ON:

Amerykański przepis na sukces jest prosty. Należy do jednego filmu sensacyjnego wsadzić dwie zupełnie inne postacie, osoby o dwóch różnych charakterach i dać im działać. Idealnie się to sprawdziło w „Tango & Cash” czy też w „Godzinach szczytu”. Dobre kino sensacyjne może być przepełnione akcją, ale nie może w nim zabraknąć elementów komediowych, lekkiej odskoczni od sterty trupów. Tak właśnie jest w „Zabójczej broni” w reżyserii Richarda Donnera. 

Lata 80. ubiegłego stulecia, to okres rozkwitu kina akcji. Jedne dzieła były lepsze inne gorsze, ale wszystkie bazowały na sprawdzonym, opisanym wcześniej schemacie. „Zabójczą broń” widziałem po raz pierwszy na VHS-ie. Niestety, do kina nie było mi dane pójść na premierę. Nawet nie pamiętam czy był u nas ten film grany. Nie ominęły mnie jednak inne części tej serii, z czego bardzo się cieszę. Scenarzysta Shane Black stworzył dwie, bardzo wyraziste postacie i to dzięki nim, a dokładniej aktorom je grających, dostaliśmy tak smakowite dzieło sensacyjne.

Martin Riggs (Gibson) to młody glina z problemami. Jakiś czas temu zginęła w wypadku samochodowym jego żona. Od tego czasu ma za nic bezpieczeństwo i swoje życie. Pracuje brawurowo i na dodatek nie unika alkoholu. Mieszka sam (nie licząc psa) w przyczepie kempingowej postawionej na plaży. Jego dom to ruina, tak samo jak jej właściciel. Drugim policjantem jest Roger Murtaugh. Czarnoskóry facet z pięćdziesiątką na karku, który mieszka w wielkim domu wraz z żoną i trójką dzieciaków. To typowa amerykańska rodzinka z przedmieścia. Mają swoje problemy, z którymi starają sobie radzić. Ponieważ Riggs jest nieobliczalny, postanowiono go przydzielić do Murtaugha, który jest spokojnym i bardzo poukładanym detektywem. Ich pierwsza wspólna sprawa dotyczy zagadkowej śmierci młodej dziewczyny, która wyskoczyła z balkonu swojego apartamentu. Wszelkie ślady prowadzą do starego znajomego jednego z policjantów.

„Zabójcza broń” jest chyba najsłabszą częścią z całej serii. Widać, że aktorzy jeszcze nie za bardzo wiedzą na ile można sobie pozwolić. Przez to część gagów jest sztywna lub szyta na siłę. Na całe szczęście twórcy nie poprzestali tylko na tej części i pozwolili akcji toczyć się dalej. To był bardzo dobry ruch, ponieważ pojawiające się w kolejnych filmach postacie i wątki, doprowadziły do powstania jednej z najbardziej rozpoznawalnych serii współczesnego kina. Jeśli nie mieliście okazji obejrzeć „Zabójczej broni”, a lubicie takie kino „retro”, to powinniście nadrobić straty, bo naprawdę warto.

ONA:

Nigdy nie widziałam żadnej części „Zabójczej broni”. Jakoś zawsze bliżej mi było do „Die hard”, a John McClane jest jedną z moich ulubionych postaci filmowych. Mocno mi ta seria popsuła głowę, bo przez nią uwielbiam sensacyjno-komediowe produkcje, z policjantami, detektywami, spektakularnymi pościgami, wrednym humorem i bandziorami. Czas więc zabrać się za kultową opowieść o przyjaźni, lekkim szaleństwie i szukaniu kłopotów. Cztery następne dni spędzimy przy „Zabójczej broni”, która…

…no nie powiem, „Szklaną pułapką” to ona nie jest. Nie za bardzo przypomina mi ona również „Tango i Cash”. Ma momenty i mam wrażenie, że z każdą kolejną częścią było lepiej, ale ja zdecydowanie zostaję przy oficerze McClane.

Pierwsza część z 1987 roku zaczyna się tak, jak tylko filmy powstałe w tamtym czasie mogły. Cycki! Piękna dziewczyna, kusząco odsłania swoje krągłości, a potem z impetem rzuca się z wysokiego budynku. Nawet kiedy jest już martwa, bo zaliczyła twarde lądowanie na dachu samochodu, niewinna pierś wyłania się zza szlafroczka… Czyli zaczynamy od trupa. Sprawa zostaje przydzielona dwóm policjantom, którzy dopiero zaczynają ze sobą współpracować. Roger (Danny Glover) to bardzo spokojny, acz skuteczny gliniarz. Ma rodzinę, dorastające dzieciaki, dom i nie pcha się przed kule. Martin (Mel Gibson) jest na etapie „wyjebanizmu życiowego”. Mieszka w przyczepie, ryzykuje, staje na granicy obłędu. Jego ukochana kobieta zginęła w wypadku samochodowym, a on nie potrafi wrócić na normalne, życiowe tory. Więc właściwie czemu nie, #yolo i do przodu. Co się stanie, to się stanie. Martin dużo bardziej przypomina wariata, niż stojącego na straży porządku policjanta… Te dwa, biegunowo różne charaktery, muszą zacząć ze sobą współpracować. I okazuje się, że bardzo do siebie pasują, no i są skuteczni…

Pierwsza część „Zabójczej broni” podobała mi się chyba najmniej, bo jest w niej dosyć problemowa dla mnie relacja pomiędzy kryminałem a komedią. Plus lata 80. nie należą do mojego ulubionego filmowego okresu, ale bardzo doceniam niepoprawność i dosyć ciężki humor w produkcjach z tamtych czasów. Widać, że to dzieło nie wytrzymało presji czasu, bo jest po prostu tandetne, a efekty są efekciarskie. Ale od czegoś trzeba zacząć i mam wrażenie, że z każdą kolejną częścią, jest coraz lepiej.