnym”, ale przeczytałem także „Sycilijczyka”, „Omertę” i „Ostatniego Dona”. Dzięki temu mogłem zobaczyć jak potoczyły się wątki poboczne, które w samym filmie są dość pocięte.
Właściwie Coppola trochę po macoszemu potraktował pewne sprawy i zdarzenia, o których jest mowa w książce. Domyślam się, iż spowodowane to jest ograniczeniami jakie niesie ze sobą branża filmowa albo jakie niosła w latach 70-tych. Gdyby wiernie odwzorować książkę Puzo, to myślę, że i 24-ro godzinny seans to za mało, aby przedstawić wszystkie dzieje rodziny Corleone. Nie będę za bardzo rozpisywał się na temat samej fabuły, gdyż historia opowiedziana w tym filmie, a dokładnie filmach, jest przepełniona taką ilością miejsc, nazwisk i zdarzeń, że nie ma możliwości abym opisał ją lepiej, niż sam autor. Starczy powiedzieć, że jest to opowieść o wartościach, które obecnie są już zapomniane. Akcja filmu toczy się w świecie pełnym specyficznych zasad i honoru. Mężczyźni zawsze noszą garnitury, kobiety nie wtrącają się w to, co robią mężowie. Każda, nawet największa obraza, może pójść w niepamięć, wystarczy tylko odpokutować swoje winy, grzechy.
Film zaczyna się od sławnej już sceny ślubu oraz rozmowy Dona Corleone z upokorzonym przez opryszków właścicielem salonu pogrzebowego. Wiadomo, według starej, sycylijskiej tradycji Don nie może odmówić żadnej osobie, która przyjdzie do niego z prośbą w dniu ślubu córki. Don Vito może powiedzieć, że ma dobre życie. Przybył do Ameryki po ucieczce z Sycylii. Tutaj dzięki szczęściu, sprytowi i silnemu charakterowi, stał się kimś szanowanym, głową rodziny. Wiele lat ciężkiej i nielegalnej pracy doprowadziło do zbudowania imperium, na czele którego stoi. Jest szanowany przez podwładnych i inne rodziny mafijne. Z biegiem lat doczekał się także potomstwa: narwanego Santino, nieudacznika Frederico, upartej Connie oraz będącego mieszanką najlepszych cech reszty rodzeństwa Michaela. Sprawy rodziny przeplatają się tutaj z osobistymi każdego z jej członków. Karą za zdradę zawsze będzie śmierć, nawet jeśli ma to doprowadzić do wojny. Tak jak wspomniałem, nie można napisać o filmie i książce lepiej niż zrobił to Puzo. Każdy, kto chce się dowiedzieć jakie są losy Corleonów, sam musi sięgnąć po filmową lub papierową wersję tej sagi. Warto tylko wspomnieć, że katalizatorem będą narkotyki, które chce dystrybuować jedna z rodzin.
Dla mnie „Ojciec Chrzestny” jest kwintesencją kina mafijnego. Wszystko opiera się na niepisanym kodeksie i honorze. Mafiozi są jak wierni samuraje, oddani swojemu Panu, tu nie ma roninów. Mimo iż feudalną Japonię od Sycilii dzielą tysiące kilometrów i setki lat, to znajdziemy tutaj wiele podobieństw, tyle że „samurajowie Puzo” zamiast mieczy noszą pistolety. Z ciekawostek na planie filmu spotykają się Al Pacino i Robert De Niro. Ich kolejne “wspólne granie” następuje dopiero po ponad 20 latach w “Gorączce” Michaela Manna.
ONA:
Za każdym razem, gdy Dawid wykopuje kolejnego starocia i okazuje się, że jakoś mi ten film umknął, to on z niedowierzaniem powtarza „Jak mogłaś nie widzieć tego?! Żartujesz?! No jakim cudem?!”. Odwrotnych sytuacji jest niewiele. Mam bardzo hermetyczny gust, jeśli chodzi i muzykę, filmy i książki, ale czasem daję się namówić na coś innego. Zwykle potem mówię: „Meh”, chociaż nie mówię nie – czasami zdarzają się perełki. I teraz jest ta chwila, kiedy to ja mogę powiedzieć ukochanemu „Jak mogłeś nie widzieć tego?! Żartujesz?! No jakim cudem?!”. Mowa o najlepszej gangsterskiej trylogii, czyli o historii rodziny Corleone.
„The Godfather” to powieść Mario Puzo, która dumnie stoi na jednej z naszych półek. Pierwszy raz została ona wydana pod koniec lat 60tych, a już 3 lata później, pojawiła się na ekranach kin, wyreżyserowana przez Francisa Forda Coppola, który solidnie mieszał już w kinematografii. Najlepsze co spotkało ten film to to, że pan Francis połączył siły z panem Mario i razem stworzyli kapitalny scenariusz. Jeśli dołożymy do tego genialne kreacje aktorskie, świetną muzykę i zdjęcia, oraz idealnie odtworzony klimat czasów gangsterskich, otrzymamy dzieło, które od 4 dekad bije na głowę, zwala na kolana i nie można o nim mówić inaczej, jak tylko w samych superlatywach. Nie można. Moim zdaniem do dziś nie powstał lepszy film gangsterski, ba – śmiem twierdzić, że wszystkie kolejne, które powstały po nim, mogą co najwyżej ogrzewać się w jego zajebistości.
Delektuję się każdą sceną. Mój wzrok pieszczony jest tymi wszystkimi detalami, które widzę w wystrojach wnętrz, w idealnie skrojonych garniturach, w kontrastach. Nie rozumiem dlaczego „The Godfather” nie dostał Oscara za kostiumy i scenografię, ale cóż, widocznie „Kabaret” i „Podróże z moją ciotką” były lepsze. Za to złote statuetki powędrowały dla twórców, za najlepszy scenariusz adaptowany, dla Marlona Brando za aktora pierwszoplanowego i w najważniejszej kategorii, czyli za najlepszy film.
Cała historia osadzona jest w latach czterdziestych. Świat odradza się po świeżo zakończonej wojnie, a w Stanach nieformalnie rządzą różne rodziny mafijne. Jedną z takich familii, która trzyma za pysk kilku polityków, dziennikarzy, policjantów i wiele innych osób, jest klan Corleone. Głową rodziny, która steruje wszystkim i wszystkimi jest Vito (w tej roli Marlon Brando). Jego dzieci są już dorosłe, ale tatuś ciągle sprawuje nad nimi pieczę. Bo to dość problemowe dzieciaki są, ale czego można się spodziewać, po wytworach lędźwi mafijnego bossa.
Nie chcę za bardzo grzebać w fabule, bo wątków, bohaterów i powiązań jest ogrom. Poznanie całej tej historii pozostawiam każdemu indywidualnie, bo ludzie na różnych rzeczach się skupiają. Dla mnie, przy pierwszym seansie, najbardziej zaskakującymi postaciami były kobiety, szczególnie Connie i Kay, bo one miały jaja. Każda z części (a są trzy, jakby ktoś nie wiedział), ma inny wątek przewodni, ale wszystko kręci się wokół rodziny, przyjaciół i wrogów. Są strzelaniny i trupy, ale jest też honor i klasa. Poznajemy świat ludzi niby takich samych jak my, ale zupełnie innych. Tam zasady są ponad wszystko. Tam nie może istnieć plama na nazwisku, a urażony honor i złamanie kodeksu, kończy się najczęściej dziurą w głowie tudzież w sercu. Ale to nie jest tak, że to film, gdzie krew tryska na prawo i lewo. Oglądając go mamy wrażenie, że de facto cała ta gangsterka stanowi jedynie tło. Spektakularne, ale jednak. Tu naprawdę chodzi o wartości, którymi człowiek powinien kierować się w życiu. Nie mówię tu o zabijaniu wrogów, ale o miłości, o szacunku, o rzeczach ważnych i ważniejszych. To również film o przemijaniu i pozostawianiu dziedzictwa, o wychowywaniu dzieci, by ulepić z nich jak najlepsze osoby. Widzimy tu również drogę, jaką człowiek musi pokonać, by dojść do szczęścia i ile kosztują popełnione błędy. Widzimy ból po stracie najbliższych, ale mając wokół siebie bliskich, można wszystko przeżyć i przetrzymać.
Świetnie oglądało się młodszych o 40 lat aktorów, którzy wtedy zaczynali, a teraz są na szczycie. Czas dla Diane Keaton okazał się zbawienny, bo obecnie jest o wiele piękniejsza, niż gdy wcielała się w rolę Kay. Al Pacino zupełnie inny, do tego współczesnego, bez zmarszczek i worów. Robert Duvall – kapitalny. Marlon Brando i jego wysunięta szczęka – najwyższa klasa. W drugiej części widzimy Roberta De Niro i tu ciekawostka, on również dostał Oscara za rolę (młodego) Vita Corleone. Ostatnią część uzupełniają równie dobre kreacje Andy’ego Garcia i Sofii Coppola.
Jeśli jeszcze jest na świecie ktoś, kto to czyta, a trylogii „The Godfather” nie widział – ja polecam z czystym (bo nieużywanym) sumieniem. To arcydzieło. To film ze starej szkoły, która zachwycała i do dziś jest wzorem. To pozycja obowiązkowa. To klasyk. To „Ojciec Chrzestny”.
