ON:

Cholera. Chciałbym napisać coś złego o „Pianiście”, ale nie za bardzo mam jak. Tak, przyznaję się: podobał mi się film zrobiony przez polskiego reżysera. Ale jak kiedyś wspominałem, nie wszystko co polskie jest „wujowe”. Uwielbiam „Tides of Nebula”, genialne jest „Sands of Sedna”, wręcz hipnotyzujące „Symphony”. Mowa w tym przypadku o zespołach muzycznych, ale i filmów kilka się znajdzie, które zaskoczyły mnie i nie pozwoliły przejść obok siebie obojętnie. Jest jak zawsze, mamy mega kupę filmową, ale pomiędzy śmierdzącymi bobkami, znajdą się maleńkie stokrotki, które aż proszą się aby je wyrwać i się nimi chwalić.

Taki jest właśnie „Pianista”. Ma on jeden minus, który bardzo, ale to bardzo mi przeszkadza. Widać w tym filmie surowość spowodowaną brakami, nie wiem czy budżetowymi, czy też innymi. Rozumiem, że nie pokażemy Warszawy jaką była w okresie wojennym, ale to niestety widać na zdjęciach. Kadry są wąskie, cięte i na siłę zapychane statystami, którzy muszą zapełnić puste ulice miasta. Ok, koniec wylewania żali. Teraz konkrety.

„Pianista” to ekranizacja książki, a może lepiej napisać – pamiętników wybitnego pianisty, Władysława Szpilmana, człowieka przez lata współpracującego z Polskim Radiem, a także pomysłodawcy i organizatora Pierwszego Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie. Szpilman napisał wspomnienia, w których pokazał historię warszawskich Żydów w  latach 39-45. „Śmierć miasta”, bo taki tytuł miało pierwsze wydanie jego książki, to gorzka opowieść o tym jak Warszawa radziła sobie z okupacją, mniejszościami oraz wojną. Opowiedział on o powstaniu getta, jego upadku, o jego „ukrywaniu się w aryjskiej części miasta” oraz o życiu „Robinsona” w zniszczonej Warszawie.

Polański wraz ze scenarzystą, Ronaldem Harwoodem, przełożyli tą historię na filmową kliszę. Otrzymaliśmy dzięki nim opowieść o fanatyzmie oraz walce i woli przetrwania jednostki, w czasach wręcz zabójczych. Reżyser nie starał się upiększać tego, co działo się podczas wojny i holokaustu. Mamy wygłodzonych i wychudzonych Żydów, fanatycznych nazistów, starających się pomagać Polaków. Poznamy historię, która nie jest chwalebna, ale pokazuje, że w tych czasach także można było znaleźć odrobinę „ludzkości”. Przerażają niektóre sceny, naturalizm jest wręcz odrzucający. To starzec na wózku inwalidzkim wyrzucony przez okno mieszkania, gdyż nie wstał i nie oddał hołdu Niemcom, to ludzie którym strzela się w plecy bez powodu, a także kobieta w ciąży wpychana do wagonu, który odjeżdża w kierunku obozu śmierci…

“Pianista” jest tak mocny, drastyczny, jak „Maus” Arta Spiegelmana. Nie owija w bawełnę i nie osładza. Oba dzieła pokazują jak daleko, przepraszam za wyrażenie, „chujowa” jest wojna. Spiegelman pokazał to w formie noweli graficznej, Polański jako dzieło filmowe. Oba, można powiedzieć uzupełniają się, dają obraz, jaki wielu z nas mam nadzieję nigdy nie doświadczy.

Ron Perlman w intrze do „Fallouta 3” mówi”

„War. War never changes. Since the dawn of human kind, when our ancestors first discovered the killing power of rock and bone, blood has been spilled in the name of everything: from God to justice to simple, psychotic rage. In the year 2077, after millennia of armed conflict, the destructive nature of man could sustain itself no longer. The world was plunged into an abyss of nuclear fire and radiation. But it was not, as some had predicted, the end of the world. Instead, the apocalypse was simply the prologue to another bloody chapter of human history. For man had succeeded in destroying the world – but war, war never changes. In the early days, thousands were spared the horrors of the holocaust by taking refuge in enormous underground shelters, known as vaults. But when they emerged, they had only the hell of the wastes to greet them – all except those in Vault 101. For on that fateful day, when fire rained from the sky, the giant steel door of Vault 101 slid closed… and never reopened. It was here you were born. It is here you will die. Because, in Vault 101: no one ever enters, and no one ever leaves”

Wojna się nie zmienia. Ludzie niestety też. Takie filmy jak „Pianista” obrazują to najlepiej. Polecam najpierw dzieło filmowe, a później „Mausa” ponieważ obie historie się uzupełniają.

ONA:

Zwykle, gdy powstaje film oparty na jakieś książce, papierową wersję mam już za sobą. Według mnie tak jest łatwiej, bo czytając stwarzam sobie jakieś wyobrażenie, które potem konfrontuję z obrazem na szklanym ekranie. Gdy zdarza mi się robić to odwrotnie, jest już gorzej, bo aktorzy są „twarzami”, które widzę w każdym słowie, miejsca są takie jak w filmie i całość jest zdecydowanie uboższa. W przypadku „Pianisty” zaczęłam odwrotnie. I nie żałuję. Film, który obejrzałam był kompletny, a książka uzupełniła małe braki. Niemniej, mam mnóstwo zastrzeżeń, wszak jestem marudą…

Publikacji na temat WWII przeczytałam wiele, ot, zainteresowanie, które pojawiło się w liceum. Ale umówmy się, większość była naukowo-historycznymi dziełami, które były suchą teorią, kolejnym nagromadzeniem faktów. Temat interesował mnie na tyle, że zaczęłam uzupełniać wiedzę o filmy, nie tylko te dokumentalne, ale i historyczne. Widać mam jakieś skrzywienie, chociaż ja mam inną teorię na ten temat, ale z szacunku do naszych czytelników, wolę nie dzielić się moimi urojeniami publicznie. Ale do rzeczy! Film Polańskiego, szumnie i nad wyraz nazywany „polskim”, jest jednym z moich ulubionych ever. Widzimy historię Władysława Szpilmana, kompozytora żydowskiego, któremu przyszło przeżyć piekło wojny. Zaczynamy we wrześniu 1939 roku, właśnie Naziści zbombardowali radiostację, w której główny bohater pracował. I właśnie gdy grał Chopina, rozległy się dźwięki niosące śmierć. Wraca do domu, gdzie czeka na niego zmartwiona rodzina. Mijają kolejne dni i tygodnie. Szpilmanowie próbują żyć normalnie. Pracują, Władysław w kilku scenach pokazany jest jako uroczy lowelasek, który flirtuje z koleżanką, zakochaną w jego grze. Ale położenie żydów staje się coraz bardziej tragiczne. Ale wybór jest prosty: albo podporządkują się pod upokarzające wymogi, albo zostają zabici. Wkrótce cała rodzina zostaje przeniesiona do getta. Ale są razem, jakoś wiążą koniec z końcem, mimo, że jest potwornie ciężko. Szpilmanowie są rodziną dumną, nie poddają się,nie uginają, ale i nie robią nic wbrew swojej woli i wbrew swoim poglądom. I nagle nadchodzi ten dzień, kiedy praktycznie wszyscy mieszkańcy getta zostają wysłani na plac, na który po chwili podjeżdża pociąg prowadzący donikąd… Rodzina zostaje rozdzielona. Rodzice i rodzeństwo zostają wrzuceni do wagonów, a Władysława od rychłej śmierci ratuje jeden z żydowskich policjantów. Z jednej strony – ratuje mu życie. Z drugiej, Szpilman jest świadom, że właśnie stracił wszystko… Już nigdy nie zobaczy bliskich, a miasto, które było jego domem, ugina się pod kolejnymi bombami i strzałami. Na całe szczęście, Szpilman był już wtedy bardzo popularny, miał wielu znajomych i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tylko dzięki nim udało mu się przeżyć. Pomagali, dostarczali mu jedzenie, dawali schronienie, ryzykując wszystkim co mają. Mijają kolejne miesiące, Szpilman ciągle żyje, ciągle udaje mu się wyjść z opresji. Warszawa stała się po powstaniu jednym wielkim gruzowiskiem, ale czuć już w powietrzu koniec tego piekła. Główny bohater, szukając jedzenia i schronienia, ląduje w pięknym domu, który jeszcze nie zdążył runąć. Znajduje tam puszkę z ogórkami, której nie potrafi otworzyć. A jego z kolei znajduje niemiecki kapitan, Wilm Hosenfeld. Sytuacja wydaje się być dramatyczna. Ale i tym razem los zdaje się być nad wyraz łaskawy, w stosunku do pianisty. Kapitan, po krótkiej wymianie grzeczności, gdy dowiaduje się, że ten wrak człowieka, który przed nim stoi, ten właśnie wychudzony, zarośnięty, brudny i głodny mężczyzna jest muzykiem, prosi go o zagranie jakieś melodii, by to potwierdzić. Jedna z finałowych scen – najpiękniejsza, najbardziej wzruszająca, daje Szpilmanowi po raz kolejny nowe życie. Hosenfeld okazuje się być człowiekiem, nie bestią. Pomaga muzykowi, ukrywa go, daje mu paczki z jedzeniem. Ratuje go tak, jak uratował go kolega przed wywózką, jak ratowali go znajomi w trakcie okupacji… A potem do miasta wkraczają nieśmiało Polacy, zaraz za nimi Rosjanie. Wilm trafia do niewoli, z której liczy, że Szpilman go wyciągnie. Niestety, Władysław o wszystkim dowiaduje się za późno. Według dokumentacji, zginął w obozie… Historia się kończy…

Pamiętam, że podczas pierwszego oglądania, byłam tak okropnie poruszona, że przerwałam mniej więcej w połowie, by po jakimś czasie siąść do tego filmu raz jeszcze. Jest on dość okrutny, szczególnie, gdy jest się nastolatką, która złego nie widziała. Ale jest też arcy ciekawy. Cała ta historia zmusza do myślenia. Natomiast, jeśli chodzi o kwestie czysto techniczne, każdy kolejny seans wzbudza irytację. Po pierwsze, polscy aktorzy. Cóż, tragedia. Różnica kolosalna, mimo, że grali wyłącznie rólki ekstremalnie epizodyczne, głównie trupów. Miałam wrażenie, że każdy, popularny w początkach tego tysiąclecia polski aktor, chciał zagrać u Polańskiego. Fakt, to dobry punkt w resume. Joanna Brodzik – kobieta, którą zastrzelono. Zbigniew Zamachowski – klient w restauracji, sprawdzający monety. Zofia Czerwińska – kobieta z zupą. Na pierwszy rzut oka, właściwie ucha, słyszymy żałosny angielski, bardziej angolski. Masz człowieku do wypowiedzenia jedną kwestię i robisz to źle. Jedynie Maja Ostaszewska, Krzysztof Pieczyński i Cezary Kosiński powinni mieć prawo chwalenia się tymi rolami. Kacha Figura po raz kolejny udowodniła, że jej zostają tylko role dubbingowe, ja patrzeć na to stare pudło nie umiem. Za to hollywódzka część obsady – klasa. W pełni zasłużone nagrody dla Adriena Brody’ego. Jeszcze większe uznanie dla ludzi, zajmujących się muzyką. Ale to w końcu film o pianiście, ścieżki dźwiękowe były tu równie ważne, jak aktorzy. Kilar zrobił coś fenomenalnego, oddającego wszystkie emocje, które znalazły się w tym filmie. W ogóle zestaw Polański – Kilar – Edelman, to trio niezawodne. Zdjęcia, kręcone zarówno w Polsce, jak i w Niemczech – przepiękne. Ekstremalnie oddane epoce, każde detale, kostiumy, kadry były historycznie poprawne. Zauroczyły mnie wystroje mieszkań, jak z epoki. Niezwykle podobały mi się szerokie ujęcia, w których bohater zdaje się być jedynym, jeszcze żywym punktem, podczas gdy wszystko inne jest szare, zniszczone, martwe. Sama fabuła momentami jest zbyt przepełniona patosem. Ale to taka konwencja. Polański tworzy takie historie, historie, które mają poruszać, skupiać uwagę. Nawet, jeśli dotyczą tyłka 13latki…

Nie zastanawiam się, czy film został nakręcony by pokazać trud życia żydów podczas wojny, czy jest on polityczny, czy może bardziej ma na celu rozliczenie się z różnymi opiniami. Ważne, że powstał…