ONA:

Jeśli byłabym kapitanem Wagnerem, bohaterem „C.K. Dezerterów”, a przede mną stanąłby film „Głośniej od bomb”, wyreżyserowany przez Przemysława Wojcieszka, to dowódca powiedziałby: „Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które w dostatecznie obelżywy sposób byłyby w stanie opisać tę produkcję…” Panie i panowie, przed Wami NAJGORSZY film polski, z jakim przyszło nam się zetknąć w ciągu ostatnich miesięcy!

Oczywiście, jest też gdzieś po drodze „Kac Wawa”, ale to taka żenua, że szkoda na nią w ogóle marnować bajtów. Ale wróćmy lepiej do bomb… Jesteśmy w jakimś małym, zaściankowym miasteczku, gdzie nie dzieje się nic. Nie ma przyszłości, nie ma szans na dobry start, ot – mieścina jakich w Polsce wiele. Głównym bohaterem jest Marcin, któremu w tym piekiełku przyszło mieszkać. Poznajemy go w dosyć ciężkim momencie, bowiem umiera mu ojciec. Chłopak wiele poświęcił dla rodzica (matka nie żyje już jakiś czas), rzucił studia by opiekować się tatą, którego dopadła choroba. W tej ciężkiej sytuacji wspiera go Kaśka, jego dziewczyna, z którą wiąże ogromne nadzieje. I właściwie tylko ona jest jego bliską osobą, bowiem nie ma on rodziny i przyjaciół, ot – znajomi przemykający przez jego życie. Młodzi kochają się na zabój, wspierają, snują plany, ale Kasia nie jest w stu procentach szczera z ukochanym. Podczas gdy on analizuje, kombinuje, marzy, ona ukrywa pewną tajemnicę. Dostała propozycję od bogatego wuja, który mieszka w Stanach, że on chce ją tam ściągnąć, pomóc, zagwarantować dobre wykształcenie, a co za tym idzie – lepszy start w dorosłość. I kiedy w końcu decyduje się powiedzieć o tym Marcinowi, ten jest załamany. Przeraża go odległość, przeraża go brak kontaktu, ale najbardziej to, że w jego opinii ona nigdy już nie wróci. Cała fabuła krąży wokół przygotowań do pogrzebu i bolesnego wejścia w dorosłość oraz tego, czy miłość młodych przetrwa rozłąkę.

Generalnie, gdyby nie wiele słabych i żałosnych punktów, ta historia mogłaby być całkiem sensowną produkcją, która dotrze do ludzi w okolicach 19-20 roku życia, kiedy to trzeba podjąć jakieś decyzje i niekoniecznie są one tożsame z oczekiwaniami różnych osób. Ale niestety, ten film to pasztet, paszczur okropny, który nie ma zalet, który męczy, drażni, irytuje. Jest słabo nakręcony, scenariusz nudzi, bohaterowie są groteskowo-beznadziejni i po raz kolejny mamy smutny obraz nieszczęśliwych osób, które udają coś, bo tak wypada, bo nie można przyznać się do porażki, bo wstyd. Nie dajcie się zwieść tekstowi, że to komedia w czeskim stylu. Nasi sąsiedzi z południa powinni obrazić się na nas za to porównanie, nakładając sankcje na dystrybucje lentilek, piwa i smażonego sera. Sylwia Arnesen i Rafał Maćkowiak, którzy wcielili się w główne role, stali się synonimami przerysowania. Wyobraźcie sobie Krystynę Jandę, która jest jednocześnie spalona i nawalona – tak to wyglądało. Ekspresja tak dramatyczna, że nie wiemy na czym się skupiać, czy na machaniu rękami, czy na nadmiernej mimice… W jednej z ról pojawiła się Magda Schejbal, która dla mnie jest dowodem na to, że KAŻDY może zostać aktorem i nie trzeba mieć do tego ani wyglądu, ani talentu, ani dykcji czy sugestywnej ekspresyjności. Nie wiem jakim cudem znalazła się ona w jakimkolwiek filmie. Jeśli pominiemy warstwę wykonawczo-aktorską, to zostają nam słabe kadry, słaba scenografia, muzyka, przez którą prostuje się istota szara.

Ten film to wrzód na dupie, a nie ambitne kino.

Okazało się, że obserwowanie licznika na moim rowerku stacjonarnym daje więcej radości i satysfakcji, niż ta produkcja. Ale są też jakieś plusy, bo we mnie narastająca irytacja pobudza ADHD i w ciągu godziny zrobiłam 40 kilometrów.

ON:

Okazuje się, że nominacja do „Złotego Lwa” oraz ocena rzędu 7,0 na jednym z filmowych portali nie oznacza, że będziemy mieć do czynienia z produkcją wyśmienitą, czy wspaniałą. Jest wręcz przeciwnie. „Kac Wawa”, czy „Czaka na nas świat” od razu przygotowywały nas na filmową kloakę, tutaj działo się inaczej. Przedstawiam chyba najgorszy polski obraz, jaki do tej pory było dane mi oglądać – „Głośniej od bomb”. Oczywiście nie mówię o całym swoim życiu, ale o ostatnim roku od kiedy to prowadzimy marudzenie.

Gdzieś na południu Polski leży sobie małe miasteczko, dziura niemiłosierna, zabita dechami, gdzie nie ma perspektyw, gdzie jedynym zajęciem jest pobieranie zapomogi i picie browara. W tej mieścinie żyje sobie para: Marcin i Kaśka. Chłopak rzucił wszystko, aby zaopiekować się chorym ojcem, ale niestety starszy mężczyzna przegrał nierówną walkę chorobą i zmarł. Marcina poznajemy właśnie w tej ciężkiej dla niego chwili. Gdyby nie pomoc jego ukochanej pewnie z wieloma rzeczami sobie by nie poradził. Widać, że młodzi się kochają, spędzają ze sobą praktycznie każdą chwilę. Wspólnie dzielą radości i smutki. Problemem jest to, że dziewczyna ma w planach wyjechać do USA, tam mieszka jej bogaty wujek, który proponuje jej nowy start. Rodzice bardzo jej kibicują i chcą by przyjęła tę propozycję. Na razie o tej „ucieczce” wiedzą wszyscy poza najbardziej zainteresowanym, czyli Marcinem. Właściwie to jest zarys historii, która miała by jakiś sens, tyle że po pierwszych 10 może 15 minutach następuje pasmo scen i dialogów tak głupich, że nie wiem kto je napisał, a później umieścił w filmie. Przepraszam, wiem – to był reżyser, Przemysław Wojcieszek. Gdy przeglądam jego filmografię widzę co chwilę jakieś nominacje i jednego „Złotego Lwa”. Facet studiował filologię polską i dziennikarstwo, i tak go ciągnęło do filmu, że zaczął pisać i reżyserować. W nominowanym do „Lwa” „Głośniej od bomb” pokaże nam on swój kunszt. Natkniemy się tu na takie perełki jak „Nie odchodź, kupię Ci płytę Prodigy lub Vangaboys”, „Nie przyjdę na pogrzeb, bo nie lubię takich imprez”, mamy grzebanie w kiblu pełnym rzygów, jakąś pijacką stypę, na której zagra zespół „Komety”, mamy po prostu pier… o niczym. Przepraszam, że się unoszę, ale ten film nie wnosi nic do kinematografii. Szkoda było czasu i pieniędzy na jego produkcję.

Obraz jest naprawdę męczący, jego finał jest głupi, a scena kłótni z rodzicami to jakieś nieporozumienie. Nie przemawiają do mnie argumenty Marcina, który jąkając się mówi, że „Zycie moje i Kaśki będzie głośniejsze od bomb”. Rozumiem, że reżyser bardzo lubi „The Smiths”, ale wpychanie na siłę tytułu płyty tego kultowego zespołu do jego gównianego filmu powinno być karalne. Mam nawet pomysł jaka kara będzie adekwatna – dożywotni zakaz pisania scenariuszy i reżyserowania. Wojcieszek ma podobno własną firmę, może jej prowadzenie idzie mu lepiej niż praca w branży filmowej. Panu już podziękujemy.