ON:
„Grand Budapest Hotel” zaskakuje widza każdym z elementów. Jest to jeden z tych filmów, które są złożoną całością i tylko oglądając go jako całość mamy okazję posmakować jego wyjątkowości. Reżyser Wes Anderson bawi się gatunkami, łamie wszelkie filmowe konwenanse i stawia opowiadaną przez siebie historię na głowie. Dzięki temu dostajemy kino, które ciężko wpasować w konkretny gatunek, kino artystyczne i pełne niespodzianek.
„Grand Budapest Hotel” jest plastyczną satyrą życia. W ten sposób mogę w jednym zdaniu podsumować to dzieło. Narratorem tej opowieści jest niejaki Pan Mustafa, właściciel mającego za sobą czasy świetności hotelu. Mężczyzna za namową młodego pisarza zaczyna wspominać lata swojej młodości, a przy okazji zdradzi w jaki sposób stał się właścicielem tego kolosa.
Wszystko zaczyna się wiele lat temu. Nad Europą wisi widmo wojny, a rozpuszczeni i rozkapryszeni bogacze przejeżdżają w „skromne progi” hotelu, aby odpocząć i wydać masę pieniędzy na atrakcje. Wszystko za sprawą Pana Gustave H. – najlepszego zarządcy w tej części Europy. Jak wspomina młody Pan Mustafa, nie było osoby, która mogła dorównać panu H. Ten człowiek trzymam za jaja całą hotelową bandę, która tańczyła jak im zagrał. Obowiązkowe przemówienia do pracowników i recytacja wierszy to jego wizytówka. Znany był także z tego, że lubił dotrzymywać towarzystwa wszystkim kobietom – niezależnie od ich wieku. Za jego rządów hotelowe lobby przepełnione było gośćmi z każdej ze stron świata. Gustave miał mały problem: zbyt blisko poznawał Panie, które odwiedzały hotel, często poznawał je bardzo dogłębnie.
Kłopoty Pana Gustave’a pojawiają się po śmierci Madame D. Adwokat, będący wykonawcą jej woli, także i jego zaprasza na odczytanie testamentu. Na miejscu okazuje się, że pracownik hotelu otrzymuje w spadku bezcenny obraz, na który wszyscy sobie ostrzyli pazurki. Ponieważ sytuacja stawała się napięta – Gustave wraz z młodym Mustafą zwijają obraz i zmykają gdzie pieprz rośnie. Plan ten jednak nie wypala, bowiem już następnego dnia mężczyzna zostaje aresztowany. W takiej sytuacji nie pozostaje mu nic, jak walka o dobre imię.
„Grand Budapest Hotel” jest filmem wyjątkowym. Absurdalny dowcip, lekko magiczna oprawa wizualna i wyjątkowa obsada powodują, że film ogląda się naprawdę wyjątkowo. To nie kino pełne pościgów i akcji, to raczej opowieść spokojna i lekko melancholijna, którą szczerze polecam.
ONA:
Ja wiem, że filmu nie należy oceniać po plakacie/okładce, wiem, że wielkie nazwiska nie gwarantują poziomu i tak – wiem, że czasami to, co podoba się wszystkim, mnie wpycha w objęcia Morfeusza (w tym konkretnym przypadku w objęcia Dejwa tudzież Bowie). Ale tym razem było dokładnie tak, jak być powinno. „Grand Budapest Hotel” to film dziwny, ale w swojej dziwności jest bardzo intrygujący, zabawny i genialnie zrealizowany.
Młody pisarz przybywa do GBH, który swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Co prawda nadal jest monumentalnym miejscem, pięknym, z historią, ale opustoszał mocno. Teraz jego ogromne wnętrza wypełnione są duchem starych, minionych czasów i samotnością, która wylewa się z każdego kąta. Uwagę pisarza skupia pewien staruszek. Kiedy dowiaduje się kim jest ów jegomość, postanawia poznać go bliżej. Pan Moustafa okazuje się być właścicielem tego miejsca i wprowadza naszego pisarza w historię hotelu… A jest ona delikatnie mówiąc wyjątkowa. Wszystko za sprawą pewnego pracownika, który to miejsce pokochał jak nigdy nikogo.
„Grand Budapest Hotel” to film, który urzeka. Jest przepięknie nakręcony, absolutnie oddaje klimat minionych epok, ale nie czuć na nim zupełnie stęchlizny i kurzu. Rozmach nie jest taki sztuczny i zblichtrowany jak we „Wielkim Gatsby’m” – tu mamy wrażenie, jakbyśmy autentycznie uczestniczyli w wydarzeniach, jakbyśmy stali obok aktorów. A skoro już jesteśmy przy aktorach. Wiecie, że w tym filmie zagrali m.in. Ralph Fiennes, Adrien Brody, Willem Dafoe, Edward Norton, Jude Law, a także Matheiey Amalric, Jeff Goldblum, Tilda Swinton, Harvey Keitel i Bill Murray? Jak jeszcze Wam mało, to dorzucę jeszcze Owena Wilsona. Przyznam szczerze, że taki miks aktorski działał na mnie orgazmistycznie. No przecież nie trzeba być nie wiadomo jakim znawcą, żeby zauważyć, że w tym filmie wystąpiła śmietanka. Żaden z tych aktorów, no może poza Wilsonem, nie zagrałby w gównianej produkcji. Większość z tej obsady słynie z rewelacyjnie dobieranych filmów, które szalenie korzystnie wypełniają ich resume, a widzów zaskakują kolejnymi dobrymi kreacjami, dzięki którym przechodzą go historii kina. I w tym wypadku tak jest – jest po prostu dobrze.
Dziwny jest ten film, ale w tej dziwności nie ma niczego złego. Jest zabawnie, jest tajemnica, jest nawet jakiś substytut akcji. Na widzów czeka wiele zagadek i inteligentnego humoru. Będę do niego wracać, a Wam polecam go serdecznie, bo to film, który jest dobry – po prostu, od a do z.
