ONA:

Anne Hathaway to dla mnie niesamowicie niespójna aktorka. Raz bardzo sugestywnie i naprawdę dramatycznie potrafi wejść w rolę, umie też być uroczym, ślicznookim jelonkiem, ale na ogół jest totalnie mdła. Za dużo „Pamiętników księżniczki” było i tak to potem wygląda. Nie wiem za co ten Oscar jej wpadł. Jej obecność w filmach – szczególnie nie-romansowo-błahych bardziej mnie zniechęca, niż zachęca. No ale załóżmy, że czasem mam gorszy dzień… W 1999 roku (czyli miałam całe 13 lat) po raz pierwszy jakieś dzieło filmowe wywróciło mi bebechy na lewą stronę, a głowę popsuło na tyle mocno, że nie wiedziałam przez chwilę jak się nazywam. Razem z moją ówczesną kumpela wybrałyśmy się do cieszyńskiego kina na „jakiś” film. Średnio obie orientowałyśmy się co i jak, ale twardo – idziemy. Dwie gówniary, świeżo po podstawówce. Tym filmem był „Szósty zmysł”. I o ile dziś wiem, że nie było to kino totalnie rozpierdzielające (u mnie w tej kwestii nadal rządzi „Siedem” i „Fight Club”), to jednak na moim trzynastoletnim umyśle zrobił pierwszą, głębszą rysę. Nigdy w życiu nie zapomnę tego uczucia: totalne skołowanie, zatrzymanie podstawowych funkcji organizmu na kilka sekund i próba poukładania tego wszystkiego w głowie, opad szczęki. Mmmm… Cudowne uczucie! Od tego czasu uwielbiam filmy, które fabularnie nie są tak oczywiste, jak mogłoby się to wydawać plus mają zakończenia niewpisujące się w standard. Jeśli chodzi o film „Ocaleni” z 2008 roku, to w zasadzie nie jest to film zły. Jest „niezły”, co zresztą potwierdza ocena widzów na kilku portalach filmowych. Tylko ma kilka wad, które sprawiają, że nie jest w stanie spocząć na tej samej półce, co chociażby wspomniany już „Szósty zmysł”. No nie ma szans. Ta Hathaway to jednak aktorka, która w ckliwych romansidłach sprawdza się najlepiej.

Claire Summers (A. Hathaway) jest psychologiem, której właśnie powierzono nową sprawę. Ma zająć się ocalonymi z katastrofy samolotowej. Garstka osób jakimś cudem przeżyła tragedię i teraz trzeba ich przywrócić na normalne tory, do normalnego życia. Nie jest to wcale takie proste… Największy problem ma w szalenie przystojnym Ericiem (Patrick Wilson), który mocno miesza w jej życiu. Oczywiście, psycholożka rękami i nogami broni się przed tym romansem i rozpędzonym uczuciem, które w nią uderza, ale cóż – niewiele kobiet byłoby w stanie powiedzieć Ericowi „Nie”. Jednocześnie Claire bardzo mocno angażuje się w całą sprawę, związaną z katastrofą, która z każdą kolejną chwilą coraz bardziej zaczyna śmierdzieć. Wygląda na to, że ktoś za wszelką cenę chce sprawę wyciszyć… Summers nie chce na to pozwolić. I wtedy DUP! Ale o fabule nie napiszę już absolutnie nic więcej.

Ponoć Dejw szybko rozpracował o co chodzi w tym filmie. Trudno. Ja widać byłam zajęta wpatrywaniem się w przepiękna twarz Wilsona, bo „szczególiki” mi po prostu umknęły. Na koniec nawet się nieco wzruszyłam, ale widać dzień miałam naprawdę słaby. „Ocaleni” to nie jest wybitne kino, ale mnie zaskoczyło. Technicznie niczego nie urywa – aktorsko jest przeciętnie, technicznie – podobnie, ale to wszystko jest nadal „niezłe”. I nic więcej. Można obejrzeć raz, ale jakoś wybitnie bym nie ostrzyła zębów na to dzieło.

ON:

Wybierając na wieczorny seans „Ocalonych” z Anne Hathaway sugerowałem się trochę „Ocalonym” Herberta, który pomimo swojej miałkości, potrafił zaciekawić i przestraszyć. Oczekiwałem więc kina podchodzącego pod horrory lub co najmniej pod thrillery. Otrzymałem zaś specyficzny dramat z zagadką w tle.

Nie oznacza to, że „Ocaleni” są  filmem złym. To bardzo spokojna, choć w pewnym momencie przewidywalna opowieść o tragedii, śmierci i poszukiwaniu winnych, stojących za tymi wydarzeniami. Claire Summers jest młodą panią psycholog, która ma się zająć piątką ocalałych po katastrofie lotniczej. Ta piątka miała więcej szczęścia niż reszta pasażerów, bowiem to oni nadal chodzą po twardej ziemi. Tyle, że muszą poradzić sobie ze stresem, który im teraz towarzyszy.

W grupie znajduje się między innymi niejaki Eric, młody zawadiaka, lekki buntownik i na dodatek przystojniak. Nie trzeba było długo czekać, aby pomiędzy psycholożką a mężczyzną pojawiło się coś więcej, niż stosunki na linii pacjent-lekarz. Było wiadomo, że spotkania tej dwójki prędzej czy później skończą się w łóżku. Tak też się staje. W międzyczasie odbywają się spotkania zresztą pacjentów. Pojawia się jednak problem, bowiem z kolejnymi mitingami zmniejsza się ilość osób, które przychodzą do lekarki. Nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że wszystkich ocalałych prześladuje koleś reprezentujący linie lotnicze. Poza tym zaczynają się dziać dziwne rzeczy, które bardzo niepokoją Claire. Lekarka jest zaszokowana i postanawia podzielić się swoimi wątpliwościami z przełożonym.

Oglądając „Ocalonych” mamy wrażenie, że gdzieś to już było. I nie jest to mylny tok myślenia. Film składa się z kilku pomysłów, które mogliśmy zaobserwować wcześniej w innych filmowych dziełach. Nie zdradzę w jakich, bo zaspojeluję całą historię, ale po seansie będziecie wiedzieć, co takiego miałem na myśli. Mimo to, wydaje mi się, że warto poświęcić temu dziełu około 100 minut. Nie jest to film wyjątkowy, ale na pewno lepszy niż połowa wyświetlanego w telewizji szajsu. Myślę, że na spokojny wieczór we dwoje nada się w sam raz.