ONA:

Dziś napiszę o filmie, który zdetronizował wiele innych w moim prywatnym rankingu najpiękniejszych baśni, które zostały zekranizowane. Dopełnieniem fajnej, bardzo wzruszającej i bawiącej przy okazji fabuły oraz świetnego wykonania efektów specjalnych, dzięki któremu mogliśmy wejść w tajemniczą krainę z różnymi stworami i wróżkami, była absolutnie genialna, porywająca i zachwycająca aktorka, która wykreowała tytułową rolę. Dla mnie była ona na miarę Oscara. Moi drodzy, dziś produkcja, która w każdym obudzi dziecko, która dotknie te najwrażliwsze rejony i która jest dowodem na to, że sztuka filmowa to dar. Dziś Angelina Jolie jako „Maleficent”.

Zanim Maleficent stała się bezduszną Diaboliną, czarownicą, przez którą przemawiało tylko zło i chęć zemsty, była słodką, rogatą wróżką, która strzegła tajemniczego Wrzosowiska. Uśmiechała się do mieszkańców tej magicznej krainy, fruwała na swoich pięknych, szeroko rozpostartych skrzydłach i było jej dobrze. I wszystkim było dobrze. Aż pewnego dnia spotkała człowieka. Młody chłopiec – Stefan stał się jednak jej przyjacielem, a z czasem i kimś więcej. Dopełnieniem tego uczucia miał być pocałunek prawdziwej miłości, który niestety – wcale nim nie był. Ambicje Stefana sięgały bowiem w rejony, w których potrzebował czegoś spektakularnego, czegoś, co rozsławi jego imię po wsze czasy. I dokonał tego – kosztem Maleficent. Obciął jej skrzydła. Dosłownie i w przenośni. To działanie sprawiło, że został królem i na długi czas odebrał głównej bohaterce radość i życzliwość. Minęły lata. Stefan został ojcem, a wieść o narodzinach małej księżniczki doszła i do Diaboliny. Tak, to była idealna okazja, by zemścić się na mężczyźnie, który dla własnych celów postanowił ją wykorzystać… Czarownica pojawiła się w zamku i rzuciła na małą Aurorę klątwę: w dniu jej 16 urodzin dziewczynka ukłuje się wrzecionem i zapadnie w sen, z którego obudzić ją będzie mógł jedynie pocałunek prawdziwej miłości. Dlaczego? Bowiem Maleficent jest zdania, że takie „coś” nie istnieje. Tymczasem król oddał małą, którą na wychowanie trzem wróżkom, zatracając się w swoim obłędzie na punkcie klątwy. Drogi Diaboliny i Aurory wielokrotnie się przecinały, bowiem wiedźma bacznie śledziła każdy krok dziewczynki, od jej najwcześniejszych dni. Chroniła ją – paradoksalnie i im bliżej było do „finalizacji” klątwy, tym bardziej Maleficent żałowała, że ją rzuciła. Wszak Aurora była tak dobrym, wrażliwym i pięknym stworzeniem, że nawet przepełniona złem wiedźma pękała. Obie kobiety zaprzyjaźniły się. Po prostu. I wtedy nadszedł ten dzień. Dzień, w którym Aurora miała zasnąć i w którym zrozpaczony król chciał pokonać Maleficent…

Jestem tym filmem oczarowana do granic przyzwoitości. Fabuła wciąga, zaskakuje i jest zrównoważona. Mamy momenty śmieszne, zabawne, mamy też akcję i nieco dramatu. Oczywiście wszystko wyważone jest i dopasowane pod raczej małego widza, ale to zupełnie nie wpływa na odbiór. Oglądając „Maleficent” czułam się jak dziewczynka, która weszła do magicznej krainy i autentycznie – żyłam tym, co widziałam na ekranie. Montażyści, specjaliści od efektów, dźwięku, kostiumów i scenografii stanęli na wyżynach własnej zajebistości, tworząc dzieło – nie boję się tego słowa w tym miejscu – perfekcyjne. Nawet na siłę nie jestem w stanie wymyślić czegoś, co mogłoby wymagać poprawy. Jest idealnie! Aktorzy? No cóż – trzy wróżki (w tych rolach Lesley Manville, Imelda Staunton i Juno Temple) były głupiutkie i urocze – bawiły mnie nieprzeciętnie. Król Stefan (Sharlto Copley) był wizualizacją typowego skurwiela, który w kobiecie pozostawia zgliszcza i ruiny, a jego obłęd był zaiste przerażający. Diaval (Sam Riley), wierny sługa Maleficent był charakternym ptaszkiem, który absolutnie nie bał się swojej pani i często wręcz ją prowokował, ale mam wrażenie, że on pierwszy dostrzegł resztki dobra w czarownicy. Aurora (Elle Fanning) była urocza, słodka, naiwnie pewna tego, że świat jest cudowny, a jego mieszkańcy dobrzy. No i Ona. Zostawiam sobie Ją na sam koniec, bowiem już dawno nie widziałam kreacji tak zachwycającej, jak ta, stworzona przez Angelinę Jolie. Jej posągowa, piękna uroda ucharakteryzowana na diaboliczną, surową, z tymi ostrymi rysami, pełnymi, krwistoczerwonymi ustami, hipnotyzującymi oczami… Padam na kolana i chylę czoła, bowiem Jolie udowodniła po raz kolejny, że jest aktorką oscarową, że potrafi nadal zaskakiwać, a macierzyństwo ze świruski wyciągnęło piękne uczucia. I to wszystko widać w jej Maleficent.

Warto. I nie dajcie sobie wmówić, że to „lesbijska” baśń, w której książę na białym koniu jest zbędny.