ONA:

Pewnie już wiecie, bo trąbiliśmy na naszym fanpage’u o tym kilka razy, że udało nam się dostać na Festiwal „Kino na Granicy/Hranici”, który odbywa się w Cieszynie, tym Polskim i tym Czeskim. W związku z tym przez kilka najbliższych dni będziemy rozpisywać się o polskiej kinematografii i mamy nadzieję, że uda nam się obejrzeć również kilka zagranicznych produkcji, wprost od sąsiadów zza Olzy. Maraton zaczynamy od filmu „Jeziorak”, który ma bardzo ciężką atmosferę, który jest nazywany najlepszym polskim kryminałem i który rozsypuje się po czasie jak domek z kart.

Przed seansem naczytałam się mnóstwa tekstów o tym filmie i niestety, okazały się one puste. Zabrakło tu wielu elementów, by nazwać to dzieło wybitnym. Mógłby być taki, mógłby klimatem dorównywać kinematografii skandynawskiej, mógłby być kryminałem, który psuje głowę, ale nie jest. Fabuła w pewnym momencie zaczęła się tak sypać, że zamiast okrzyków zachwytu, z ust wydobywają się szydercze prychnięcia.

Czego tu nie ma. Jest likwidacja leśnej bimbrowni, z której udaje się czmychnąć „producentowi”. Jest młoda dziewczyna, prostytutka, znaleziona  w stanie nieżywym na łódce. Jest też tajemnicze i bardzo dziwne zniknięcie dwóch policjantów. Wszystko to jest bardzo zagadkowe i pozornie tylko nie jest połączone wspólnymi elementami. Sprawa trafia do podkomisarz Izy Dereń (Jowita Brudnik), która pomijając fakt, że jest wysoko w ciąży, to jest jeszcze partnerką życiową jednego z tych gliniarzy, którzy nagle rozpuścili się jak cukier w szklance ciepłej herbaty. A to i tak nie koniec intrygi! Oczywiście muszą się pojawić bohaterowie pozornie dobrzy, pozornie źli, bohaterowie i dobrzy, i źli oraz cała reszta, która tylko wypycha scenariusz. Przekombinowane to wszystko.

Wydawać by się mogło, że ten film nie może być zepsuty. Kryminały i produkcje „ciężkie” ostatnio wychodzą naszym filmowcom dobrze. Mamy do tego ogromne predyspozycje, bo my generalnie lubimy takie historie. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy odpalić wiadomości, by zobaczyć jak piekielnie „inspirujące” potrafi być ludzkie życie, jeśli chodzi o ciężkie historie. W „Jezioraku” jest klimat. Jest dziwność, czyhające niebezpieczeństwo, jest dużo złego. Jest brzydko. Ludzie są brzydcy, historie są brzydkie, zachowania też. Zatem czego się czepiam? Słów! Jak zwykle słów! Dziury w scenariuszu są ogromne, a łączenie faktów powala na kolana, tylko nie z zachwytu, a z żałości. Brakuje tu kogoś, kto chwyciłby za mordę całą historię i za pomocą prostych sposobów zaskoczyłby widza, a nie znudziły. Tę historię można niestety rozpracować bardzo szybko, a to jedna z większych wad filmów – przewidywalność zabija zaangażowanie widza.

Co do reszty: aktorstwo przeciętne, serialowe wręcz. Bohaterowie nie potrafią rozbudzić emocji, no chyba, że senność można pod to podpiąć. Miał wyjść najlepszy kryminał, a wyszło szydło z worka. Bokiem.

ON:

No i można powiedzieć, że oficjalnie zaczęliśmy uczestniczyć w Festiwalu “Kino Na granicy”. Trzeba przyznać, że organizatorzy stają na wysokości zadania i dają nam, widzom możliwość obejrzenia ogromnej ilości filmów fabularnych i dokumentalnych. Dziś na pierwszy strzał zabieramy się za polski thriller sensacyjny pod tytułem „Jeziorak”.

Niestety, muszę zacząć od narzekania. Ten film nie jest dobry, to bardzo przeciętna produkcja, która broni się zdjęciami i samą lokalizacją rozgrywanej historii. Trochę zalatuje mi ona “Fargo” (główna bohaterka), a trochę skandynawskimi kryminałami. Niestety, akcja wlecze się jak falki z olejem, a ja gdzieś po 30 minutach rozwiązałem dwa z trzech głównych wątków. Dalej było już nijako, bo spodziewałem się wybranego przez reżysera i scenarzystę Michała Otłowskiego zakończenia. Dużo tutaj zapożyczeń lub inspiracji, które to nie są złe, ale brak w całości czegoś innowacyjnego.

W prowincjonalnej komendzie policji czas płynie inaczej. Tutaj patrole są inne i w łapę bierze się w bardziej subtelny sposób. W takim miejscu znajdą się także ci dobrzy, którym zależy na pracy i rozwiązywaniu zagadek. Taka jest podkomisarz Iza Dereń. Policjantka i już wkrótce przyszła matka. Jest w ciąży z jednym z chłopaków z jednostki. Problem jest taki, że faceta nie ma już kilka dni w domu, a w radiu trąbi się o zaginięciu jego i jego partnera. W czasie poszukiwań, które odbywają się w pobliskich lasach i na mokradłach, Dereń i jej koledzy natrafiają na ślady bimbrownika, który zmontował sobie w tym miejscu niezłą dziurkę. Dochodzi do strzelaniny, ale faceta nie udaje się złapać, ponieważ gubi ścigających go policjantów. Ekipa trafia za to na zupełnie inny ślad, a mianowicie niedaleko bimbrowni, na jeziorze znajdują łódkę, a w niej ciało zamordowanej młodej kobiety. Rozpoczyna się śledztwo. Z racji tego, że Iza jest w dość zaawansowanej ciąży, komendant jednostki przydziela jej partnera, jest nim aspirant Wojciech Marzec. Chłopak jest zupełnie innym charakterem, niż przepełniona hormonami i niepokojąca się o zaginionego ojca dziecka policjantka.

Kołem napędowym opowieści miały być dwie rzeczy – różnice charakterów pomiędzy aspirantem a Izą Dereń oraz zagmatwane śledztwo. Obie rzeczy jednak nie do końca są tak udane, jak powinny. Policjantka zagarnęła całą uwagę w swoim kierunku, a młodzieniec po prostu zagrał jej przydupasa, który w całym filmie pokazuje się dosłownie kilka razy. Sama sprawa, a dokładnie trzy jej wątki, też nie rzucają na kolana, a kilka dużych absurdów psuje cały klimat. Szkoda.