ON:

Miałem 10 lat, gdy w spoconej łapce ściskałem bilet na seans „Gliniarza w przedszkolu”. Te czasy już nie wrócą, a trochę ich szkoda. Wtedy filmy „smakowały” inaczej. Spowodowane to było klimatem starych sal kinowych, trzeszczących foteli, ciężkiej kotary zasłaniającej ekran i wielu innych rzeczy, które zostały zabite przez komercje. Szkoda trochę tego wszystkiego, ale z drugiej strony mamy piękny, krystalicznie czysty dźwięk i obraz, kanapy w salach i popcorn z colą z 300% marżą. Czasy się zmieniły…

Arniego znałem z VHS-ów, na których rozwalał całe armie w pojedynkę, starał się znaleźć swoją tożsamość na Marsie i odzyskać wolność po niesłusznym oskarżeniu. Niestety, gdy miałem 10 lat panie bileterki przestrzegały granic wiekowych w sposób bardzo restrykcyjny. Zapomnijcie o „Cobrze”, „Rambo” czy innych „Conanach”, to oglądało się na pirackich kasetach, po sto razy przegrywanych. Nie przejmowałeś się jakością obrazu i dźwięku, cieszyłeś się, że możesz zobaczyć światowe obrazy w swoim domu. Gdy jednak pojawiła się komedia z twardzielem z kaset video, to wybłagałem mamę o kasę na bilet i dzielnie pomknąłem do „Kina Apollo”. Ponieważ mieściło się ono jakieś 300 metrów od naszego domu, a ja do małego musiałem uczyć się samodzielności, to nie były dla mnie nowością samotne seanse. Wczoraj, dzięki Paulinie, wróciłem do tych czasów. Tyle, że film obejrzałem w towarzystwie moich dwóch ukochanych dziewczynek: Pauliny i Bowie. Bowie akurat miała głęboko pod ogonem co dzieje się na ekranie, ponieważ zabawiała się kamieniem, który przywlokła sobie z podwórka. Ja zaś przypominałem sobie poszczególne sceny, z tego sympatycznego dzieła. Nie jest to jakieś wybitne kino. Jego ojcem jest Ivan Reitman, mający na swoim koncie między innymi moje ulubione obie części „Ghostbusters”. Pomimo tego, iż scenariusz jest prosty i przewidywalny, to bawimy się dobrze, śledząc przygody Johna Kimble’a – wielkiego policjanta mającego na swojej głowie cała grupę przedszkolaków. Dlaczego glina uczy w przedszkolu? Ponieważ jest to przykrywka mająca pomóc w ujęciu groźnego przestępcy, mordercy i handlarza narkotyków – Cullena Crispa. Kimble na początku bezradny i zagubiony, z dnia na dzień jest coraz to lepszym opiekunem, a jednocześnie zbliża się do rozwiązania zagadki: który dzieciak jest synem Cullena. Mocna stroną tego obrazu są maluchy, podopieczni policjanta. Potrafią rozwalić swoimi tekstami: „Mój tata jest ginekologiem i cały dzień ogląda waginy”, „Nie jestem zastępcą szeryfa, jestem księżniczką”, to tylko przykłady wyrwane z kontekstu, a wyobraźcie sobie, że jest tego więcej. Oczywiście, na końcu pojawi się zły pan i będzie chciał zgarnąć swojego syna, ale nasz bohater uratuje całą sytuację, bo przecież taki jest zamysł twórców. To kino ma bawić i odstresować i udaje mu się to w 100%.

Dla mnie „Gliniarz w przedszkolu” to absolutny klasyk, do którego warto wrócić, ponieważ nawet po tylu latach film się za bardzo nie zestarzał.

ONA:

Dawid nie raz rozpisywał się o swoich filmach dzieciństwa i młodości. Kiedy on oglądał klasyków kina z lat 80-tych i 90-tych, ja byłam na etapie „Gumisiów”, by potem zaliczyć skok rozwojowy, wprost w ramiona Quentina Tarantino. Ale mam kilka takich produkcji, które bez wątpienia kojarzą mi się z jakże beztroskim i spokojnym okresem dziecięcym. Jednym z tych filmów jest „Gliniarz w przedszkolu” Ivana Reitmana, który jako reżyser nie ma zbyt szerokiego résumé, ale jako producent dał nam m.in. „Eurotrip”.

Jeśli chodzi o filmy, w których główną rolę gra Arnold Schwarzenegger, to to średnio moja półka gustowa. Dobra, przyznam się szczerze – ja nie znam za bardzo twórczości tego człowieka. Nie widziałam ani „Predatora” (no, ok widziałam, ale po pijaku się nie liczy), ani „Terminatora”, ani „Conana”. Przy „Pamięci absolutnej” prawie umarłam z zanudzenia. Jedyne filmy, które mi się o tyle, o ile podobały, to wspomniany już „Gliniarz w przedszkolu”, „Junior” i obie części „Niezniszczalnych”. No i „Batman i Robin”, ale ja jestem zboczeńcem, jeśli chodzi o dzieła z Człowiekiem-Nietoperzem i generalnie, podobały mi się wszystkie. Tak, nawet ta z Clooney’em. Wpadliśmy zatem na szaleńczy pomysł. A jakby tak cały tydzień spędzić z Arnoldem, zatracając się w tych kiczowatych klasykach? Dawid aż podskoczył z radości – bo on takie kino uwielbia. Ja póki co odwlekam ten pomysł na inny czas. Ale kurde, obawiam się, że nawet moi dziadkowie widzieli „Predatora”!

Tymczasem, mamy 1990 rok. Arnold po sukcesie „Pamięci absolutnej” zagrał w czymś zupełnie innym niż dotychczas. Bo który aktor typu mięśniak wchodzi na potrzeby filmu w rolę przedszkolanki? Ano taki aktor, który gra policjanta, który na skutek różnych działań służbowych, przybiera taką przykrywkę. John Kimble od dłuższego czasu tropi Cullena Crispa, który zajmuje się szemranymi interesami. Teraz ma go już na muszce, teraz już mu się nie wymknie. Jest świadek, jest rozprawa, a Crisp ląduje w areszcie, ale nie ma zamiaru siedzieć tam nie wiadomo jak długo. Tymczasem John za wszelką cenę chce znaleźć byłą żonę przestępcy, która wraz z małym synem gdzieś się ukrywa, pod zupełnie nowym nazwiskiem i nadzieją na nowe życie. Udaje się mu to, znajduje kobietę w małej mieścinie, ale żeby jej nie spłoszyć, musi wejść w jakąś rolę. Pomaga mu w tym jego partnerka służbowa, doświadczona w boju, czyli w szkole –  Phoebe O’Hara. Ona ma grać nauczycielkę, on jej męża. Niestety, wszystko psuje się zdecydowanie za szybko. Phoebe dopada wirus i nie jest w stanie brać udziału w tej maskaradzie. Żeby plan totalnie nie zdechł, w rolę przedszkolanki wchodzi John. Początkowo idzie mu tragicznie. Dzieciaki wchodzą mu na głowę, a dyrektorka tylko czeka na jego potknięcie lub rozpaczliwą ucieczkę, byle z dala od maluchów. Ale Kimble radził sobie z oprychami, włamywaczami, mordercami, przestępcami, dilerami, więc koniec końców i swoją sepleniącą gromadkę okiełzna. Z miejsca skupia na sobie uwagę wszystkich samotnych mamusiek i pewnej blondwłosej nauczycielki. Jednak on nie ma w głowie tych wszystkich kobiet, on chce znaleźć zaginioną rodzinę przestępcy, póki koleś siedzi i nic im nie grozi. Kiedy już wszystko zaczyna mieć ręce i nogi, kiedy metodą dedukcji i wścibskości dochodzi, która to pani Crisp, w tajemniczych okolicznościach umiera jedyny świadek i mężulek wychodzi na wolność. Jego pierwszym celem jest właśnie ta mieścina… Czy policjant uratuje kobietę i jej syna? No ba! Ale nie od razu…

Ta komedia jest świetna. To klasyczny humor z czasów braku poprawności politycznej, gdzie dzieciaki bez krępacji są urocze w swojej naiwności i nikt nie wciska im w głowy prawd o żabach. Mały chłopczyk opowiada każdemu o tym, że jego tatuś jest ginekologiem i cały dzień ogląda wedżajny, a wkurzony policjant, gdy wszystkie metody wychowawcze nawalają, zaczyna wrzeszczeć „Zamknijcie sięęęę!”. Mnie to bawi, ja przy tym rżę. Arnie jest mega, a gdy pod koniec wszystkie wrzodki tulą się do jego góry mięcha, to prawie buczę.

Całość podana jest w niezwykle przyjemny sposób. Uwielbiam i polecam bardzo. Ale nie liczcie na to, że to kino wysokich lotów.