ON:
O Davidzie Cronenbergu jedni będą wypowiadać się w samych superlatywach, inni będą po nim jechać jak bo łysej kobyle. Ja, jako fan „chorego” kina, bardzo cenię, a może powinienem powiedzieć ceniłem sobie tego reżysera, bo po obejrzeniu „Cosmopolis” straciłem dla niego duże pokłady szacunku. Jakim cudem ktoś, kto ma na swoim koncie takie filmy jak „Historia przemocy”, „Crash”, „Pająk” czy „eXistenZ”, stworzył dzieło tak paradoksalnie złe? Myślałem, że moja ocena będzie wynikać z bardzo dużego braku zrozumienia treści. Pewnie poniekąd tak jest, bo podczas seansu czułem się jak w liceum analizując wiersz, gdy nauczycielka zapytała: „Co autor miał na myśli?”. A skąd ja mam, do jasnej cholery wiedzieć? Może akurat miał ze trzy promile i ślinił się, gwałcąc truchło owcy, a może po prostu bił go ojciec a później wkładał w tyłek rozgrzane do czerwoności sztućce. Tak naprawdę to wszystko nie ma znaczenia, bo tylko osoba, która stworzyła dzieło może wiedzieć co miała na myśli w chwili aktu tworzenia.
Nie mam do zarzucenia Cronengergowi, że zrobił zły wizualnie film. Nie, pod tym względem wszystko jest okej, ale dlaczego na warsztat wziął 13 w karierze powieść Dona DeLillo? Może dlatego, że uznawana jest za jedną z najbardziej kontrowersyjnych książek ostatnich lat? Dzieło, które chwalą lub nienawidzą recenzenci, jest metaforą upadającego społeczeństwa i jednostki w niej żyjącej. Chciałbym móc powiedzieć, że filmowej adaptacji to się udało, niestety tak nie jest, na pewno nie do końca. Film zaczyna się słowami z „Raportu z oblężonego miasta” Zbigniewa Herberta – „(…)jednostką obiegową stał się szczur”. Po wczorajszym seansie zdałem sobie sprawę, iż chodzi o człowieka. Staliśmy się konsumpcyjnym tłumem, bezduszną grupą, kupą mięsa, mającą wykonywać polecania i zadania. Zamknięci w labiryntach miast szukamy nagrody, kawałka sera, mającego osłodzić nasze szczurze życie. Jak płaci się szczurem we współczesnym świecie? Raport księgowy to jeden księgowy szczur, chleb zrobi szczurzy piekarz, szczury są wszędzie. Nastąpiła dehumanizacja, a nasze społeczeństwo stało się zwierzęciem, które je, pieprzy i wydala. Książka DeLilla mówi – apokalipsa się już rozpoczęła.
Poznajmy 28-letniego miliardera Ericka Packera, analityka żyjącego w liczbach, jest on złotym dzieckiem finansów. Dzięki schematom i szablonom, dzięki łączeniu kropek, potrafi przewidywać zachowanie rynku. Fortuna, którą dysponuje, jest ogromna, tak ogromna, że może żyć w wieżowcu sięgającym nieba, blisko Boga. Stać go na windy wznoszące się w górę, by słuchać szeptów chmur i oderwać się od zgiełku miasta. Czy nie jest to początek biblijnej wieży Babel? Współczesnej „góry”, której „mieszkaniec i kreator” gubi więź z innymi „budowniczymi tego świata”? Pomieszanie języków stało się realne, poróżniło bogaczy i biedaków. Nigdy nie dojdzie do zrozumienia języków, jakimi te grupy mówią. Erick to taki Hari Seldon z „Fundacji” Asimova, on także przy pomocy liczb, analiz potrafił przewidzieć przyszłość. Wyższość Seldona nad Packerem jat taka, że ten pierwszy potrafił przewidzieć upadek ludzkości, “Galaktycznego Imperium”, a bohater „Cosmopolis” tak zamknął się we własnej kapsule, że nie przewidział małej anomalii i dopuścił do tego, aby jego świat zawalił się z dnia na dzień. Spowodowane jest to także jego arogancją. Hari oparł się na przeszłości, historii i tym czego ona nas uczy, tutaj jest inaczej konsumujący codzienność „szczur”, gardzi tym, co za nim, przeszłość nie ma znaczenia, gdyż on zaprogramowany jest na przyszłość.
W książce jak i filmie poznamy dzień z życia Ericka. Od momentu gdy wsiądzie do swojej snobistycznej limuzyny, bezpiecznego kokonu, macicy oddzielającej go od zewnętrznego zbrukanego świata, tego gdzie żyją biedacy, aż do finału gdy stanie twarzą w twarz z Benno Levinem – jego totalnym przeciwieństwem. Podróż trwać będzie wiele godzin, gdyż przejechanie przez zatłoczone miasto, do którego akurat przybył Prezydent USA, będzie uciążliwe i monotonne. Przez „twierdzę” Packera przewiną się kolejne osoby, z którymi będzie rozmawiał, kochał się, czy też kłócił. Znudzony konsumpcjonizmem, wiedząc, że jego świat upada, imperium przestaje istnieć, nie ma już hamulców i stara się spróbować wszystkiego, co doczesne życie może mu dać. Dlatego przygodny sex, przemoc i zabójstwo nie zrobią na nim zupełnie wrażenia. Nic nie ma już do stracenia. Przecież człowiekowi, który nie ma już niczego nie można nic więcej zabrać.
To wszystko jest swoistą alegorią naszych czasów, zepsucia i moralnego upadku. Niestety podane jest to w taki sposób, że ciężko zachwalać ten obraz. Nie chodzi o grę aktorską, czy samą reżyserię, bo są one poprawne. To raczej sposób podania tego dania. Sam pomysł był naprawdę ciekawy i można się w nim doszukiwać wielu odniesień, drugiego, może nawet trzeciego dna, ale zwykłe ciasto, nawet jeśli wsadzimy do niego rodzynki, nadal zostaje zwykłym ciastem. A tutaj dodatkowo wszystko jest zrobione z zakalcem. Szczerze nie polecam, bo to film dla naprawdę wytrwałych koneserów zakalca.
ONA:
Wpatruję się w pusty, absolutnie biały plik tekstowy, na którym teraz nieśmiało pokazują się kolejne symbole, które nazywamy literami. Litery składają się na następujące po sobie wyrazy, te, połączone mniej lub bardziej zgrabnie, łączą się w zdania. I pisząc to liczę na cud, który pomoże mi zrozumieć film „Cosmopolis”. Bo póki co, idzie mi źle…
Podejrzewam, że gdyby nie nasi drodzy przyjaciele, nawet nie wpadlibyśmy na pomysł, żeby ten film obejrzeć. Nie znam twórczości pana Davida Cronenberga i nie jestem fanką gry aktorskiej Roberta Pattinsona, więc pewnie to dzieło przeszłoby nam koło nosa. Oj, jakby wspaniale było. Ale jednak, podczas sylwestrowej nocy padło pytanie „Widzieliście Cosmopolis?” No nie. „My nie dotrwaliśmy nawet do połowy!”. Okej, więc mamy wyzwanie! Z jednej strony, widzieliśmy „Kac Wawa”, cóż gorszego można zobaczyć. A jednak…
Przez pierwsze minuty czekałam na rozwój sytuacji. Dziwne dialogi, dziwne sceny, same niedomówienia – taki klimat. I faktycznie, początkowo to może wkręcić, ale potem przydałaby się jakaś akcja, chociaż trochę. Mówiąc „akcja” nie mam jednak na myśli seksu Pattinsona z Juliette „Credit” Binoche, który swoją drogą – wyszedł im słabo. Spoko, oglądamy dalej. To nic, że nerwowo zerkałam na pasek postępu, błagając, by te 50 minut zleciało szybko. To nic, że ze znudzenia 3x w ciągu minuty odświeżałam Pudelka, Kozaczka i facebooka, nie wspominając o instagramie. Bo akurat po moim przeglądaniu insta można łatwo wywnioskować, że film nudzi. Tym razem obejrzałam chyba wszystkie możliwe zdjęcia, które oznaczone były tagiem „pugs”. Zerkając mimochodem w kierunku komputera, miałam 100% pewność, że nie zgubię żadnego wątku, bo tam nic takiego się nie dzieje! Jest sobie koleś, młody, piękny i bogaty. Właściwie to patologicznie bogaty. Ma 28 lat i tak ekstremalne zasoby finansowe, że głowa mała. Jest analitycznym geniuszem, który umie „przewidzieć” na podstawie oceny różnych słupków, jak potoczą się pieniężne losy. Poznajemy go o poranku pewnego dnia, kiedy stwierdza, że musi pojechać do fryzjera. Mając jego kasę, mógłby sobie kupić niejeden salon, ale on chce pojechać na drugi koniec miasta po to, by pozbyć się kilku włosów. W tym samym dniu w mieście ma być z wizytą prezydent, zatem cała metropolia przypomina obstawiony ze wszystkich stron przez policję i służby bezpieczeństwa – korek. Ale wiadomo, milionerzy, czy tam miliarderzy bywają dziwni. I kiedy tak ogromna limuzyna, która jest jednocześnie fortecą, biurem, gabinetem lekarskim i miejscem schadzek intymnych, sunie ospale przez miasto, my mamy okazję poznać typowy dzień Erica Packera. Dowiadujemy się o nim kilku rzeczy, np. to, że ma asymetryczną prostatę. Poznajemy jego żonę, która zdaje się jest jakąś poetką, poznajemy współpracowników. W fortecy Erick załatwia wszystko, w tym badanie wspomnianego wyżej gruczołu krokowego. A w tle zaczynają dziać się dziwne rzeczy… Miasto powoli pogrążą się w chaosie. Koniec końców pada pierwszy trup – dosyć zaskakująco. A Eric wyląduje w mieszkaniu kolesia, który mając ręcznik na głowie, marzy by go zabić. Boże, boże, boże, Bożenko! Co za kał!
Podejrzewam, że film może należeć do tej grupy w kinematografii, której ja nie dość że nie znoszę, to po prostu nie rozumiem. Moja głowa wypełniona jest twórczością Baya, Spilberga, Lucasa, i Nolana. I ja bez krępacji mogę przyznać, że mam dość tandetny i komercyjny gust filmowy. Lubię jak coś się dzieje, lubię czuć się zaskoczona. A film, w którym główną rolę gra kukła, która gra kukłę, której żona to kukła i w której nie ma nawet za bardzo muzyki ani chociażby pięknych zdjęć, zupełnie do mnie nie przemawia. Poważnie, w tym filmie nie ma nic. Jest auto, są niby jacyś kolejni, bezbarwni bohaterowie, którzy niewiele wnoszą do historii. Ot, kolejne istnienia. I co ciekawe – film nie ma zakończenia! Marudy jednak są cwane i potrafią korzystać z wujka googla, a że jest to ekranizacja powstała na podstawie książki, doczytaliśmy sobie jak to wyglądało w wersji papierowej.
Film jest mega ciężkostrawny. Nawet nie chodzi o to, że mówi mimochodem o jakiś tam rzeczach. On leży na wątrobie, on powoduje irytację i ochotę do popełnienia samobójstwa. Nie broni go nic. Nie ma w nim krzty ekstrawagancji, która często pojawia się w tego typu filmach. Nie ma w nim żadnego mocnego punktu, który mógłby stanowić jakiś punkt zaczepienia. Nie wydaje mi się, żeby poruszał jakieś ważne dla świata aspekty. Może jest ostrzeżeniem?
Wszystkie leki na zgagę nie pokonałyby tej niestrawności, którą odczuwam od doby, po obejrzeniu tego filmu. Ale coś mnie kusi, żeby przeczytać książkę Dona DeLillo.
