ONA:
Uwaga, szok! Polski film, a nie będę nad nim się pastwić. Film, który dla mnie jest kultowy, który rozbraja mnie za każdym razem, gdy go oglądam. Film, który przypomina mi dziadka i nasze seanse czasem do późnej nocy, z paczką paluszków z sezamem. Film, który znam na pamięć.
Mamy rok 1918 i urokliwe węgierskie miasteczko, w którym znajduje się kompania wartownicza. A na żołnierzy kompanii składają się same cwane, słowiańskie łaziki, w tym Polak – Jan „Kania” Kaniowski, można powiedzieć – lider grupy. W kompanii pojawia się nowy porucznik, który ma pełnić funkcję zastępcy dowódczy. Von Nogay to drań jakich mało. Służbista, sadysta, do tego ma wyraźny kompleks władzy i lubi bawić się w upodlania swoich żołnierzy. Jest zupełnym przeciwieństwem dowódcy, kapitana Wagnera, którego głównym zamiarem jest przeżycie wojny w ciszy i spokoju, bez nadmiernego napinania się, z dobrym cygarem i książką w dłoni. Kocham tą postać. Zero stresu, zero złości. Ba, on nawet nie podnosi głosu. Inni bohaterowie też są niczego sobie. Bededek, wąsaty Węgier, razem z Janem obmyślili akcję „Pierzyna”, która jest niczym innym, jak planem wycieczki. Prawie wszystko mają załatwione. Ale braki i luki w pomyśle bezczelnie wytyka im Moryc Haber, żyd czeskiego pochodzenia, który jest absolutnie uroczy. I tak nasza trójeczka kombinuje. Raz pod górkę, kiedy przypadkiem nadziewają się na majora z kontrwywiadu, raz z górką, gdy za to „potknięcie” dostają odznaczenia. Jedno jest pewne – von Nogay ich nienawidzi. A im to pasuje, ponieważ wykończają go na każdym polu. Szczególnie psychicznie. No cóż, nie można zaczynać z grupą, dowodzoną przez Polaka.
A właśnie, przez film co jakiś czas snuje się wątek „miłosny”, ponieważ pan Kania, mimo, że według oficjalnych plotek pozbawiony jest pewnej znaczącej części ciała, ma słabość do pewnej nieco neurotycznej panny, którą kocha i przed, i po, i w trakcie. A potencjalna teściowa jest burdel mamą, więc lepiej ustawić się nie mógł. Tylko tak jak wspominałam, Mitzi jest lekko problemowa.
„C.K. Dezerterzy” to pozycja obowiązkowa, dla fanów komedii, którzy lubią sobie potem rzucić jakimś cytatem. Teksty są rewelacyjne. Różnice w charakterach bohaterów i potem ich rozmowy są tak cudownie groteskowe, że nie sposób nie śmiać się do rozpuku. Kania, Benedek i Haber to jedno. Chudej, który mało co powiedział w tym filmie, jest rozbrajający, ale pod koniec filmu dowiadujemy się, dlaczego udawał idiotę. Wagner i von Nogay podczas swoich dyskusji reprezentowali zupełnie odmienne pomysły na życie. Wagner spokojny, wyluzowany, a von Nogay żyjący według regulaminu, irytował się i burzył przy każdej okazji. I na koniec szef kompanii, grany przez Krzysztofa Kowalewskiego. Dziękuję, nic więcej mi nie potrzeba.
Tak, oczywiście. Polski film, więc musi być o wojnie. Musi mieć bohaterskiego Polaka, musi być trochę knucia i miłości. I to wszystko znajdujemy w filmie Janusza Majewskiego, ale podane jest to w sposób lekki, bardzo przyjazny i niezwykle rozbrajający. To trzeba zobaczyć!
ON:
Moje zdanie na temat polskiego kina znają chyba wszyscy. Uważam, że jest ono słabe, przekombinowane, nędzne. Oczywiście – zgadzam się z tym, że lata 80-te i 90-te obrodziły świetnymi komediami. Uwielbiam „Alternatywy 4” lubię komedie Machulskiego czy Lubaszenki. To obrazy, które obroniły się wtedy i bronią teraz. I nie trzeba było cycków w 3D jak w „Kac Wawa”
Ostatnio Paulina przypomniała mi o „C.K. Dezerterach” – starej jak świat komedii Janusza Majewskiego, opartej na książce Kazimierza Sejdy. Historia o rozkładzie monarchii, rządów austro-węgierskich, widziana oczami wojskowych, tych najniższego szczebla. Książka ta przypominała trochę „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haszka. Ponieważ jak film ten miał swoją premierę, to ja dzielnie na kozy z nosa mówiłem “bubu”, miałem okazję go oglądać kilka dobrych lat później. Wtedy także nie za wiele do mnie z niego docierało. Po prostu polska komedia, która średnio do mnie przemawiała. Teraz wracamy do filmu raz jeszcze.
Mamy rok 1918 i do maleńkiego garnizonu na węgierskiej prowincji zawija nowy zastępca dowódcy – oberleutnant von Nogay. Psychopatyczny, wręcz sadystyczny dowódca, który swoje problemy leczy upodlaniem podwładnych. Stawia on sobie za punkt honoru zrobić z tej “wielonarodowościowej zbieraniny” godne, regularne wojsko. Według zasady “jak nie kijem ich, to kijem”. Zaczynają się więc rządy terroru. Von Nogay nie zdaje sobie sprawy jak groźnego przeciwnika ma w szeregach żołnierzy. Mowa o szeregowcu Janie Kaniowskim zwanym potocznie Kanią. To sprytny i obrotny facet, który przy pomocy plotki puszczonej w odpowiednie uszy (mowa o utracie jego „wacka” podczas walki na froncie), potrafił dobrać się do majtek Mitzi, córki miejscowej burdelmamy. Ponad to on wie jak sobie radzić. Wraz z towarzyszem Benedekiem oraz żydowskim krawcem Haberem organizują akcje „Pierzyna” która ma im pozwolić wrócić do domów. Kasę zdobywają podczas patroli, gdzie zgarniają bogu ducha winnych cywilów, którzy są tak „strasznie podobni” do szpiegów i przestępców. Każdy z zatrzymanych, bojąc się zatrzymania oraz późniejszych przesłuchań na odwachu, bardzo szybko wyskakiwał z gotówki potrzebnej na bieżące potrzeby oraz plan dezerterów. Życie płynie sobie swoim leniwym tokiem. Von Nogay ściska żołnierzy za jajka, dokręca śrubę gdzie tylko się da, a oni w zamian starają się go postawić w kompromitujących sytuacjach przed jego bezpośrednimi przełożonymi oraz naczelnym dowództwem. Podczas pewnego patrolu, na którym Kania z chłopakami ma zamiar znów skroić kasę od jakiegoś cywila, przytrafia im się coś strasznego. Zatrzymany przez nich mężczyzna okazuje się być majorem kontrwywiadu. Spisuje on stopień oraz nazwisko szeregowego, po czym każe im się oddalić. Po zdarzeniu Kania zostaje wezwany do kapitana, lecz zamiast oczekiwanej reprymendy dostaje awans za wzorową żołnierską postawę. Historyjka się rozkręca, bo oberleutnant ma lekkiego wkurwa za to odznaczenie i wyżywa się na całym garnizonie. Po zarządzonych przez niego nocnych ćwiczeniach sam ląduje u kapitana i dostaję subtelnie poinstruowany, że nie należy się wychylać. Kolejne zdarzenia okraszone są coraz to bardziej absurdalnym humorem, idealnie prasującym do filmu.
Mimo, że to kino polskie, nie będę się nad nim pastwił. Bo nie mam ku temu powodów. To naprawdę taka dorosła, chamska komedia z wojną w tle. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów starych dobrych polskich filmów. A i jeszcze jedno nie oglądajcie tego filmu na VCD + 42” LCD.
