Russell-Crowe-and-Ryan-Gosling-in-The-Nice-Guys_recenzja

ONA:

Poszłam na ten film z nastawieniem typu „Meh”, czyli: Mam ochotę na coś w kinie, ale nie stawiam temu wysokiej poprzeczki”, a wyszłam z kina uśmiana po brzegi. „Nice Guys” to świetna komedia akcji, która zachwyci każdego fana tego typu fabuł.

Jackson Healy (Russel Crowe) to prywatny mordobijca, którego można wynająć do każdego zlecenia. Nastoletnia córka szlaja Ci się z kolesiem 3 razy starszym od niej? Dzwoń do Healy’ego, zapłać, a on zrobi porządek. Koleś się kompletnie nie pierdzieli. Ma silną łapę, z konkretnym pierdolnięciem, jest cwany, zawsze z planem B, bo już sporo widział i przeżył. Z kolei Holland March (Ryan Gosling) jest prywatnym detektywem, który samotnie wychowuje córkę. On z kolei z pasją doi staruszki, których mężowie nagle znikają, po czym okazuje się, że od dawna stoją w urnie na kominku, a babcię dopadł po prostu „TEN Niemiec”. I tak się okazuje, że losy obu panów nagle i niespodziewanie się krzyżują. Chodzi o tę samą dziewczynę. Jeden ma ją ukryć, a drugi znaleźć. W tle oczywiście jest seks, porno, imprezy, kurwy i polityka. Z każdą kolejną godziną, która wiąże mężczyzn z tą sprawą, wychodzi więcej tajemnic i brzydkich bąków, które ktoś próbuje rozwiać… Sprawa śmierdzi. Bardzo.

Panowie zaczynają współpracować. Nic tak nie przekonuje, jak odpowiedni czek. Oczywiście są kompletnymi przeciwieństwami, ale jak się okazuje – razem tworzą coś całkiem sensownego i skutecznego.

Tak jak pisałam: nie wiedziałam czego się spodziewać, ale nie zawiodłam się zupełnie. Ba! Szczerze to dzieło polecam, bo ma fajną akcję, świetnie pokazuje wspaniałe lata 70. w całym swoim kolorycie, ma charakternych bohaterów, którzy są całkowicie różni, ale dzięki temu uzupełniają się bez słów. W tym filmie nawet rola dziecięca nie drażni. Angourie Rice w roli Holly March jest urocza. Pojawia się tu także Kim Basinger, która pięknie się starzeje, a w roli zimnej pani polityk jest idealna. Ale i tak całą uwagę zgarnia Russel Crowe. Przytyło mu się, przez co bardzo przypomina mi Johna Goodmana, ale to wcale nie wada. Ma pierdolnięcie, ma charyzmę, jest inny, dziwny i ta dziwność skupia uwagę. Gosling, cóż. Nie przeszkadza mi, chociaż nie rozumiem fenomenu. Dla mnie on ma wiecznie zatkany nos, ale w „Równych gościach” nadrabia komediowymi elementami, bo jest pierwszorzędnym patałachem, do którego kleją się wszelkie możliwe problemy i alkohol przy okazji.

Jest humor, jest niezobowiązująca rozrywka, jest rozpiździel, tajemnica. Jest klimat, dobra muza i staranna scenografia. Dalej: są dobrzy aktorzy, sensowny scenariusz i bardzo dobra reżyseria. Dawno nic mnie tak pozytywnie nie zaskoczyło, a „Równi goście” to naprawdę świetne kino. Takie letnie, odmóżdżające i mam nadzieję, że będzie ich więcej.

ON:

Grubiutki Russel Crowe wygląda jak John Goodman, a Ryan Gosling ma w tym filmie chyba najlepszą rolę do czasu „Drive”. Gdy ta dwójka pojawia się na ekranie następuje ciąg niesamowitych zdarzeń, inteligentnych i śmiesznych dialogów oraz akcja, która czerpie garściami z klasyków, takich jak „Ulice San Francisco”, czy też „Starsky i Hutch”. Genialna stylizacja, świetna muzyka i wielowarstwowa intryga sprawiają, że „The Nice Guys” jest chyba najlepszym filmem granym obecnie w polskich kinach.

Nie ma się jednak czemu dziwić, że produkcja ta jest ukłonem dla najlepszych produkcji sprzed 20, 30 i 40 lat. Jej scenarzystą i reżyserem jest Shane Black. Pewnie nic wam nie mówi to nazwisko, ale wystarczy, że podam kilka tytułów i będziecie wiedzieć już wszystko:„Ostatni skaut”, „Zabójcza broń”, a także „Długi pocałunek na dobranoc”. Ktoś, kto od lat 80-tych tworzy świetne filmy, nie może zmarnować swojej wiedzy i talentu.

Gdy szedłem do kina wiedziałem, że idę na jakiś film kryminalny. Po kilkunastu minutach seansu wyłem ze śmiechu, gdy Holland March, grany przez Goslinga, odpierdzielił akcję z drzwiami do kibla. To był początek, który był pierwszym z wielu okruszków z ogromnego, pysznego filmowego tortu, który zaspokoi apetyty każdego smakosza filmowego. Każda scena jest przemyślana, napisana z głową i nie nudzi. Nawet kilkuminutowe sytuacje, np. impreza w domu producenta filmów porno, wnoszą do obrazu potrzebne elementy i robią to bez niepotrzebnego nadęcia i znużenia. Jak dla mnie jest to film tego miesiąca. Inteligentny, śmieszny – taki, jaki powinien być gatunkowy bigos. Idźcie do kina!

The Nice Guys recenzja