ONA:

Nie jestem osobą, która zbytnio epatuje swoimi religijnymi wyborami. Nie jestem jak typowy wegetarianin, który przy przedstawianiu Ci się mówi „Cześć, nazywam się X, nie jem mięsa”. Ja nie mówię „Cześć, nazywam się Paula i nie wierzę w nic boskiego, chyba, że to Jedi”. Moje zoo, moje małpy – mój wybór. Jednak w odróżnieniu od wielu „wierzących” – przeczytałam TĘ książkę od dechy do dechy, uświadamiając sobie nie tylko to, że wiara we mnie jest dość nędzna, ale i to, że utwory rymujące się mnie drażnią oraz w to, że jeśli chodzi o sci-fi, to pozostaję jedynie przy „Star Wars” i przygodach Ellen Ripley. Niestety, mam paskudną tendencję do kpienia z tego wszystkiego i gdy tylko zobaczyłam trailer do filmu „Noe”, z jednej strony pomyślałam „Na Teutatesa, co oni wymyślili?!”, a z drugiej „Hmmm… czyżby to było obrazoburcze dzieło?” Koniec końców wylądowałam na sali kinowej i mam w głowie nadal same wątpliwości.Kim był Noe – wiemy wszyscy. Wiemy też jakie filmy kręci Darren Aronofsky – twórca „Czarnego łabędzia”, „Zapaśnika”, czy „Requiem dla snu”. Można się generalnie spodziewać wszystkiego. Historia, którą twórca zaserwował nam w swoim najnowszym filmie nieco bazuje na biblijnym prototypie, ale nie do końca. Oczywiście parskam ze śmiechu, kiedy słyszę tekst, że „Nie zgadza się to z prawdą!”, ale to ja – najgorsza. Zatem, trzymając się faktów: Noe jest potomkiem rodu Adama, któremu Pan Bóg zrzuca na barki bardzo ciężką misję (we współczesnych czasach mielibyśmy do czynienia z klasyczną spychologią i typową relacją korposzczur-szef) – ma stworzyć arkę, w której znajdą schronienie jedyne niewinne istoty na świecie, czyli zwierzęta. Człowiek raczej nie ma co liczyć na miejsce, bowiem skażony grzechem swoich praojców, jest zły, zabija, wykorzystuje, a ta „wolna wola”, którą otrzymał od Ojca z Nieba, na gówno się godzi. Tyle wiemy wszyscy, nawet ja. W wersji Aronofsky’ego na Noego czeka nieco więcej przygód. Najpierw znajduje małą dziewczynkę, która dołącza do jego rodziny. Potem zaprzyjaźnia się z jakimiś kamiennymi olbrzymami, które ponoć stały się tymi istotami gdy nie wyszło im z Adamem i Ewą. No i do tego dochodzi jeszcze Tubal-Kain – typowy człowiek… Bozia jest coraz bardziej zły, Noe coraz bardziej zagłębia się w obłędzie, co rzutuje na jego rodzinie, na arce jest coraz więcej zwierząt, a ludzie potomka Kaina za wszelką cenę chcą siebie uratować…

Zacznę od plusów. Świetny Russel Crowe, ale do tego można się przyzwyczaić. Jego Noe jest zupełnie inny, niż w TEJ książce. Jest zaślepiony, wkurwiony, zmęczony, zabija, ślepo wpatrując się w boski nakaz. Bezwzględnie wykonuje to, co kazał mu Pan. Jego żona zawsze stała za nim, cokolwiek postanowił, ale w końcu postanowiła zawalczyć o to, co jest według niej dobre. Swoją drogą – Jennifer Connelly to jedna z tych aktorek, które ja ukochuję najbardziej. Są one szalenie autentyczne, pięknie wchodzą w role, a do tego ta konkretna babeczka jest przepiękną kobietą, nawet gdy jest umorusana, zmęczona i wkurwiona. Z ciekawszych ról warto tu wspomnieć o Emmie Watson, która postanowiła zostawić Hermionę za sobą i udowadnia, że potencjał w niej drzemie ogromny. No i Anthony Hopkins – ale cóż, on nie ma słabych kreacji. Jednak świetne zaplecze aktorskie nie jest największą zaletą tego filmu. Moim zdaniem, a trochę już tego widziałam, ta produkcja jest po prostu przepięknie nakręcona. Kadry, zdjęcia, ujęcia, prowadzenie kamery, zbliżenia i oddalenia, zabawa światłem, nasycenie kolorów i bardzo naturalistyczne urywki – to wszystko składa się na tak plastyczną, zachwycającą całość, że chociażby właśnie z tego powodu, warto ten film obejrzeć, póki jest w kinie.

Teraz minusy: „Noe: Wybrany przez Boga” to dzieło, które ma tak podupczoną fabułę, że głowa boli. Naprawdę. A – do tego jest za długi.

ON:

Widziałem wszystkie filmy Aronofsky’ego. Ten reżyser ma specyficzny styl, jego dzieła nie należą do kinematografii lekkiej i przyjemnej. Przygotujcie się raczej na lekko psychodeliczną jazdę, która może zryć wam banię. Obecnie możemy oglądać jego najnowszy obraz „Noe: Wybrany przez Boga”.

Ciężko mi oceniać tę produkcję. Tak jakby nie patrzeć – biblijna historia różni się znacznie od tego, co przyjdzie nam wyczytać na kartach Starego Testamentu. Niby jej trzon pozostaje ten sam, ale pojawiają się nowe wątki, miejsca i postaci, które mają nadać kolorytu tejże opowieści. Kółko różańcowe zepnie się i zesra bowiem „Noe” nijak ma się do zapisków biblijnych, nijak się ma do jednej jedynej prawdy, w którą wierzą wyznawcy koralików.

Gdy zacząłem oglądać opowieść, którą zaserwował Anonofksy, zastanawiałem się jak bardzo zostanie ona znienawidzona przez największych wyznawców prawdy. To jeden z tych tytułów, który zostanie potępiony i wyklęty, to obraz, o którym w jedynym i słusznym radiu będą wspominać podczas wieczornych audycji. Stary Testament został dopasowany do kart komiksu, które wyszły spod ręki Aronofsky’ego i Handela. Obrazoburcza i kłamliwa opowieść nijak się ma do prastarych zapisów. Kłamstwo goni kłamstwo. Noe buduje arkę przez dziesięć długich lat, a na pomoc przychodzą mu kamienne olbrzymy, stwory, które są upadłymi aniołami. Tylko na kartach komiksu mają one prawo bytu, ale już w filmowej opowieści zaczynają łamać wszelkie zasady oraz dobry smak, który płynie z ust księży stojących na ambonie.

Aronofsky nie obawia się potępienia, bowiem jego nazwisko dawno temu stało się sławne. Tak jak twórcy „Kaznodziei” mają daleko mają słowa potępienia, tak on ma je gdzieś. Nie przejmuje się tym co powiedzą inni. Powiedzmy sobie szczerze – nie ma prawdziwej i jedynej wersji Pisma świętego. Jakby nie patrzeć to jest opowieść „sci-fi”z najwyższej półki. Gadający wąż, facet z laską, potop, później koleś wstający z martwych. To wszystko wydaje się bajką, którą co niedziela ksiądz opowiada z ambony. Każde zaprzeczenie staje się godnym potępienia wnioskiem, nadającym się do ukarania. Tylko pytanie: kto tak naprawdę ma rację? Kto mówi prawdę? Czy słowa Starego i Nowego Testamentu są tymi jedynymi? Może inne opowieści są tymi, które zasługują na uwagę?

Szczerze powiedziawszy daleko mam to która z opowieści jest tą najprawdziwszą. Podoba mi się bowiem kreacja Russella Crowe jako Noe, podoba Anthony Hopkins jako Matuzalema i Emma Watson w roli Ili. Współczesny kościół miałby więcej wyznawców, gdyby jego bajanie bazowało na konkretnych, naprawdę wciągających historiach. Religia chrześcijańska opiera się na bajkach, a niejedna opowiastka zawiera więcej prawdy, niż te. sprzedawane nam w kiosku zamieszkanym przez księdza, siedzącego w konfesjonale. Wyznawcy religii katolickiej zapomnieli o tym, że kościół jest zepsuty, że młodzi przestają wierzyć w jego władzę, a księża kojarzą się z grubymi facetami w sukienkach.

Po seansie „Noe: Wybrany przez Boga” dochodzę do wniosku, że to pozycja, którą każdy powinien odbierać w indywidualny sposób. Jedni ją potępią – inni pokochają. Ważne, aby zrozumieć jedną rzecz. Bóg nie nigdy bezpośrednio nie będzie ingerował w nasze życie, a człowiek od zawsze miał wolą wolę. Zagłada, która padła na ludzkość, nie mogła być spowodowana gniewem Boga bowiem, podważyła by ona jego nieomylność.