Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

Alien: Resurrection

ONA:

Po pierwsze: mam lekkiego kaca i spałam może 3 godziny. Mężowie mnie urządzili dość skutecznie, ale oni jeszcze gorzej wyglądają. Po drugie: jeśli ktoś mówi mi, że „Prometeusz” został stworzony tylko po to, by wyciągnąć od fanów kapuchę, to odsyłam go do filmu, nad którym dziś lekko będę się pastwić. Bo przecież nie może tak być, że wszystkie części przygód Ellen Ripley są fajne.

Tak to jest, jak się powierza kręcenie filmów Francuzowi, którego ambicje sięgają do kina ambitnego, innego, niszowego, a jednocześnie komercyjnego. Jean Pierre Jeunet po serii krótkometrażowych, animowanych produkcji, liznął trochę sci-fi i fantasy, ale na nic podawanie tych tytułów – podejrzewam, że te filmy widziało jeszcze mniej osób, niż pamiątkę mojej pierwszej komunii. Żaden ze mnie wymagający kinoman, a „Stalowe magnolie” wywróciły mi głowę o wiele bardziej niż „Amelia”, którą swoją drogą pan Jean Pierre też nakręcił. Rozumiecie?! Ten sam koleś zrobił film o wielkookiej Francuzce i wskrzesił Ellen Ripley. Mózg rozwalony, spływa szyderczo ze ścian…

Mi wystarczy jedna opowieść o tym, jak po spektakularnym zabójstwie koleś ożywa po trzech dniach. Średnio mi to pasuje, ale hej – w sci-fi wszystko jest możliwe. Ellen Ripley w honorowym geście, ratując świat przed zagładą, a i sobie dając ukojenie – rzuca się w otchłań ogromnego pieca – tyle wiemy z trójki. I nagle, w kolejnej części widzimy wielkie laboratorium, a na ekranie pojawia się nikt inny, jak nasza dzielna mamuśka. Właśnie ją sklonowali w wiadomym celu. Uzbrojona w nadludzką siłę i intelekt, szybko się uczy i nie popełnia tych samych błędów dwa razy. Jej genotyp, który połączył się z DNA obcego, tworzy mieszankę, która przyniesie niejednego trupa. Rozumiecie? Ripley ma w sobie coś z obcego, a obcy – z dzielnej babeczki. To jeszcze nie wszystko! Naukowcy, którzy stworzyli to „coś”, pragną wykorzystać obcych jako broń. Co więcej – w tej części poznamy dziecko naszej bohaterki, które swoją mamusię kocha bardzo i nie liczcie nawet na to, że pociecha należy do gatunku ludzkiego.

SŁODKI JEZUSIE!!! Oglądanie „Przebudzenia” jest jak granie w bierki po kwasie. Już wielokrotnie próbowałam znaleźć w tym dziele sens, ale kino „bardziej” europejskie ma to do siebie, że tego sensu na ogół nie ma. To takie trochę grzebanie w trudnej historii rodzinnej, która powinna zostać już daleko w tle, a jednak zawsze znajdzie się ktoś, kto dźga i powoduje ogólny niesmak. Jeśli już nawet nie miałabym przyczepiać się do fabuły – okej, to sci-fi, to nie musi mieć logicznego sensu, jeśli już miałabym pominąć samą Ripley, która w tej części jest bardzo fajną i intrygującą postacią, zdecydowanie wychylającą się ponad resztę, jeśli wzięłabym pod uwagę rozmach i widowiskowość oraz to, że przy produkcji tej części użyto ponad 2000 litrów sztucznego śluzu, to i tak nic nie jest w stanie zabić goryczy smaku, spowodowanego przez najbardziej beznadziejną aktorką tamtego pokolenia, jaką jest panna Ryder. Nie jestem w stanie przemóc się, by o niej napisać cokolwiek dobrego.

Czy warto obejrzeć tę część? Owszem. Cała „saga” jest bardzo ciekawym i niezwykle ważnym elementem kinematograficznym, który pokazuje jak na przestrzeni lat zmieniało się podejście do filmów i ich realizacji, która w dość intrygujący sposób wpłynęła na kariery poszczególnych reżyserów i która na każdym etapie realizacji była dziełem, na które czekało dane pokolenie.

ON:

Saga o obcych zwana „Alien” powinna zakończyć się na trzeciej, wyreżyserowanej przez Finchera części, bowiem to, co powstało później, jest śmieszną parodią, niesmacznym żartem, który zrobiono fanom serii. Oddanie reżyserię kultowego dzieła Francuzowi Jean-Pierre Jeunetowi to nieporozumienie. To, że zrobił “Delicatessen” i “Miasto zaginionych dzieci” nie powoduje, że nadaje się na następce Scotta, Camerona i Finchera. „Francuzowatość” wylewa się z „Alien: Resurrection” nie tylko przez osadzenie w głównych rolach aktorów z kraju nad Loarą, ale także przez scenografię i narrację. Widząc Pinona mam ochotę wyć, bo wręcz nie trawię tego kolesia, a Winona Ryder, wcielająca się w postać Annalee Call, potwierdza tylko jak słabą jest aktorką.

„Alien: Resurrection” lub jeśli ktoś woli „Obcy: Przebudzenie” zaczyna się po wydarzeniach z części trzeciej. Ale Ripley przecież ginie! To nic, bo dzięki pobranej na Fiorine 161 krwi, udaje się ją sklonować wraz z siedzącym jej piersiach embrionem. Dziewczynka, która przychodzi na świat podczas tejże cesarki, okazuje się królową. Przez 200 lat, jakie minęło od wydarzeń na Fiorinie, korporacja Wayland-Yutami przestała istnieć, teraz obcych pożąda organizacja militarna, która widzi w nich idealnych żołnierzy, zwierzątka, które można wytresować, aby siadały, robiły fikołki i przynosiły kość. Badania nad ksenomorfami odbywają się na stacji kosmicznej, która znajduje się w pobliżu Ziemi. W tym samym miejscu przetrzymywana jest Ripley i jakby nie patrzeć jest idealnym okazem, hybrydą perfekcyjną.

Aby rozwinąć hodowlę obcych, trzeba bydła, żywicieli takowych podrzucają kosmiczni szmuglerzy i piraci. Niczego nieświadome, porwane osoby, stają się mięskiem dla bezokich potworów, a świeża dostawa właśnie dotarła. Przywiozła ją grupa szumowin pod dowództwem niejakiego Franka Elgyna. Teoretycznie już mają wracać na swój statek, gdy na stacji zaczyna się jatka. Włączony alarm automatycznie zaczyna sprowadzać stację na Ziemie, a co za tym idzie może być wesoło. Wszystko zaczęło się od tego, że obcy nie są tak głupi, jak wydawało się naukowcom i wojskowym, i także potrafią poświęcić jednostkę w imię ogólnego dobra.

Do tego momentu całość jeszcze się jakoś trzyma kupy, ale później zaczyna być tylko gorzej. Tego filmu nie ratuje nic, nawet kilka dobrych scen. Przebijanie się przez opanowaną przez potwory stację nie jest jakoś bardzo emocjonujące, Ripley zachowuje się jak zła mama i jest rozdarta pomiędzy naturą ludzką i tą „obcą”, a Winona jest tak cholernie bezpłciowa, że nie wiem czy nie lepiej było w jej roli obsadzić klocek drewna. Wszystko w tym dziele jest schematyczne, nie zaskakuje, a ostatnie sceny to już mega kpina.

Nawet dla wielkiego fana serii „Alien: Resurrection” będzie ciężkostrawnym kotletem, którego wcale nie trzeba było robić, ale najważniejsze jest to, że nie musimy go jeść. Moim zdaniem można sobie odpuścić.