ONA:
Kiedy w listopadzie 2011 roku do kin wchodził film „Listy do M.” w reżyserii Mitji Okorna, wszyscy się tym obsrawali. Że och i że ach. Że świetny, że niesamowity, że wzrusza, że bawi, blablabla. Wszędzie były plakaty, trailery puszczano nawet przed wiadomościami, a nieuchronnie zbliżające się święta, które również były w filmie i odgrywały w nim dosyć znaczącą rolę, jeszcze bardziej wszystko potęgowały. Ostentacyjnie powiedziałam „Nie!”, bo ciągle w głowie miałam jeszcze „Wyjazd integracyjny”, a moje postanowienie, żeby już więcej nie iść do kina na polski film, było stosunkowo świeże. Nie minęło jakoś wybitnie dużo czasu i „Listy do M.” pojawiły się jako dodatek do babskich szmatławców. I przyznam się, miałam tą gazetę w ręku… Nie, jednak nie. Jeszcze nie. A to, że w końcu usiedliśmy do tego dzieła, to tylko i wyłącznie wina/zasługa Dawida.
Historia, tak jak wspomniałam, kręci się wokół świąt Bożego Narodzenia. No wigilii – konkretnie. Mamy kilka osób, które żyją własnym życiem. Jedni w sposób skrajnie tradycyjny, inni nowocześnie. Są rodziny z dziećmi, są single. Mamy miks pozycji społecznych, wiekowych, płciowych i co tylko. Jest mały, cwany łobuz, który ma problemy w domu, ale nie okazuje tego nikomu. Mamy Melchiora (Tomasz Karolak), który jest totalnym zaprzeczeniem ducha świąt. Mamy parę (Agnieszka Wagner i Wojciech Malajkat), która ma wszystko, poza dzieckiem i dziewczynę (Katarzyna Zielińska), która „wpadła” i właśnie szykuje się do porodu i do roli samotnej matki. Mamy bezdusznego szefa-tyrana (Paweł Małaszyński), który skrywa tajemnicę, mamy Mikołajkę (Roma Gąsiorowska), która uświadamia sobie, że jest samotna. No i wreszcie jest radiowiec (Maciej Stuhr), który wychowuje syna i rodzina (Agnieszka Dygant, Piotr Adamczyk i Anna Matysiak), która się sypie… Wszyscy bohaterowie są ze sobą bardziej lub mniej powiązani, ale „mijają” się w trakcie trwania filmu wielokrotnie. Scenariusz jest stworzony dosyć zgrabnie, bo łatwo zauważyć, że to co dla jednych jest „problemem”, dla drugich stanowi „marzenie”. Fajny zabieg, muszę przyznać. Kulminacyjnym, zwrotnym momentem w tym filmie jest wigilia. U każdego z bohaterów „coś” się w tym dniu stanie. Jak łatwo się domyśleć, na końcu czeka na nas słodziuchny happy end. Finał jest subtelny, cichy, okraszony prostymi dźwiękami. Jest nieco bajkowy, trochę naiwny, ale może wzruszyć…
W filmie upchnięto WSZYSTKICH popularnych aktorów. Brakowało jedynie Szyca. Zaczynając od Julii Wróblewskiej, która (ponoć) budzi instynkty macierzyńskie u większości kobiet od momentu, gdy zagrała w „Tylko mnie kochaj” (dla własnego bezpieczeństwa nie obejrzałam tego filmu), przez tych wszystkich papieży, Karolaków, niań, na Beacie Tyszkiewicz skończywszy. Ale – to też przyznaję, to najwyższa półka jeśli chodzi o polskie aktorstwo. No, może poza Romą, ale o niej za chwilę. O ile dobrze liczę, a zawsze miałam z tym problem, mamy 3 pokolenia aktorów. Nieźle. Świetnie było zobaczyć Wojciecha Malajkata na dużym ekranie. Uwielbiam jego dykcję, uwielbiam w jaki sposób on wchodzi w rolę. I te jego oczy, przypominające spaniela, który właśnie coś przeskrobał… Maciej Stuhr to dla mnie gwarancja dobrego humoru w filmie. W każdym, niezależnie od kontekstu. I on się nie starzeje, zupełnie. I o dziwo – fajną rolę ma tu Tomasz Karolak. Taki zrzędzący gnom, bez zahamowań, najpierw mówi/robi, potem myśli, o ile w ogóle myśli – ot, trzecia Maruda! I obok nich Roma. No dobra, już się nie powstrzymam… Roma Gąsiorowska to dla mnie największa tragedia, która kiedykolwiek zagościła na dużym ekranie. Nie mogę na nią patrzeć. Nie mogę jej słuchać. Jak można tak seplenić i grać?! Mam w jednej scenie Malajkata, który idealnie artykułuje każdą głoskę, a potem pani R., której kwestie mieszają się w bulgot z dużą ilością „ssssss”. No ludzie, litości! Od pierwszych scen, kiedy to obrażona na cały świat dzwoni do radia, by „pożalić” się na to, że święta spędzi sama, a tak de facto afirmuje to, że robi co chce – Teutatesie, to było gorsze niż Kasia Figura w stroju sado-maso! Roma to totalny przerost formy nad treścią. To seplenienie połączone z niekontrolowaniem gestów a’la Janda działa mi na psychę. Ale tak to już jest z polskim przemysłem filmowym. Od czasu do czasu wypływa jakaś nowa morda, którą wałkują na prawo i lewo, która gra we wszystkim i mniej więcej po zylionowej produkcji filmowej czy tam telewizyjnej zostaje wyrzygana na bruk, ustępując miejsca nowej, świeżej. I jak już tak się czepiam, a jak zacznę i wpadnę w słowotok, to przestać nie umiem, dopiero przytulenie Dawida potrafi mnie uspokoić, to jest jeszcze jedna „grupa” aktorów, która mi w „Listy do M.” ryła banię. Dzieci. Dzieci, które są słodkie, bystre, kute na cztery nogi, są odważne, mądre, które posługują się słowami, których nie powinny jeszcze znać, a przy tym „dobrze” się bawią – nosz qrrrw!!! Święta, miłość wylewająca się z każdej kliszy i jeszcze dzieci – ten film może zabić. Na szczęście moje zmysły odrywały się co jakiś czas od warstwy aktorskiej, skupiając się na scenografii, na kostiumach i na muzyce (bardzo „moja”). Tylko to mnie uratowało. Szczególnie scenografia. Domy i mieszkania są przepiękne. Każdy gadżet ma swoje miejsce i niezależnie, czy są to miejsca „rodzinne”, „nowoczesne”, czy „urbanistyczne” – kadry cieszą oczy. Styliści, zarówno ci od ciuchów, jak i od wnętrz odwalili kawał kapitalnej roboty. Do tego dodajmy niezłe fury, fajne prace, a film skierowany jest do przeciętnego Polaczka. Potem się dziwić, że ludzie albo wpadają w szał „posiadania” i „dorabiania” się, albo dyndają smutnie na strychu, bo nie potrafią zaspokoić (własnej) ambicji… W ogóle mam wrażenie, że to film, którego targetem są a) dziewczyny do max. 24 roku życia (ojejo, jestem już za stara!), b) panie po 45 roku życia (ojejo, mam jeszcze trochę czasu).
Podsumowując: „Listy do M.” to film całkiem niezły. Jest bardzo ładnie nakręcony i dopracowany w każdym szczególe. Jest też dobrze zagrany. Jeśli chodzi o fabułę, to miałam nieodparte wrażenie, że już to gdzieś widziałam. I nagle do mnie dotarło. „Love actually”. Czyli marudowska teoria o tym, że mamy kino wyłącznie „odtwórcze” póki co się sprawdza. Zawsze to „polska” wersja, „polska” odpowiedź” na – polska odtwórczość odtwórcza.
ON:
W ramach tygodnia z filmami polskimi oglądamy co tylko się tylko da z naszej rodzimej stajni. Tym razem padło na „Listy do M”. Karolina Korwin Piotrowska w „Maglu towarzyskim” wychwalała tą produkcję pod niebiosa. Dochodziło do tego, że używała zwrotów „To coś najlepszego, co mogło spotkać polską kinematografię.”, „Najlepszy polski film ostatniego dziesięciolecia” i tym podobne. Pomyślałem sobie “dobra, może jest szansa, że napisze coś dobrego o krajowych filmach”. I oczywiście zrobię to, bo obraz ten ma wiele zalet, o których warto wspomnieć. Ale czy jest „czymś najlepszym”? Myślę, że nie warto przesadzać.
Zacznijmy od tego, że „Listy do M”, są polskojęzyczną wersją „Love Actually”, znanego także jako „To właśnie miłość”. Właściwie jest swego rodzaju kalką, nawet plakaty obu filmów są do siebie podobne. Dodajmy, że oba dzieła opowiadają o szukaniu szczęścia i miłości w najbardziej świątecznym dniu roku, czyli w wigilię. Dobra ok, już wytknąłem, że mamy swego rodzaju kopię, teraz będzie o plusach.
Jest to pierwszy „nasz” film, który zrealizowany, wyreżyserowany i złożony jest na zachodnim poziomie. Zdjęcia są śliczne, muzyka nareszcie licencjonowana, pasująca do klimatu i scen. Za reżyserię odpowiada pan, mający na swoim koncie serial „39 i pół” i o dziwo pokazuje, że przeskoczenie na kinowy poziom to dla niego nie problem. Wszystkie te elementy naprawdę powodują, że pod względem estetycznym nie ma się czego wstydzić.
Ale później musimy przetrawić scenariusz oraz skategoryzować do jakiego gatunku zaliczymy „Listy do M”. No na pewno nie jest to komedia romantyczna, bo komediowych elementów w niej jak na lekarstwo. Śmieszny jest Karolak, którego świąteczny nastrój jest wprost grobowy. Muszę przyznać, że potrafił mnie rozwalić wszystkimi „gównami, dupami i gówniarzami”, jakie padają z jego ust w kierunku innych osób. No a jak wywalimy z filmu rolę Karolaka, to dostajemy średnią romantyczną obyczajówkę. Czyli właściwie nic nowego. Historia jest sztampowa. Mamy samotnego ojca, pracującego w radiu na „Zet” (Stuhr), szukającego nowej mamy dla swojego kilkuletniego syna. Piorun trafia go gdy „jebnie śnieżką” w Romę Gąsiorowską. Potem zrządzeniem losu spotykają się kilka razy. Jest wspomniany wcześniej Karolak, który na boku posuwa żonę Szczepana – Karinę. Szczepan wie o tym i po nieudanej próbie samobójczej, stara się złożyć życie rodziny do kupy. Jest jeszcze Wojciech (świetny jak zawsze Malajkat) i jego żona Małgorzata, w życie których zakrada się mała uciekinierka z domu dziecka. Pojawia się Wladi, którego rodzice cały czas cisną aby wziął i przyprowadził na kolację swoją partnerkę. Przewija się jeszcze siostra Małgorzaty, która zaraz będzie rodzić, a tatusiek nie czuje się w obowiązku być przy niej w tych „bolesnych” chwilach.
Wszystko powyżej jest ogólnym zarysem tego, co będziemy mogli zobaczyć w „Listach…”. Niektóre wątki są lepsze inne gorsze, ale całość jest całkiem znośna. Szkoda tylko, że ideę zerżnięto z innego dzieła. Tak jak wspominałem, jest to jednak ta wyższa półka polskiej sztuki filmowej, mimo że komercyjna, to jednak sympatyczna. A i jeszcze jedno, męska część publiki raczej będzie się nudzić podczas seansu.
I jako ciekawostka porównanie obu plakatów:

