ONA:
Dzieje się. Dzieje się dużo, aż brakuje oddechu. Widmo spokoju jest już prawie na wyciągnięcie ręki, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze trochę. Jeszcze trochę stresu, ciutkę niepewności. I czasami po prostu potrzebuję wyłączyć głowę, chociaż na godzinę, dwie. Mój przepis na odmóżdżenie po całym dniu? Rower (stacjonarny, póki co) i do tego książka. Tak teraz czytam. Zainspirowała mnie do tego bohaterka filmu „Narzeczony mimo woli”, gdzie Margaret Tate (Sandra Bullock) mknie rano przed siebie, czytając jednocześnie. A wszystko w domowym zaciszu… Nie wiem co czytała panna Tate, ale ja miałam jeszcze ciepły tom przygód Stephanie Plum, który został wydany przez Fabrykę Słów. Wystarczyło mi kilka pierwszych stron, żeby przepaść…
Zacznę do tego, że nie miałam pojęcia kim jest Steph, o czym ta książka w ogóle jest, a autorka – Janet Evanovich, w mojej głowie nawet nie istniała. Ale grzebiąc w zapowiedziach ta zielono-czarno-żółta okładka skupiła na sobie moją uwagę i postanowiłam uzupełnić te braki. Potem się okazało, że moim pierwszym tomem jest de facto tom szósty, a wikipedia dołożyła do tego kolejnych kilka – słowem: historia Stephanie Plum rozłożona jest na dziewiętnaście książek. I jeszcze był film! Trochę mnie to sparaliżowało. A jak się okaże, że są jakieś wątki z poprzednich i nie będę mogła pewnych pyszności wyłapać? Albo jak historia się po prostu ciągnie przez te wszystkie ubiegłe tomy i nawet pod koniec szóstego nie będę wiedzieć o co chodzi? Nie, to nie była niechęć. To była trwoga, bo wkręciłam się już solidnie… Na całe szczęście Evanovich tak tworzy swoje powieści, że każdy tom jest odrębną historią, a razem tworzą świetną całość. Coś jak przygody Jamesa Bonda. Tylko tym razem mamy kobietę. Ba, mamy babę z jajami!
Stephanie Plum jest łowczynią nagród. Mieszka ze swoim chomikiem Rexem, w słoiku na ciastka trzyma giwerę, potrafi w środku nocy wyjść z domu, żeby kupić sobie batony i pożreć je za pomocą paszczy w ultra krótkim czasie, no i ma dziwne relacje z facetami. Pomijając chomika i spluwę – Bridget Jones z całej swojej kwintesencji. Jest trochę niegramotna, trochę niechlujna, niszczy samochody szybciej niż ktokolwiek inny, ale ma niespotykaną intuicję i odwagę. Jest wścibska i ciekawska, co w połączeniu z jej zawodem nie przynosi zbyt wielu korzyści – na pierwszy rzut oka. Pcha się tam, gdzie nie trzeba. Do tego otoczona jest wianuszkiem bardzo nietypowych ludzi, z czego ich znacząca część jest – delikatnie mówiąc – szemranej jakości. A zlecenia? Cóż. Popaprane. Albo koleś, który zabił swoją żonę, albo przedsiębiorca zajmujący się domową produkcją narkotyków, albo cała banda innych, których łączy jedna rzecz: popapranie. Można by pomyśleć: ale ma rodzinę! Tak! Ma! Rockandrollowa babcia, która przechodzi drugą młodość, która nagle zmieniła się w rozkapryszoną nastolatkę. Są też i rodzice, ale oni zajęci są swoimi sprawami (na przykład próbami okiełznania babci). Faceci? Są i faceci. Dwóch. Co jeden to ciekawszy. Na ringu stanęli: policjant i ścigany. Obaj wypełnieni testosteronem po brzegi (szczególnie brzegi gaci). Obaj nietypowi. Obaj tajemniczy i… niezdecydowani. No tak, jest jeszcze pies. Niegramotny Bob, który ma wiele umiejętności, np. zjadania wszystkiego i walenia dwójki w różnych momentach, chociaż raz udało mu się załatwić sprawę w dobrej chwili. Już sama historia tego, jak Bob pojawił się w życiu Steph, rozwala swoim tragikomizmem. Tym razem główna bohaterka bawi się w tropienie i próbę wyjaśnienia pewnego morderstwa. Koleś został usmażony na chrupko. Sprawą zajmuje się policja, w osobie jej faceta nr 1, za to jej facet nr 2 jest głównym podejrzanym.
Zakochałam się w tej książce bez dwóch zdań. Łykałam po kolei strony, z przerażeniem stwierdzając, że powieść czyta się za szybko. Nie mogę uwierzyć w to, że dopiero teraz odkryłam tę kobietę, ale wiem jedno – poprawię się i uzupełnię zaległości, włączając do tego film z Katherine Heigl w roli głównej. Stephanie jest prze-rewelacyjna. Zaśmiewałam się do łez, czytając o jej przygodach, a wierzcie mi – jej życie to jeden wielki pierdolnik i wariatkowo. Uwielbiam takie poczucie humoru, docinki i wrednostki, uwielbiam, gdy język, którym pisana jest powieść, jest autentyczny, nawet jeśli miały być w nim przekleństwa. Uwielbiam tak prowadzoną intrygę. Bohaterowie są rewelacyjni. Ich przekoloryzowanie, przerysowanie, ich wady i wątpliwe zalety, ich przygody i tarapaty – biorę w ciemno. Wiecie co? W tej książce nawet pies jest zajebiście nieporadny – ale co z tego? Wyłam ze śmiechu, nie potrafiąc złapać powietrza. Bo największą zaletą tej powieści jest to, że jest okrutnie śmieszna, a przy tym bardzo dynamiczna. W 100% trafia w moje spaczone poczucie humoru, z ogromną dawką ironii i sarkazmu, bez politycznej poprawności. Stephanie to wyrodna córka Brudnego Harry’ego z brązowymi, kręconymi włosami i niebieskimi oczami, która w kurtce trzyma gaz, w torebce giwerę, a jak to nie pomoże, to zawsze może zagadać kogoś na śmierć.
Chcę więcej!
Ps. „Narzeczony mimo woli” to całkiem niezła komedia.
