ONA:

Jakbyśmy potrzebowali Boga, by karać się wzajemnie…

 Z każdą produkcją, która dotyczy tych przeklętych czasów wojennych, zaczynam się zastanawiać po co one w ogóle powstają… To jakby ciągle grzebać w ranie, która próbuje się zabliźnić. Jak ktoś kiedyś robił tatuaż, który był rozłożony na dwie, trzy sesje, to wie o czym mówię. Z każdym kolejnym seansem boli bardziej, bo i rozmach jest o wiele większy.

Ten film chciałam zobaczyć. Bardzo lubię Agnieszkę Holland i cenię ją nie tylko jako reżyserkę, którą pokochałam od „Tajemniczego ogrodu”, ale też jako człowieka. Jej sznyt polega na tym, że opowiada daną fabułę w sposób zupełnie inny i nieoczywisty. Tak też jest i tym razem. Mamy II Wojnę Światową, którą widzimy z perspektywy kanałów, w których ukrywają się Żydzi. Głównym bohaterem jest Leopold – człowiek, który nie jest krystalicznie dobry. Nie, wręcz przeciwnie. Dla kasy jest w stanie zrobić wiele, a pieniądze są mu potrzebne, bo chce zagwarantować swojej rodzinie godne życie. Całkowity konflikt interesów. Ale taki właśnie jest Poldek. Z jednej strony współpracuje z organami władzy, ba – kumpluje się z ich przedstawicielem, a z drugiej pomaga grupie Żydów, którzy kupują jego usługi. Towarem jest życie – wartość bezcenna. Za odpowiednią sumę jest w stanie wydłużyć istnienie. Igra z ogniem, ryzykuje życie i to nie tylko swoje. I powoli przechodzi zmianę…

Niewątpliwym sukcesem tego filmu jest to, że nie ma tu patosu. Nie ma fałszywego zadęcia, a bohaterowie są jednocześnie i źli, i dobrzy. Nie ma gloryfikacji, nie ma wychwalania pod niebiosa. Są za to zupełnie ludzkie emocje i wybory. Są totalnie ludzkie potrzeby, do których dążą wszyscy. Zaczynając od totalnej podstawy, czyli potrzeb fizjologicznych, związanych z jedzeniem, odpoczywaniem, jak i z seksem, przez potrzeby bezpieczeństwa i przynależności. I nagle przez chorą ideologię śmierci, pewna grupa traci to, co jest niezbędne by realizować swoje człowieczeństwo. Zamiast tego mają ciemne, zimne, mokre i śmierdzące kanały, które zastępują im dom i dają wątpliwe schronienie. Gdyby nie Poldek, człowiek, który ciągnie z nich wszystkie pieniądze i kosztowności, nie daliby rady przeżyć w tych warunkach nawet tygodnia. Wszystko w tej produkcji odrzuca naturalizmem. Nie zrozumcie mnie źle, to całkiem niezłe kino było, ale ohydne, obrzydliwe i odpychające. Widzimy ludzi, najczęściej w ciemnościach, smaganych wąską i lichą strugą światła. Różni są ci ludzie. Brudni, przerażeni, zmęczeni, głodni, nieżywi. Czasami próbują na chwilę znaleźć zapomnienie. Na próżno. Gdzieś tam na górze toczy się życie, a oni próbują przetrwać pod obcasami tych, którzy mieli więcej szczęścia.

Zdecydowanie, dalej w tej tematyce, w moim prywatnym gustometrze rządzi „Pianista”. „W ciemności” jest dziełem o wiele bardziej brutalnym, bardziej obnażającym człowieka, sprowadzając go jedynie do roli dzikiego zwierzęcia, które kierowane jest popędami albo lękami. Właściwie, nie raz podczas seansu stwierdzałam, że bohaterowie są innym gatunkiem szczurów, przecież żyli dokładnie tak samo. W filmie Holland mamy sporo bardzo seksualnych scen, ale nie mają one ani odrobiny erotyzmu. To popęd, nic więcej. Te ujęcia są po prostu odpychające. Z pewnością nagrany jest on w bardzo ciekawy sposób, bowiem tytułowa ciemność jest faktyczna, realna. W niej schowani są ludzie, razem z ich strachem i przerażeniem, z ich emocjami i potrzebami. To gehenna. Gehenną jest również sam seans, bowiem w przypadku większości scen, są one najzwyczajniej za długie. Cała produkcja ma sporo ponad 2 godziny, a fabularnie można upchać to w standardowych 90-100 minutach. Obnaża też całą abstrakcyjność tych czasów. Po raz kolejny tego typu kino uświadomiło mi, że przynależność do gatunku ludzkiego nie jest powodem do dumy. Czasami łapię się na tym, że lepiej byłoby urodzić się psem.

Teraz chwila dla aktorów. I tu szok. Robert Więckiewicz o wiele lepiej prezentuje się w takich produkcjach, niż w fekalnych polskich komediach o sraniu, jebaniu i gejach. Ogromny plus. Gdzieś tam w tle widzimy Agnieszkę Grochowską, Marię Schrader, Marcina Bosaka, ale też – niestety Kingę Preis. Momentalnie dostaję wysypki, kiedy ta pani pojawia się na ekranie. Jej sznyt polega na tym, że ona nie boi się żadnych ról. I mam pecha chyba jakiegoś gigantycznego, bo co nie oglądam, to ona w ciągu pierwszych minut zaczyna świecić cyckiem, czasem dwoma. Nie lubię tego.

I jeszcze jedna sprawa. Wpadliśmy z Dawidem na genialny pomysł. Trzeba wybudować autentyczną reprodukcję Warszawy z czasów WWII i trzepać kapuchę na filmach, które tego czasu dotyczą. Tak myślę, że cały biznes zwróci się ekstremalnie szybko. Przecież Polacy kręcą wyłącznie filmy o wojnie, komunie i papieżu. Względnie o patologii w rodzinie.

ON:

O przedwojennym Lwowie znam tylko opowieści, które opowiadała babka. Część z nich była wręcz fantastyczna, pojawiał się w nich Golem i był Żyd cwaniak, hultaje i zawadiaki oraz piękne kobiety, tracące głowy dla ulicznych grajków. To było miejsce piękne, ale zniszczone przez wojnę, później zaś przez ustrój. Do tego mistycznego wręcz miasta zawitałem kilka razy, za każdym spędzając w nim kilka fantastycznych dni. Starówka nadal broni się ogromną ilością ciasnych uliczek i przesmyków, wieloma kościołami i muzeami. Wszystko jest trochę jakby przykurzone, jakby osad z przeszłości chciał przypomnieć wszystkim o tym, co się działo wiele lat temu. Wchodząc pomiędzy wilgotne mury słyszymy bicie serca zamurowanego wśród ścian. Serca Polaków kiedyś tutaj mieszkających. Nie dajcie się jednak zaskoczyć, bo głuche dudnienie może być ostatnim dźwiękiem jaki usłyszycie, ponieważ będą to kroki Golema…

W tym mieście, które wielu Polaków wspomina, żyje wraz z rodziną Leopold Soha. Nie jest to postać ani czarna, ani biała, lawiruje on pomiędzy kolejnymi odcieniami szarości. Główne jego źródło utrzymania to praca w kanałach pod Lwowem, ale nie przeszkadza mu zrobienie małego skoku na bok, do posiadłości gdzie mieszkają Niemcy. Szybki skok, to przecież szybka kasa. Włóczy się wiec nasz bohater po ulicach, czasami pod nimi, pod brukiem, na którym słychać podkute buty niemieckich oficerów. Miasto Szczepcia i Tońcia przestało być bezpieczne dla kogokolwiek. Żydzi są prześladowani, mordowani i aresztowani. Polacy są zastraszani, a czasami wieszani za pomoc „mordercom Chrystusa”. Pech chce, że do kanałów przebija się grupa Żydów, którzy tam widzą swoje ocalenie, wpadając na Leopolda i jego pomocnika. Jeden z uciekinierów oferuje im szwajcarski zegarek w zamian za pomoc w ucieczce lub ukryciu się. Soha targuje jeszcze dodatkowe pięć stów dziennie „zarobku”. Okazuje się, że te pieniądze bardzo szybko tracą na wartości w okupowanym Lwowie i ledwo co starczają na niewielkie zakupy żywności dla uciekinierów. Nie jest to jednak jedyny problem „kanalarza”. Ma on dość dobre kontakty z miejscową bezpieką, która coraz to bardziej zaczyna drążyć temat kanalizaci i potencjalnych Żydów w nich przebywających. Kolejne tygodnie upływają w strachu i niepewności, gdyż nikt ani na dole, ani na górze nie może czuć się bezpiecznie. Leopold zdaje się być nowym człowiekiem, ryzykując życie swoje i swojej rodziny coraz to bardziej zagłębia się w czeluści kanałów…

Nie ukrywam, że film mnie zaskoczył, ale zrobił to na plus. Nie jest to dla mnie dzieło, które zasłużyło na Oscara, ale trzeba przyznać, że przy wszechobecnej miernocie wybija się na wyżyny. Dla mnie fantastycznym jest to, że bohaterowie naprawdę mówią „po Lwowsku”, z wszystkimi tymi smaczkami językowymi, które pamiętam z lat młodości, kiedy babcia opowiadała o „tym mieście”. Nawet nie za bardzo musiałem czytać napisy, które były po to, aby ułatwić zrozumienie tejże mowy. Kolejna sprawa, to klimat klaustrofobii jaką czuć pod ziemią. Nie jest to poziom jaki widzieliśmy w fenomenalnym „Kanale” Wajdy, ale nadal czujemy że wszystko dzieje się pod ziemią. Jeśli zaś chodzi o aktorów to Robert Więckiewicz, który doprowadzał mnie do szału w „Wymyku”, gdzie przypominał amebę niemiłosierną, tutaj jest zupełnie inny. Soha, którego gra, jest autentyczny, to Lwowiak z krwi i kości, z tym swoim kaszkietem na bakier, torbą pełną narzędzi potrafi do siebie przekonać.

„W ciemności” jest filmem dobrym, nie jest to poziom „Pianisty”, ale jest blisko. Jeden z obrazów ratujących „Polski Tydzień” na Marudzeniu.