ONA:
Bardzo cenię w ludziach szczerość, szczególnie jeśli chodzi o wybory życiowe. Ale z drugiej strony, mając świadomość jak bardzo człowiek może oceniać i szufladkować, czasami nie warto informować świata, tego bliższego i dalszego, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej. Trzeba podchodzić fair do siebie samego, przy czym w dalszym ciągu żyjemy w czasach, kiedy opinia społeczna bywa druzgocąca. Wiem coś o tym. Od lat stosuję ten sam mechanizm. Nie jest ważne, czy dotyczy to wyborów życiowych, wierzenia, bądź też nie wierzenia, chęci posiadania dzieci czy zmianę pracy. To moje życie, moje wybory, a górnolotne hasła pt. „A kto Ci poda szklankę wody na starość?!” zupełnie nie mnie obchodzą. Ucinam pewne tematy już w zalążku, bo dyskusje na te tematy kończą się na ogół wielką kłótnią. Jedni lubią pepsi, inni colę.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bowiem wpadła mi w ręce książka, która napisana jest w rozbrajająco szczery sposób. Sasza Różycka, młoda, piękna dziewczyna, z genialnym poczuciem humoru, opisała swoją profesję, od A do Z. Wyjaśniła wszystkie możliwe wątpliwości, wyjęła brudy, pokazała, że to zawód jak każdy inny. A czym się zajmuje?
Jest striptizerką. „Przypadkową” – do tego. Jej opowieść po świecie tańca erotycznego, zaczyna się bardzo przeciętnie: potrzebowała kasy. Z ciekawości odpowiedziała na ogłoszenie i tak weszła w świat, który traktowany jest jako obsceniczny, napiętnowany. W „Wenus bez futra” Różycka rozprawia się z większością stereotypów na ten temat. Striptiz przestaje być jedynie „formą” kurestwa, ba – sama autorka wyraźnie podkreśla, że z prostytucją ma to niewiele wspólnego. Staje się zawodem. Artystycznym, przynoszącym korzyści majątkowe i nie tylko. Zawodem, przy pomocy którego można opłacić rachunki, zapełnić lodówkę, podróżować.
Autorka stworzyła striptizerską encyklopedię, w której omawia naprawdę każdy element i do tego robi to w sposób wyczerpujący i często bardzo humorystyczny. Nie gloryfikuje swojej pracy, ale też nie robi z siebie cierpiętnicy, która musi tak zarabiać. Pisze o butach, o szampanie, o facetach, którzy grają tu naprawdę pierwsze skrzypce. Pisze o tym jak wygląda „tuning” tancerki, co trzeba sobie doczepić i gdzie. Pisze o piersiach, o kolorach włosów, o depilacji. Pisze o swoich koleżankach z pracy, o tym jak zdobywa się kasę, o szampanie, który leje się strumieniami oraz o tym, że jak w każdym zawodzie – trzeba mieć głowę na karku. Jednocześnie nie bawi się w jakieś pseudofeministycznie pieprzenie o tym, że każda osoba ma prawo decydowania o własnym ciele. Nie. Nie umoralnia, a otwiera oczy. Nie wstydzi się powiedzieć, że jest striptizerką, a oglądając ją na kanapach w telewizjach śniadaniowych miałam wrażenie, że zamiast słowa „striptizerka” mogła użyć „aktorka”, „lekarka”, „prawniczka”. Tylko Ci, którzy zadawali jej pytania, zachowywali dziwny dystans. Seks się sprzedaje. Ba! Seks sprzedaje się od zawsze! My od razu widzimy prostytutkę, a branża erotyczna to nie tylko płatna miłość! „Żyję więc w społeczeństwie, które świadomie korzysta z usług, jakie świadczę, jednocześnie odrzucając i minimalizując moją wartość jako pracownika i co gorsza, jednostki ludzkiej” – pisze autorka.
Saszy Różyckiej gratuluję ponadprzeciętnej szczerości i odwagi, by wprost mówić o swoim zawodzie. Jej książka jest pozycją wartą uwagi, bo w pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że i my oceniamy po pozorach. Sasza nie chce byśmy ją klepali po pleckach i mówili, że jest biedną dziewczynką, którą trzeba wygrzebać na siłę z amoralnych klubów. Sasza to kobieta, która bardzo lubi swoją pracę i która nie wstydzi się swojej pracy. Daje jej ona spełnienie i umożliwia realizowanie swoich pasji, jakimi są na przykład podróże. Życzyłabym sobie, żebym na każdym kroku trafiała na osoby, których praca nie doprowadza do frustracji. A Saszy życzę wszystkiego najlepszego.
