ONA:

Kiedy Szekspir pisał najsłynniejszy dramat miłosny wszech czasów, może i liczył na to, że szturmem zrobi on karierę. Może nawet liczył na to, że kiedyś ktoś zainspirowany jego dziełem stworzy swoje. Ale czy wpadł na pomysł, że gdzieś na świecie, w jakimś umyśle zrodzi się pomysł, żeby Romeo był zombiakiem, a Julia jedną z nielicznych ocalałych istot ludzkich?

Okej, może to i jawna nadinterpretacja z mojej strony, ale nie chce mi się wierzyć w to, że „Wiecznie żywy” nie jest jakąś postapokaliptyczną wersją historii z Verony. Okej, główny bohater nie ma na imię Romeo, a jedynie R., ale jest Julie, była scena balkonowa, co prawda finał jest słodki, ale mimo wszystko ja tu widzę inspirację i tyle. Dzięki temu zabiegowi całość jest o wiele bardziej zjadliwa.

R. jest młodym zombiakiem. Wegetuje sobie smętnie wśród innych zombiaków i z ironią godną nastolatka, wszystko komentuje. Słyszymy jego myśli, jego wnioski i analizy, ale również mówi nam o jego potrzebach i tęsknotach. Nie ma przyjaciół i rodziny – heloł, jest zombiakiem. Nie pamięta swojej przeszłości, a przyszłość nie istnieje. Czeka go wieczna mordęga. A gdzieś po drugiej stronie jest Julie. Zamknięta za wysokim murem, z resztą ocalałych ludzi, wypowiada wojnę umarlakom. To oczywiste, że tych dwoje musiało kiedyś na siebie wpaść. I co? R. w którym pokłady emocji jeszcze nie do końca zgniły, ratuje Julie przed swoimi „zombie-braćmi”. I pomiędzy tym duetem zaczyna rodzić się dosyć specyficzna nić porozumienia, a może i nawet sympatii. Uczucia te kiełkują szalenie. Julie znajduje w R. bratnią duszę, a R. powoli się uczłowiecza. Właśnie! UCZŁOWIECZA! To dopiero odkrycie. Tylko jak wytłumaczyć to ludziom?

Ten film jest uroczy. Poważnie. To ckliwa, romantyczna historia, słitaśna do porzygania, ale i urzekająca. A to wszystko za sprawą R., którego wredny humor, uszczypliwe i sarkastyczne komentarze – to wszystko nadaje zupełnie innej jakości. Jest fajnie, jest śmiesznie, takiego ujęcia tematu nie spodziewałam się ani ja, ani pewnie pan Szekspir. Jonathan Levine, reżyser i scenarzysta tego filmu, jest człowiekiem o bardzo ubogim doświadczeniu. „Wiecznie żywy” to dopiero jego piąta produkcja, ale bez wątpienia rzuca się w oczy jego talent. Jeśli chodzi o sferę reżyserską, twórca w bardzo fajny sposób (u)wodzi kamerą. Mamy bardzo apokaliptyczne krajobrazy, mamy krew i sceny zżerania ludzi, bez ogródek, bez cenzury, ale gdzieś po drodze widzimy niewinne spojrzenia, romantyczne sceny. Jeśli zaś chodzi o scenariusz, to ja biorę wszystko to, co ma fajny humor, trochę cierpki, ale ja to lubię najbardziej. Już wyrosłam z żartów ze sraniem i gejami, teraz wolę solidny sardonizm. No i muzyka. Świetna! Taka totalnie „moja”.

Ten film jest całkiem fajny. Nie ma co łudzić się, że jest to ambitne kino wyższych lotów i jak ktoś solidnie obniży swoje oczekiwania, to się nie zawiedzie, ani trochę!

ON:

Tydzień z polskimi produkcjami mamy za sobą, czas wrócić do zachodniego kina. Ostatnio jakoś tak wychodzi, że to Papi wybiera kolejne filmy, a ja spokojnie oddaje się jej ręce. Jak zaproponowała mi obraz o zakochanym zombie, zastanawiałem się gdzie popełniłem błąd. Nie może być tak, że stylizowana na „Rome i Julię” historia o pożeraczu ludzkich mózgów będzie dobra albo przynajmniej zjadliwa. Okazało się, że jest, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

Główny bohater ma na imię „R”, jest „młodym” zombiakiem, który snuje się w poszukiwaniu mózgów po pełnym trupów lotnisku. Jest on naszym narratorem i kolejne dni okraszone są przez jego komentarze, czasem cierpkie i gorzkie, a czasem śmieszne. Nikt tak naprawdę nie wie kiedy wybuchła apokalipsa i co ją spowodowało. Wiadome jest natomiast, że ludzie żyją w zamkniętej enklawie, którą opuszczają raz na jakiś czas, aby zdobyć pożywienie oraz leki. Na takich „zbieraczy” polują zombie. Polowaniem to ciężko jest nazwać, po prostu w kupie siła, co nie? Poza nieumarłymi takimi jak „R”, jest jeszcze jeden gatunek nieumarłych i tych boją się wszyscy: i ludzie, i kumple „eRa”. Przy nich tacy jak on to koło gospodyń wiejskich. Zapomniałem dodać, że nasz trup ma “przyjaciela” o wdzięcznym imieniu „M”.

Po drugiej stronie muru mieszkają ludzie, jest tam też blond piękność Julie, której ojciec po śmierci matki (zjadły ją zombiaki) wypowiedział osobistą wojnę wszystkiemu co lubi ludzkie mięso i mózgi. Mimo tego, iż jest on narwany jak wściekła wiewiórka, to widać, że kocha swoją córę i robi wszystko, aby mogła bezpiecznie spędzać kolejne dni. A co daje największe poczucie bezpieczeństwa? Duża armia kolesi z bronią. Ponieważ dziewczynę obowiązują takie same zasady jak resztę tego „społeczeństwa”, zdarza się, że czasem musi wyskoczyć wraz z innymi na małe „zakupy”. Podczas takiego wypadu ginie jej facet Perry, którego dzielnie skonsumował „R”. Przy okazji dowiadujemy się, że podczas pożerania ludzkich mózgów zombie poznają także przeszłość osoby, którą zjadają. Kolejne obrazy pojawiają się w ich głowach. Nasz bohater nie zawraca sobie teraz tym głowy, ponieważ zobaczył Panią J, a jego serce – jeśli by tylko żyło, zabiłoby teraz mocniej. Młody się zakochał. Mimo sprzeciwu dziewczyny zabiera ją do swojej kryjówki i tam zaczyna się nią opiekować, a później pomaga wrócić do domu. Czas z nią spędzony ma na niego jakiś dziwny wpływ, ponieważ zaczyna się on stawać coraz to bardziej ludzki. Tylko jak powiedzieć to grupie ludzi, którzy jak tylko go zobaczą, to zaczynają strzelać? Może „J” będzie mogła pomóc?

Nie jest to wybitne kino, ale bardzo sympatycznie się je ogląda, poza tym okraszono je fajnymi zdjęciami i dobrą muzą. Widać kto jest targetem „Wiecznie żywego” (mowa o nastkach, które kochały się w Edwardzie lub Jacobie), ale pewnie jakaś zakochana para, która skoczy na to do kina także się nie zawiedzie.