ONA:

Wczoraj na naszym blogu pojawił się 600 wpis. Nie wierzę w to, że mamy już tyle recenzji. Nie wierzę, że starczyło nam sił i determinacji, by 600 razy siadać do pustego dokumentu i przyciskać różnego rodzaju klawisze, które łączyły się w wyrazy, zdania, całe akapity i koniec końców – w recenzje. Coś, co miało być „projektem” i pomysłem typu „zobaczymy jak to będzie” – trwa już prawie dwa lata. I wiecie co? Nie wierzę, że dopiero dziś pojawi się opis mojej ulubionej biografii, która moim zdaniem – jest perfekcyjna w każdym detalu…

Wszystko zaczęło się w liceum. Mój nauczyciel historii był nietypowym pedagogiem. Wiedząc, że ze mnie żaden historyk, dogadaliśmy się, że zamiast testu mogę przeczytać jakąś książkę historyczną, a potem mu o niej opowiedzieć. Idąc cwaniackim tropem, z totalnym niechciejem i brakiem pomysłu, sięgnęłam po pierwszą, lepszą knichę, jak się później okazało – po biografię Marii Stuart. No cóż. Ta pani mnie zupełnie nie poruszyła – ot, typowy wiek XVI, czyli zabijamy się, krew leje się strumieniami i kto ma władzę, ten ma wszystko. Ale wertując kolejne strony, pojawiła się Ona. Moja ulubiona postać historyczna, na punkcie której mam postępującego fisia. Była córką Henryka VIII – tak, tego, który zrzucił z Anglii jarzmo papieskie, który był hulaką, babiarzem i królem pełną gęba i który do historii przeszedł dzięki ciągłym zmianom żon. Kobieta, dla której stworzył kościół, dla której porzucił pierwszą żonę, nie dała mu wymarzonego syna. Król był niepocieszony, zupełnie nie przewidując tego, że rudowłosa dziewczynka, którą spłodził, będzie jedną z najpotężniejszych władczyń w historii świata, która jego kraj, pozostawiony w agonalnym stanie, przywróciła na piedestał. Elżbieta I Tudor – królowa trochę z przypadku. Królowa Dziewica, która twardą ręką rządziła krajem i która dla niego poświęciła wszystko. Kandydatów do jej ręki było wielu, swatania i wizji łączenia wielkich rodów – jeszcze więcej. A ona? Ona wyszła za mąż za Anglię.

W 1998 roku Shekhar Kapur (reżyser), wraz z Michaelem Hirstem (scenarzystą) powili dzieło genialne. Ich doświadczenie przy tworzeniu filmów było niezbyt duże, ale okazało się, że wystarczyło, by stworzyć film, który zawiera wszystkie elementy, składające się na dobrą biografię. „Elizabeth” to bardzo dobra reżyseria, subtelne prowadzenie kamery i sceny, które budzą zachwyt – widać tu „indyjskość” reżysera, bowiem ogrom kolorów miesza się z fakturami, z subtelnym tańcem – na europejskim rynku ta produkcja nadal odstaje – jest inna, jest zachwycająca, a minęło już 16 lat. Idźmy dalej: fabuła. W biografii fakty muszą mieszać się z domysłami, z tym, co od lat, ba – od wieków, jest tajemnicą i tajemnicą pozostanie na zawsze. To sprawia, że widz, który ma jakąś już wiedzę, nie będzie oglądał dokumentu, a film fabularny, a z kolei dla osób, które dopiero poznają jakąś historię – będzie to o wiele ciekawsze, niż tylko suche fakty. Zatem mamy fajną reżyserię i montaż, fajny scenariusz. Aktorzy? Cóż, moim zdaniem Cate Blanchett jako Elżbieta wypadła bosko. Uważam, że to jej NAJLEPSZA rola. Dzięki niej, przejdzie ona do historii. Podobieństwo fizyczne jest piorunujące. Jak dla mnie to Cate może do końca życia wchodzić w rolę rudowłosej królowej – ja będę zadowolona po ostatnie dni. Drugą, wartą uwagi rolą, była kreacja Geoffrey’a Rusha (znowu w roli królewskiej „prawej ręki”, zupełnie jak w „The King’s speech”), natomiast zupełnie miałki okazał się Joseph Finnes – młodszy brat Ralpha, totalne beztalencie.

Nie potrafię obiektywnie podejść do tego dzieła. Powaliło mnie ono na kolana. Uwielbiam, kocham, zachwycam się nim od tylu lat, że to już aż patologiczne. To jedna z tych produkcji, bez których ja nie ruszam się z domu – mogę oglądać do kolejny i kolejny raz, a nadal mnie urzeka. I wiecie co jest najlepsze? Ta historia ma drugą część! Jest równie dobra, więc pewnie niebawem napiszę coś więcej o niej.

Podsumowując: jeśli chcecie zacząć przygodę z biografiami, warto zacząć od „Elżbiety”.