ONA:
Diabeł, Szatan, Lucek, czy jak mu tam dano na imię, to jeden z moich ulubionych bohaterów literackich i filmowych. Cóż, jak widać mam ciągoty do fikcji. Lubię go, bo podobnie jak ja, jest bardzo hedonistyczny, lubi się bawić i knuć. Widzę go jako przystojnego faceta, w idealnie skrojonym garniturze, który uwodzi spojrzeniem, jest diabelsko inteligentny i ma świetnie poczucie humoru. Ewentualnie, może być przepiękną kobietą w typie Jessici Rabbit. Ale korzystając z tego, że jestem osobą heteroseksualną, wolę skupiać się na moim męskim Diable. I gdy pojawia się opcja uzupełnienia wiedzy i wyobrażenia o nim, decyzję podejmuję szybko. I pewnego wieczoru, gdy praca była już w tle, Dave zaproponował „W mgnieniu oka”, spoilerując, że film jest o Lucku. You got me, babe!
Film jest z 1992 roku. Miałam całe 6 lat. W roli głównej Rutger Hauer, którego twarz kojarzę, ale za cholerę nie umiałam przypomnieć sobie w czym ten pan grał. Wstyd, bo jego filmoteka sięga 1969 roku, a ja kojarzę same nowsze filmy z jego udziałem. Ale cóż. Oglądamy. Na dzień dobry, jeszcze przy początkowych napisach zobaczyłam na telewizorze napis „Kim Cattrall”. I pytam Dejwa „Czy w tym filmie gra Samantha Jones?!” (bo nagle nabrałam wielki łyk optymizmu). A on, że OSZTY! Cóż, trochę botoxu, trochę kwasu hialuronowego, nieco farby do włosów i mamy Kim, którą kocham za „Sex and the city” i jak dla mnie, jej filmowe résumé może kończyć się i zaczynać właśnie na tej roli. A mój mężczyzna przez resztę filmu powtarzał „O boże, to Samantha Jones?!”.
Ale do rzeczy. Mamy rok 2008. Na skutek efektu cieplarnianego, czy innego tam bullshitu, świat się sypie. My akurat jesteśmy zanurzeni w zalanym i zanieczyszczonym Londynie. I tam, pod osłoną nocy, w mrocznych częściach, giną ludzie. Sprawą zaczyna interesować się policja, a konkretnie niepokorny detektyw Harley Stone (Rutger Hauer). I ma motyw, dość dobry. Ten sam morderca zabił jego przyjaciela i policyjnego partnera, a tropienie go zaczyna być wręcz obsesyjne. Ale żeby fabuła była ciekawsza, urozmaicona i zaskakująca, Harley Stone otrzymuje nowego kompana, który jest jego totalnym przeciwieństwem. Dick Durkin jest absolwentem z Oksfordu, mówi z angielskim akcentem i jest miły. I ten barwny duet tropi to dziwne coś…
Na dzień dobry rzucił mi się w oczy ciężki jak cholera klimat. Brudne, zalane miasto, ciemne kolory, syf dookoła. Całkiem nieźle im wyszła ta ciężka, tajemnicza atmosfera. Jeśli chodzi o grę aktorów, to cóż. Lata 90-te w pełni – zarówno w tekstach, jak i w wyglądzie. Sznyt „miły” vs. „wredny” glina jest oklepany jak maska mojego samochodu, a wzajemne docinki panów policjantów momentami były śmieszne, ale momentami chciałam wydłubać sobie oczy i włożyć gałki do uszu. Ciągle z niecierpliwością czekałam na mojego Diabolo, a tu nic. Jakieś tajemnicze coś, co raczej nie nosi garnituru od Toma Forda. Pod tym względem dopadło mnie wielkie rozczarowanie. Koniec końców, przed moimi oczami stanęło coś a’la Alien. Phi.
Film ma momenty, bardzo dobre, na wysokim poziomie. Na pierwszym planie Hauer, potem długo, długo nic. Kilka scen powala, bo są śmieszne (wybieranie broni przed atakiem na coś), bo są perfekcyjnie nakręcone, bo mają klimat. Da się obejrzeć, ale nie urwało mi żadnego członka z zachwytu. A teraz przepraszam, idę oglądać Kim Cattrall w mojej ulubionej wersji.
ON:
Dla wielu osób żyjących w latach 90-tych, rok 2008 był odległą przyszłością, która mogła przynieść wiele niewiadomych. Pisarze science-fiction prześcigali się w wymyślaniu nowych, czasem dramatycznych wizji. Zagłada naszej planety lub też ogromny postęp cywilizacyjny i technologiczny. Niezależnie co nas czekało, nie było to różowe, kochane i włochate, raczej przepełnione było mrokiem i złem, ludzkim zepsuciem i wewnętrzną zarazą. Patrząc na takie wersje tego, co nas czeka, pozostawało nam tylko wziąć sznur i się powiesić. Po co żyć gdy i tak wszystko pier…e? Jednym z tych filmów, które nie pokazują optymistycznej wersji, jest „Split Secon”, w kraju nad Wisłą znany jako „W mgnieniu oka”.
“After forty days and nights of torrential rain, the city is largely submerged below water, a result of the devastating effects of continued global warming. The warnings ignored for decades have now resulted in undreamed-of levels of pollution where day has become almost endless night…”
Tymi słowami zaczyna się film. Widzimy Londyn, który naprawdę wygląda na zalany, a resztki światła słonecznego starają się przebić przez zanieczyszczone niebo. Niestety, wychodzi to bardzo źle. Po zalanych prawie po same kolana ulicach miasta, snuje się żyjący tylko dzięki kawie i czekoladzie detektyw Harley Stone. Jego obsesją stało się złapanie mordercy, który jest odpowiedzialny za śmierć jego poprzedniego partnera. Sam nie do końca wie kto lub co zabiło jego kumpla, ale po tym co się wydarzyło wydaje się, że z mordercą łączy go specyficzna więź emocjonalna. W związku z tym, że Stone’owi odpierdala i to równo, został zawieszony, ale ponieważ po mieście znów grasuje wspomniany wcześniej bandyta, trzeba Harleya oficjalnie odwiesić. Powodem tej decyzji jest to, że ilość ciał pozbawionych serca rośnie z dnia na dzień. Bo zapomniałem dodać, że nieuchwytny do tej pory zabójca lubuje się w wyrywaniu serc, które później prawdopodobnie konsumuje. Aby Stone pozostał jednak na smyczy, szef przydziela mu partnera, młodego detektywa Dicka Durkina. W przeciwieństwie do szalonego policjant, ten jest oazą spokoju, wszystko jest w stanie wytłumaczyć naukowo. Dostajemy więc wybuchową mieszankę “psychopata plus gryzipiórek z Oxfordu”. Panowie zaczynają wspólne polowanie na lubującego się w serduchach szaleńca, okazuje się jednak, że to na co polują, nie do końca jest człowiekiem.
Film jest bardzo mroczny i surowy. Londyn 2008 roku to zalane ulice, ciemne korytarze i obleśne speluny. Podobają mi się za to kostiumy oraz broń jaką dysponują panowie. Ale i tak najlepsze są buty Stone’a, które są wręcz wyjebiste. Wysokie, ze stalowymi klamrami, mające ochronić jego stopy przed wszędobylską wodą. Dzięki tej mroczności udało się utrzymać specyficzny klimat, który dopełnia całości. Dodajmy do tego kilka śmiesznych scen i mamy jeden z tych filmów początku lat 90-tych, do których nawet po wielu latach miło się wraca.
Tak, wiem, że dialogi nie są górnych lotów, historyjka jest trochę przewidywalna, a gra aktorska czasem ssie, ale jak wspominałem to lata 90-te. Poza tym jeszcze jedna spawa. Wolę 100 razy obejrzeć ten film, niż niejedną współczesną nastawioną na kasę produkcję. Film jak najbardziej na tak, szczególnie dla wielbicieli gatunku.
