ONA:

„Bellissima” to jedna z najlepszych rzeczy, które przytrafiły się polskiej kinematografii od lat. Scenariuszem i reżyserią zajął się Artur Urbański, człowiek o bardzo małym dorobku filmowym, który chyba powiesił już swoją karierę na haku. Ale zacznijmy od początku…

To historia dwóch kobiet: Elżbiety (Ewa Kasprzyk) i Marysi (Maria Góralczyk). Mieszkają sobie we razem w niewielkiej kamiennicy, a ich rytm dnia krąży wokół kolejnych castingów, przesłuchań i sesji. Ambicją matki jest to, by zrobić z córki gwiazdę modelingu. I staje na swoich sztucznych rzęsach, by faktycznie się tak stało. Więc krążą. Ela kłamie jak z nut, fałszuje datę urodzin córki, wrzeszczy, kłóci się. Wpycha w swoje dziecko wyłącznie dietetyczne żarcie. Robi nastolatce lekkie pranie mózgu. A Marysia? Poddaje się temu wszystkiemu, jednak coraz częściej i śmielej mówi „Nie!”. Zaczyna dojrzewać, nie tylko fizycznie. Wrzucona w dorosły świat coraz bardziej interesuje się wszystkimi jego cechami. Szczególnie, że mamuśce coraz bardziej odwala.

Właściwie, historia jakich wiele. Ale jest coś, co sprawia, że pokochałam to dzieło totalnie. Właściwie, tych cosiów jest całkiem sporo. Po pierwsze: Ewa Kasprzyk. To kobieta dynamit. Jej aktorstwo stoi na najwyższej półce, ale mimo to nie w w nim za grosz zadęcia pod tytułem „Jestę artystę”. Gdy padają słowa „Ewa Kasprzyk” to ja widzę pogodę ducha, widzę radość i słońce, widzę uśmiech i totalne lekceważenie metryki. To jest rodzaj starości (przepraszam pani Ewo za użycie tego okropnego wyrazu) na który liczę. Co dalej? Świetna fabuła! O Boże! Ten polski film ma naprawdę rewelacyjną historię, pełną emocji, pełną dramatyzmu. To obyczajowa produkcja, która ma w sobie wszystkie cechy tego gatunku. To historia ludzi, która faktycznie mogła gdzieś się dziać, która nie jest odrealniona, no i co najlepsze – zaczynamy nią żyć. To również świetny przykład na motyw relacji matki i córki, na wskroś toksyczny, w którym mamy absolutnie zaburzone role rodzinne i społeczne. Marysia pnie się po szczeblach kariery. Trochę dzięki urodzie, ale dużo więcej dzięki uporowi matki i jej bezkompromisowemu podejściu do sprawy. Ona sobie założyła, że jej córka będzie kimś. Ona widzi ich w wysokich sferach, wśród pięknych i bogatych, wśród wpływowych. Jej środkiem do realizacji tych celów jest właśnie córka. Właściwie można powiedzieć, że Ela jest menadżerem w typie Katarzyny Kanclerz, która twardą ręką rządziła, ale i wypuściła wiele solidnych karier. Bez niej te zespoły, czy wokaliści, dalej stanowiliby atrakcję jakieś tancbudy w znanym kurorcie. I nic więcej. Determinacja, to słowo, które w 100% opisuję bohaterkę, którą gra Kasprzyk. Za to Marysia początkowo jest niewinną jałówką. Bez mrugnięcia okiem wykonuje polecenia rodzicielki, ale tak jak już napisałam, z wiekiem staje się coraz bardziej odważna, w mówieniu „Nie”, „Dosyć”. Czujemy tragedię, która wisi dosłownie na włosku. Finał jest zaskakujący – i to kolejny z plusów tego dzieła. Zapomniałam dodać jedną, ważną rzecz. Jednym z dominującym symboli, który przewija się mimochodem przez ekran, jest Violetta Villas. Dla mnie – zdziczała babcia, która otoczona była wianuszkiem psów, kotów i kóz, której finał był okropnie przykry. Dla Eli – symbol kariery, sukcesu, zrealizowanych marzeń (bo przecież o słabym końcu jeszcze nie wiedzieli, film pochodzi z 2001 roku).

Uwielbiam autentyzm tej produkcji. Uwielbiam wkurwioną Kasprzykową, która po chwili upaja się sukcesami córki. Świetne role mają tu również Paweł Wilczak i Łukasz Garlicki. No i uwielbiam Marię Góralczyk, której niewinna, acz buzująca kobiecość podskakuje radośnie na ekranie, skupiając na sobie uwagę nie tylko facetów.

Bardzo polecam to dzieło, mimo, że dokopanie się do niego jest trudne. Ale warto.

ON:

Kolejny dzień zbliża nas do zakończenia tygodnia z filmem polskim. Nie uznam go za stracony, gdyż większość „dzieł” tylko potwierdziła moje przekonanie, jak słaba jest polska kinematografia. Zdarzyły się perełki, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Dziś o obrazie, którym zachwycona jest Paulina.

„Bellissima” jest filmem, który powstał w ramach projektu „Pokolenie 2000”. To była taka inicjatywa, która pozwalała młodym twórcom i aktorom spróbować szczęścia w kinematografii. Te przeważnie 60-cio minutowe filmy pojawiały się w naszej telewizji, jeśli dobrze pamiętam na TVP2. Każdy obraz opowiadał inną historię, przeważnie gorzką i smutną. Wybrany przez Paulinę tytuł skupiał się na chorych relacjach pomiędzy śliczną 14-letnią Marysią, a jej mamą Elżbietą, która za punkt honoru postawiła sobie zrobienie z córki światowej sławy modelkę. To dobre kino dla wszystkich rodziców, pchających na siłę swoje pociechy na lekcje skrzypiec, do szkół baletu, czy na inne zajęcia, które przyprawiają dzieciaki o kurwice. Głupi rodzicu zrozum, że twoje marzenia nie zawsze pokrywają się z tym, co chce kiedyś w przyszłości robić twoje dziecko. Nawet jeśli twoje działania kierowane są dobrą wiarą, to pamiętaj „dobrymi chęciami, jest piekło wybrukowane”. Dobra, koniec umoralniania. Marysia wstaje rano, a jej nie do końca normalna mama przygotowuje jej śniadanka. Czasem jest to kromka jakiegoś kartonowego chleba z serkiem, czasem jakiś pomidor (ale nie za duży). Matka robi wszystko, aby jej „perfekcyjna” córka została światowej klasy modelką. Goni ją na castingi, fałszuje datę urodzin, aby tylko mogła brać w nich udział. Nie powstrzyma ją nic, dla kariery córki wskoczy komu trzeba do łóżka. Ponieważ często Elżbiety nie ma w domu, Marysia spędza czas sama. Dzieje się tak do czasu, kiedy to do mieszkania naprzeciw nie wprowadzi się młoda “szemrana” para – Maria i Kuba. Dziewczynę zaczyna fascynować ich świat i zaczyna się w nim zatracać. W końcu dojrzewa nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Pojawia się alkohol, narkotyki i sex. Wybucha młodzieńczy bunt. Po kilku dniach eskapady, dziewczę wraca do domu, gdzie dowiaduje się, kilku ciekawych rzeczy. Nie ukrywam, że zakończenie filmu jest zaskakujące. Obstawiałem kilka wersji, ale nie takich, jakie zaserwował nam reżyser.

Nie ukrywam, że pomysł projektu „Pokolenie 2000” był zacny. Pozwolił on wybić się tym kilku nowym, młodym w branży. Co się z nimi teraz dzieje? Trzeba poszukać samemu, posprawdzać jak potoczyły się ich losy. Dzięki takim akcjom mamy szanse choć trochę ożywić spróchniałe, zastałe polskie kino.

Paula „Bellissimą” jest zachwycona, mi ona dupy nie urwała, choć daje do myślenia. Na pewno męska część widowni zawiesi oko na młodej Marii Góralczyk, ci starsi docenią kunszt aktorski Ewy Kasprzyk, ale czy to wystarczające rzeczy, aby zachwycać się opowieścią o młodej modelce i jej nie do końca zrównoważonej mamusi?