ONA:

1981 to był dziwny rok. W styczniu Piechniczek zaczął trenować naszych piłkarzy, Jaruzelski został premierem, a Grzegorz Ciechowski założył Republikę. W lipcu w kinach pojawił się „Człowiek z żelaza”, a potem Urban został rzecznikiem rządu. Dominującym słowem był wyraz „strajk”. A z kolei w grudniu wszystko zawiesiło się w ogromnej niepewności.

W 1981 roku Dave miał rok, a ja leżałam gdzieś na dnie macicy mojej mamy, jeszcze przed przepoczwarzeniem się w istotę ludzką. To miało miejsce dopiero 5 lat później… Moi rodzice wtedy byli nastolatkami. Mama razem ze swoją kumpelą skakały radośnie po łóżku, gdy okazało się, że wprowadzono stan wojenny, bo nie musiały iść do szkoły. A potem dziadek wmówił jej, że jest wojna, że ona jest młoda i będzie musiała iść odcinać ręce żołnierzom w okopach. To już nie było takie śmieszne…

„Wszystko, co kocham” dzieje się właśnie w 1981 roku. Mamy grupę młodych ludzi, którzy dopiero wchodzili w dorosłość. Czterech osiemnastolatków postanawia wykrzyczeć wszystko, co leży im na wątrobach. Zakładają zespół punk rockowy. Polskie protest songi z tamtych czasów nie do końca mi leżą, ale rozumiem istotę powstawania takich zespołów.  Cel jest jeden: zagranie na nosie władzy. A skutek? Do wyboru: można dostać pałą przez łeb, można też wyciszać i podporządkowywać się ile się da. Można mieć jaja, siniaki i problemy, można też przełazikować trudny czas. Fabuła filmu Jacka Borcucha krąży właśnie wokół tych tematów. Do tego mamy subtelnie wplecione problemy nastolatków. Są pierwsze miłostki i fascynacie, pierwsze erotyczne chwile, przekraczanie seksualności. Zauważamy też siłę przyjaźni. I zgrzyty. Przecież mamy 18 lat, jesteśmy dorośli! Co z tego, że nadal chodzimy do szkoły, że mieszkamy z rodzicami i to oni nas utrzymują. Co z tego, że nasze obowiązki ograniczają się do ogarniania własnego grajdziołka, który najpewniej jest dzielony z młodszym rodzeństwem. Jesteśmy dorośli. Jesteśmy dorośli w świecie, w którym ciągle nad nami mają łapę rodzice i system. Szczególnie system. Można stwierdzić, że dojrzewanie w latach 80tych to potargane włosy, punk rock, walenie wina z kumplami na klatkach i delikatne macanko z dziewczynami. Mam wrażenie, że współcześni nastolatkowie są na tym etapie w gimnazjum, a nie na progu dorosłości. Ale nieważne.

Za to ważnym elementem tego filmu jest muzyka. Garażowa, prawdziwa do szpiku kości, dzika, krzycząca, głośna. Muzyka była formą przeciwstawiania się reżimowi. Muzyka dawała wątpliwą wolność. Dawała cień normalności, chociaż na chwilę. W filmie rewelacyjnie podbija wydarzenia, które widzimy na ekranie. A widzimy wiele. I wiele można wyciągnąć mimochodem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to różnice w ideologii. Jedni – w mundurach. Drudzy – na internowaniu. Ale czasami jest tak, że mundur tworzy jedynie coś na kształt mrożkowego półpancerza – byle tylko nie wrósł w tkanki. Czasami ten mundur to jedynie „zawód”. Ludzie w różny sposób podchodzili do wydarzeń politycznych. Wielokrotnie miałam wrażenie, że w tym filmie to młodzi pokazywali dorosłym odwagę cywilną. Bo złość i brawurowość daje zabójczą kombinację. Bo dorośli byli świadomi tego, co mogą stracić, a dzieciaki – nie. Dwa podniesione w górę palce, układające się w kształt litery V to symbol tego. Tego, że to pojebane czasy były.

Oddanie klimatu tamtych czasów było banalne. Ciągle jeszcze stoją instytucje, wybudowane w sercu komunizmu: blokowiska, szkoły, mieszkania. My, współcześni wymieniliśmy jedynie meblościanki na rzeczy z ikei, bo nawet ciuchy wydają się być niezwykle „znajome” (a to za sprawą hipsterów i ich pociągów do maminych szaf z młodości). Podobały mi się kadry. Pastelowe, spokojne, z mnóstwem detali i szczegółów. Podobało mi się naturalne podejście do sprawy – bez cenzury. Jest seks, jest uwodzenie, w jednej scenie widać coś na kształt piersi. Bez zbędnego czajenia się. I dobrze. W innych realiach wyglądałoby to bardziej okazale, gdyby ludzie nie byli przestraszeni, a woda w Bałtyku nie była mętna. Przez film bije spokój, ale nie ma on nic wspólnego z nudą. Absolutnie nie – to dzieło o wkurwionych gówniarzach, których głowy wypełnione są ideami, nie ideologią. Ale konfrontacja z rzeczywistością, pierwsze porażki, pierwsze rozczarowania, inicjacje w różnych życiowych sprawach – zaczęły ich wtedy kształtować.

Niby ten film mi się podobał, niby nie. Przespałam się z nim. Teraz mam jeszcze większy mętlik. Zawsze, gdy oglądam coś, liczę na przeżywanie. Tu nie przeżywałam. Nic a nic. Do tego ten Gierszał, jego sztucznie platynowa czupryna i ubogi warsztat aktorski – do mnie to nie przemawia zupełnie.

Podejrzewam, że gdybym urodziła się te kilka(naście) lat wcześniej, wymowa tego filmu była by dla mnie inna.

ON:

Jestem po seansie pierwszego polskiego filmu, który mi się podobał. Nie uważam, że było to dzieło genialne czy też wybitne. Wręcz przeciwnie – to przeciętna produkcja, ale coś mnie w niej urzekło. Mam pewne przypuszczenia co to mogło być. Na początku lat 80-tych, kiedy to rozgrywa się akcja filmu, wyskoczyłem z brzucha matki i z uśmiechniętym ryjem zacząłem srać pod siebie i szukać cyca, który mnie wykarmi. Stanu wojennego nie pamiętam, gdyż moim pierwszym większym wspomnieniem to 84 –rok i śmierć dziadka. Jednak mogę cieszyć się tym, w jakich czasach przyszło mi dorastać. Możliwe, że to spowodowało, iż film Jacka Borcucha lekko minie urzekł.

„Wszystko, co kocham” zaczyna się garażową piosenką zaśpiewaną w starym wagonie kolejowym – tutaj Janek, Kazik, Staszek i Diabeł stawiają swoje pierwsze kroki w muzyce. To, co grają i śpiewają jest buntem przeciwko otaczającej rzeczywistości. To czysty, bezkompromisowy „punk”. Są to czasy dziwne, gdy wszystkiego w sklepach brak, kiedy Solidarność zaczyna dochodzić do głosu, a w telewizji pojawia się „Gawron”, choć może powinienem napisać „Wroniec”? Ojciec Janka jest oficerem marynarki, co za tym idzie ich życie nie jest może łatwe, ale na pewno łatwiejsze. Chłopak, jak każdy nastolatek, ma swoje wyskoki, lecz ogólnie nie sprawia wielkich problemów wychowawczych, podobnie jak i jego młodszy brat. Niestety, pewnie rzeczy są zmienne i nawet jeśli nie chcemy się mieszać w historię, to historia zrobi wszystko abyśmy stali się jej częścią.

Przyjdzie nam poznać pierwszą miłość Janka – Baśkę (tyle, że ta nie miała fajnego biustu). To dziewczyna, której ojciec macza palce w „Solidarności” i gdy tylko następuje Stan Wojenny, jest pierwszym z tych, którzy są zabierani przez milicję lub wojsko. Różnice ideowe powodują, że rodzicie dziewczyny zabraniają się jej spotykać z synem „wojskowego”. W tym czasie zespół chłopaków dostaje szanse i bierze udział w festiwalu jaki odbywa się w Koszalinie. To ich pierwszy krok, start na dużej scenie.

Chwile pustki po Basi wypełnia atrakcyjna sąsiadka, która chyba aby zagrać na nosie swojemu mężusiowi, uwodzi naszego bohatera. Niestety, spotkanie to poza „lodzikiem”, a może i nie tylko, przynosi więcej szkód niż przyjemności. Mąż Pani Sokołowskiej, bo tak nazywa się lubiąca chłopców kobieta, podejrzewając coś wpada w posiadanie taśmy demo zespołu Janka. Ego mundurowego zostało tak nadwyrężone, że nie odpuści i zrobi wszystko aby się zemścić. Zrobi coś, co będzie miało ogromy wpływ na życie bohaterów, a szczególnie rodziny Janka.

Świetnym zabiegiem jest to, że całą historię widzimy oczami nastolatków, którzy muszą sobie radzić z problemami osobistymi jak i społecznymi. Pierwsza miłość, pierwszy sex, papieros, ale i problemy w szkole, godzina policyjna. W telewizji na czarnobiałym ekranie widzimy Jaruzelskiego, który mówi o tym, że zgodnie z Konstytucją wprowadzają „dni terroru”. Bliskość granicy niemieckiej ma wpływ na życie mieszkańców, to tam „uciekają” przed reżimem i stamtąd mają produkty, które u nas są raczej mało dostępne. Przed bokiem stoi Wartburg, a w paczce fajek jest szansa na Marlboro. Oczywiście nie może zabraknąć wszędobylskich kartek na wódkę, papierosy czy mięso.

Podoba mi się także, że ten film nie ocenia tego co się działo, nie grzebie w przeszłości, jak potrafią to robić inni twórcy. Tutaj mamy do czynienia z historią rodziny na tle „burzliwych czasów”, dzięki temu nie widzimy kolejnych strajkujących robotników, strzelających do nich ZOMO-wców itd. Nie wolno traktować go jako nauki historii dla młodzieży, bo współczesne emosy, raczej go nie zrozumieją. Film ma jeden duży minus, a mianowicie nagłośnienie piosenek „WCK”,  ponieważ naprawdę ciężko jest czasem coś z nich zrozumieć. Poza tym, jest to jeden z ciekawszych polskich filmów – nie jest wybitny, ale ma coś w sobie.

Wszystko co kocham marudzenie